środa, 30 listopada 2016

[01] Rozdział Pierwszy


Hey Halleluiah baby, rise up
Hold out your hands and reach higher
Get up on your feet, rise up
Let it flow through you baby
Running through your veins
Like a healing rain
Everywhere you'll see
Another reason to believe
~ Bon Jovi
"Another reason to believe"



            Cork, 27 maja 2016 roku


         Jasnowłosy chłopak przemieszczał się zwinnie między stolikami barowymi i za wszelką cenę starał się przy tym nie wypuścić z dłoni plastikowej tacy z pustymi szklankami. Kilka ostatnich miesięcy, które praktycznie w całości spędził w pracy, pozwoliło mu na nabranie w tym wprawy, dzięki czemu nie tłukł już tyle szkła i nie wylewał na siebie drinków. Westchnął ciężko, w ostatnim momencie robiąc krok do tyłu, aby uniknąć zderzenia z pijaną nastolatką.


         Na ogół starał się uśmiechać cały czas, aby nie pokazać klientom jak bardzo nie chciał być w barze i usługiwać im na każdym kroku. Wiedział, że tak będzie lepiej od kiedy kilkoro z nich złożyło na niego zupełnie bezpodstawną skargę, narzekając przy tym na jego opryskliwość.


         Odetchnął cicho z ulgą, kiedy odstawił tacę z nienaruszoną zawartością na blat baru. Rozejrzał się jeszcze raz dookoła i sam zajął za nim miejsce, pocierając skronie opuszkami palców. Głowa bolała go niemiłosiernie, a głośna, dudniąca mu w uszach w jednostajnym rytmie muzyka wcale nie pomagała. Wymruczał kilka przekleństw, kucając niechętnie przed zmywarką. Włożył do niej wszystkie brudne naczynia, chociaż przez chwilę chcąc zaoszczędzić sobie chodzenia między tłumem spoconych, śmierdzących mieszaniną alkoholu i papierosów, młodych ludzi. Mimowolnie zerknął na zegarek na swoim nadgarstku. Jeszcze kilka godzin dzieliło go od zamknięcia baru. Co prawda nie było to jednoznaczne z końcem pracy jego i trójki jego współpracowników – musieli jeszcze posprzątać po imprezie i powyłączać wszystkie sprzęty. Liczyło się jednak to, że muzyka ucichnie, a brak innych ludzi zagwarantuje im swobodę poruszania się. I klimatyzacja w końcu mogła poradzić sobie z panującym w ogromnym pomieszczeniu zaduchem.


         Podnosząc się z podłogi zaczął mamrotać pod nosem słowa przeprosin skierowane do wszystkich barmanów i barmanek, jakich kiedykolwiek w życiu obraził. Pracując jako jeden z nich zdał sobie sprawę z tego, jak niewdzięcznym zadaniem to jest. On stara się, aby każde zamówienie dotarło do klientów jak najszybciej, ale jednocześnie aby było przygotowane starannie i tak jak należy. Obiecał sobie, że już nigdy więcej żaden barman nie wpadnie przez niego w kłopoty – o ile jeszcze kiedykolwiek będzie miał okazję do imprezowania ze swoimi przyjaciółmi z Londynu. Zamyślił się przez chwilę, przypominając sobie twarze ludzi, których zostawił w stolicy Anglii. Zastanawiał się, czy myślą o nim czasami i czy tęsknią za nim tak bardzo, jak on za nimi. Żałował tego, w jaki sposób rozstał się z Louisem w swoim pokoju i miał szczerą nadzieję, że kiedy zobaczą się po raz kolejny ten wybaczy mu jego zachowanie.


— Niall, stary, wyglądasz i zachowujesz się jak po zderzeniu z ciężarówką — cichy śmiech Artura wyrwał go z zamyślenia. Przewrócił oczami, odwracając twarz w jego kierunku. Zaczepki i dowcipy Artha były wręcz adekwatnie idiotyczne do jego dużego wzrostu. Niall, patrząc na swojego kolegę z pracy, czasami zastanawiał się czy żarty o blondynkach tyczyły się tylko kobiet. Westchnął ciężko, odkładając na blat wszystko, co trzymał w dłoniach. Wymusił szeroki uśmiech i podszedł do dwóch, wyraźnie nim zainteresowanych, dziewczyn.


         Obie zaliczały się do ciemnowłosych piękności. Ubrane były w dość skąpe sukienki, które w – o dziwo – niewulgarny sposób eksponowały ich kształty. Jedna z nich zapleciony miała długi warkocz, który opuściła na lewym ramieniu tak, że układał się między jej piersiami. Włosy drugiej natomiast układały się w fale i spływały po plecach dziewczyny. Niall pochylił się lekko w ich kierunku tak, aby mogli bez problemu się usłyszeć, jednocześnie nie musząc zbytnio przekrzykiwać muzyki.


— Co wam podać? — zapytał, wyjmując dwie szklanki spod blatu. Czarna koszula napięła mu się na ramionach, uwydatniając twarde mięśnie. Jedna z klientek oblizała kokieteryjnie dolną wargę i uśmiechnęła się do niego szeroko, ukazując perłowo białe zęby.


— Coś, co umiesz zrobić najlepiej — zaśmiała się cicho w odpowiedzi, szturchając go palcem w przedramię. Niall nie cofnął ręki od razu. Dopiero po chwili sięgnął do lodówki, z której wyjął szklaną butelkę do połowy wypełnioną wódką i wziął się za przygotowywanie najdroższego drinka, jaki oferowała karta.




         Goście powoli opuszczali lokal, rozumiejąc że już nie mają szans na dalszą zabawę. Niall zerkał co chwilę niezadowolony na swój zegarek, który jak na złość wydawał się stanąć w miejscu. Niall co chwilę chodził w tę i z powrotem, sprzątając potłuczone szkło. Przyzwyczaił się już do tego, że po każdej imprezie coś musiało ulec zniszczeniu.


         Był tak zajęty układaniem pozostałości po szklankach na tacy, że nawet nie zauważył kiedy naprzeciwko niego usiadła dziewczyna. Dopiero jej cichy śmiech spowodował, że oderwał się od swojego zajęcia i skupił na niej. Uniósł brew, mierząc ją pobieżnie wzrokiem. Miała długie, brązowe włosy, zaplecione w warkocz, które przerzuciła przez prawe ramię. Obcisła, biała bluzka z długim rękawem i dekoltem w serek uwydatniała wszystkie atuty jej kobiecego ciała, a czarne spodnie z wiązaniami na bokach eksponowały długie i zgrabne nogi.


— Za chwilę zamykamy — rzucił tylko i podniósł tacę, starając się nie zrzucić z niej niczego. Miał już odejść, jednak kiedy nieznajoma roześmiała się perliście z powrotem popatrzył na nią. Pokręciła lekko głową, uśmiechając się do niego szeroko.


— Przyszłam do ciebie — powiedziała wesoło, zupełnie nie zrażona jego opryskliwym tonem głosu. Niall doszedł do wniosku, że szatynka na pewno przeholowała z alkoholem, dlatego trzymał się jej taki dobry humor. Musiał jednak przyznać, że miała dość przyjemny dla ucha śmiech jak na kogoś pijanego. — Mam na imię Tullia — przedstawiła się, wyciągając w jego kierunku dłoń. Blondyn, po chwili zawahania, postawił tacę z powrotem na blacie i ujął jej dłoń w swoją.


— Niall — odpowiedział powierzchownie, zajmując miejsce naprzeciwko niej. Przecież nie musiało stać się nic złego, jeśli spędzi kilka godzin więcej w pracy. Zawsze to trochę więcej pieniędzy za nadgodziny. — Więc słucham, jaką masz do mnie sprawę.


         Tullia uniosła jedną brew, przechylając nieznacznie głowę na bok. Popatrzyła mu w oczy, ewidentnie zastanawiając się nad odpowiedzą na jego pytanie. Po chwili otworzyła usta, odczekała jeszcze chwilę i dopiero odpowiedziała.


— Chodzę do tego klubu regularnie i za każdym razem widzę cię za barem, ale jakoś nie miała odwagi do ciebie zagadać — powiedziała, nawet na chwilę nie opuszczając swoich brązowych tęczówek. — Podejrzewam też, że gdybym spróbowała porozmawiać z tobą dłużej, to jedna z twoich adoratorek wyrwałaby mi włosy — zaśmiała się znowu, oblizując usta, pomalowane czerwoną szminką. Niall pokręcił głową. Nie dała mu jednak nic powiedzieć, kontynuując. — Dlatego postanowiłam poczekać do zamknięcia klubu z nadzieją, że nie wyrzucisz mnie od razu.


         Niall uśmiechnął się do niej w końcu, nie mogąc się dłużej powstrzymać. Nie wiedzieć czemu, rozbawiła go swoim zachowaniem i wzmianką o jego rzekomych adoratorkach. Ku wyraźnemu niezadowoleniu swojej towarzyszki — kąciki jej ust od razu opadły — podniósł się z krzesła, biorąc tacę z powrotem do rąk.


— Muszę skończyć sprzątanie klubu, ale jeśli masz czas i ochotę, to możesz na mnie poczekać, a potem pójdziemy w jakieś inne miejsce — zaproponował, czekając cierpliwie na jej odpowiedź. Tullia pokiwała twierdząco głową, założyła nogę na nogę i wyjęła telefon z torebki, chcąc zając sobie czymś czas oczekiwania na niego.




         Ręka Nialla uniosła się nieznacznie, by po chwili opaść bezwładnie na jego oczy, aby uchronić je przed niewielką ilością promyków wiosennego słońca, które nieproszone wdarły się do pokoju i padły na zaspaną twarz blondyna. Chłopak zmarszczył z niezadowoleniem brwi, a przez jego lekko rozchylone usta uciekł cichy jęk zawodu, spowodowany brakiem możliwości dalszego odpoczynku. Jego spotkanie z nową koleżanką, choć bardzo przyjemne, skończyło się dość szybko, ponieważ zmęczenie po nocnej zmianie w pracy nie dało mu możliwości zbyt długiej zabawy. Chłopak uśmiechnął się do siebie lekko na samo wspomnienie szerokiego uśmiechu Tulli. Dziewczyna nie była aż tak pijana, jak na początku mu się wydawało, a jej towarzystwo sprawiło mu wiele przyjemności. Miał cichą nadzieję, że kiedy napisze do niej wieczorem nie odmówi mu kolejnego spotkania.


         Niall skrzywił się mocno, kiedy wiatr otworzył okno na oścież, odsuwając przy tym zasłony na boki. Przekręcił się na bok, zakrywając głowę poduszką, jednak ten sposób również nie okazał się być skuteczny, ponieważ szybko zaczęło brakować mu powietrza. Zrezygnowany odrzucił poduszkę na bok i przekręcił się z powrotem na plecy, patrząc przez chwilę na sufit.


         Chłopak podniósł się niespiesznie, siadając na posłaniu tyłem do źródła denerwujące go światła. Na początku nie był w stanie nawet na kilka sekund otworzyć piekących i czerwonych z przemęczenia, niebieskich oczu. Ręce oparł o łóżko po obu stronach swojego ciała, odchylając się nieznacznie do tyłu, jakby bał się, że w każdym momencie może spaść w przód i rozbić sobie niechcący nos o twardą, drewnianą podłogę. Ziewnął głośno, unosząc po chwili - kiedy miał już stuprocentową pewność, że zdoła utrzymać równowagę - jedną dłoń, którą przetarł bladą prawie jak kartka czystego papieru twarz. Kilkudniowy zarost połaskotał mu przy tym przyjemnie skórę.


         Już dawno obiecywał sobie zmianę miejsca zatrudnienia, aby jego organizm mógł w końcu mógł zacząć wychodzić z nowymi znajomymi na spotkania i jednocześnie dbać o kontakt z przyjaciółmi z Londynu, jednak nie było to takie łatwe jak mu się na początku wydawało. Cork było dużym i szybko rozwijającym się gospodarczo, irlandzkim miastem, a pracodawców nie brakowało. Niall widział nie raz kartki z ogłoszeniami, wywieszane za zgodą właścicieli na sklepowych witrynach, dostrzegał te w gazecie, którą czytał kiedy mu się nudziło i zrywał numery przymocowane do słupów, rozstawionych w okolicy. Niestety, większość zawodów wymagała chociaż minimalnego doświadczenia, czy kwalifikacji, o których on nigdy wcześniej nie słyszał, a jedynie przy nielicznych nie pytano go o studia. Matura była tylko nic niewartym papierkiem, który mógł spłukać w toalecie, a i tak nikomu nie zrobiłoby to większej różnicy.


         Zrezygnowany pesymistycznymi myślami, otworzył w końcu oczy i rozejrzał się po swoim niewielkim pokoju, w którym mieszkał już od jakiegoś czasu. Łóżko zajmowało jego zdecydowanie największą część. Stało na przeciwko drzwi, w stosunkowo niewielkiej odległości od nich. Po ich prawej stronie natomiast znajdowała się duża szafa z jasnego, sztucznego drewna, ozdobiona licznymi wzrokami, mającymi przypominać rozkwitające kwiaty. Chłopak nie trudził się z położeniem nowego dywanu na podłodze, a stary rzucił w kąt i po niedługim czasie zapomniał o nim zupełnie.


         Wiedząc, że i tak na razie nie uda mu się zasnąć, wstał z łóżka, po czym szurając stopami o podłogę, wolnym krokiem przeszedł do salonu. Niedaleko od wejścia do niego stała wyspa kuchenna z trzema krzesłami, a zaraz za nią znajdowała się kuchenka gazowa i niewielkich rozmiarów lodówka. Blondyn podszedł do niej mozolnie i wyjął butelkę swojej ulubionej wody mineralnej, z której upił dużego łyka. Skrzywił się lekko, kiedy chłód rozszedł się po jego rozgrzanym przełyku.


— Księżniczka w końcu podniosła szanowny zad z łóżka? — przewrócił oczami, słysząc za sobą szorstki głos przyjaciółki swojej współlokatorki. Dziewczyna, z którą mieszkał była całkiem w porządku. Nigdy nie sprawiała żadnych problemów. Nawet, kiedy wracała po zabawie z przyjaciółkami i chwiała się na prawo i lewo, nie panując nad własnymi ruchami, starała się szybko dostać do swojego pokoju, jednocześnie robiąc przy tym możliwie jak najmniej hałasu, aby go nie niepokoić. Co prawda nie rozmawiali zbyt często, ale kiedy już do tego dochodziło ona zawsze uśmiechała się lekko i uprzejmie odpowiadała na każde, zadane przez niego pytanie. Wydawała się miła, uczynna i bezkonfliktowa. Natomiast blondyna, z którą miał wtedy do czynienia, była prawdopodobnie jedną z najbardziej wygadanych i podłych suk, jakie dane mu było w życiu zobaczyć na oczy. Nieuprzejma, złośliwa i nieumiejąca trzymać języka za zębami. Jej charakter wskazywał na to, że nigdy nie należy oceniać książki po okładce.


         Odwrócił się do niej powoli, unosząc wysoko z zaciekawienia brew. Prezentowała się jak zawsze nienagannie z jasnymi włosami związanymi w kucyka, w wiosennej sukience i sandałach na niewysokim obcasie, odpowiednio eksponującymi jej długie, zgrabne i opalone nogi. Czasami miał wrażenie, że specjalnie go denerwuje, żeby zwrócić na siebie jego uwagę i sprawić, żeby przyglądał jej się przez cały czas. Za każdym razem odrzucał jednak od siebie te myśli. To był durny pomysł. Jeżeli chciałaby mu sie spodobać, to pewnie wszystkie te złośliwości starałaby się obrócić jak najszybciej w żart i nie dopuściłaby nigdy do tego, aby w jej towarzystwie czuł się niezręcznie. Usłyszał jak chrząka głośno. Podniósł wzrok, który do tej pory nieświadomie skupiał na skromnym biuście dziewczyny i popatrzył na jej subtelnie pomalowaną twarz.


— Kulturalni ludzie odpowiadają, jak się do nich mówi — odezwała się ponownie. Niall wzruszył obojętnie ramionami i po raz kolejny napił się swojej wody, wrzucając ją po tym z powrotem do lodówki. Odwrócił się do niej z powrotem, przybierając na twarz sztuczny uśmiech.


— Kulturalni ludzie wiedzą, że jeżeli ktoś jest zmęczony po całonocnej pracy, to nie należy go straszyć i rzucać w niego złośliwościami — odpowiedział cicho, aczkolwiek dobitnie,  zachrypniętym głosem i wyminął ją, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Nie zamierzał się z nią kłócić już z samego rana. Nie dlatego, żeby zepsuć sobie dzień, ponieważ i tak chciał przespać cały, kiedy tylko miało udać mu się pozbyć chociażby odrobiny światła z pokoju. Po prostu zmęczony mózg nie potrafił odpowiednio szybko wymyślać odpowiedzi na jej zaczepki, a nie zamierzał sprawiać jej przyjemności wygraną w kolejnej potyczce słownej.


— Ta lala, która wyszła od ciebie dzisiaj z samego rana też była twoją pracą? — zapytała zadziornie, jednak Niall postanowił w dalszym ciągu ją ignorować.


         Syknął cicho, mocno zdezorientowany, kiedy poczuł jak ktoś odbija się od jego torsu w mało przyjemny sposób. Popatrzył na dół, w ostatnim momencie łapiąc zdezorientowaną dziewczynę za rękę, ratując ją tym samym przed bolesnym upadkiem na twardy parkiet. Zmarszczył brwi, nie przypominając sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej miał okazję się z nią zobaczyć. Długie, brązowe włosy przysłoniły jej twarz, a drobne ciało wygięło się pod dziwnym, wręcz niebezpiecznym kątem, kiedy starała się pokonać prawa grawitacji, niemiłosiernie ciągnące ją w kierunku podłoża. Przyciągnął nieznajomą do siebie mocno i objął ją dla pewności ramionami, pomagając jej w ten sposób w złapaniu równowagi. Kiedy tylko zapanowała nad sobą, odskoczyła natychmiast od niego, piszcząc cicho.


— Przepraszam! Powinnam uważać, a Maggie powiedziała, że jej współlokator... Znaczy, że ty śpisz, znaczy że pan i nie wiem — urwała swoją plątaninę słów, odgarniając jednym ruchem włosy do tyłu. Zarumieniła się mocno, zauważając, że chłopak nie ma na sobie niczego poza bokserkami. Objęła się ramionami, odwróciła z zażenowaniem wzrok i zaczęła skubać zębami dolną wargę. Niall, nie mogąc się powstrzymać, roześmiał się cicho, dotykając dłonią jej ramienia. Postanowił nie skomentować w żaden sposób tego, że drgnęła lekko, mocniej spuszczając przy tym głowę.


— Spokojnie, właśnie wracam do łóżka. I mam na imię Niall — przedstawił się, skinął lekko głową, wyminął ją nie czekając na żadną odpowiedź i w zdecydowanie lepszym humorze zamknął się z powrotem w swojej sypialni. Podszedł do okna, przy którym zaczął mocować się z zasłonami. Nienawidził właściciela mieszkania za to, że nie chciał im założyć durnych rolet. Nie był to wydatek, na który nie byłoby go stać, a on i Maggie mogliby zacząć się w końcu porządnie wysypiać.


         Szarpnął mocno zasłonkami, a kiedy te w końcu zaczęły przesuwać się na karniszach, przyciągnął jedną do drugiej i spiął je spinaczami tak, żeby światło nie maiło szans wpaść ponownie do pokoju. Rozłożył się z powrotem na łóżku, zrzucając kołdrę na podłogę. Jedynym, czego brakowało mu do szczęścia był wiatrak. Wiedział jednak, że współlokatorka zabiłaby go, gdyby rachunek za prąd przyszedł większy niż zwykle. A on jeszcze nie miał pomysłu, jak mógłby wytłumaczyć, że może samodzielnie zapłacić każdą nadwyżkę.


         Owszem, w większej części zarabiał na siebie samodzielnie, jednak matka nie do końca pogodziła się z jego decyzją. Jedynie ojciec jak najbardziej poparł ten pomysł. Horan wiedział, że już od dawna zastanawiał się, jak pokazać mu prawdziwą wartość pieniądza, za którego nie jeden potrafi zabić. Bo chociaż Niall był jednym z niewielu dzieci, pochodzących z bogatych rodzin, które nie przejmowały się zbytnio majątkiem rodzinnym i potrafiły dogadać nawet z tymi których na nie wszystko było stać, jednak i jemu zdarzało się trwonić pieniądze na niepotrzebne rzeczy, których nie użył więcej niż raz. Pomysł syna spadł więc mu z nieba i przystał na niego po zaledwie dniu zastanowienia i głębokiego przemyślenia wszystkich za i przeciw, jak to miał w zwyczaju. Tylko mama miała kłopoty z akceptacją, ale ojciec zdołał ją w dość szybkim tempie przekonać. Postawiła tylko dwa, niepodważalne warunki — tysiąc funtów co miesiąc w razie, gdyby miał problem z pracą i zabrakło mu gotówki na produkty, zaspokajające podstawowe potrzeby życiowe oraz jeden telefon na dwa dni. Zgodził się bez zawahania. W końcu po raz kolejny mógł zrobić coś po swojemu, nie przejmując się przy okazji, jeżeli cokolwiek miałoby pójść nie tak jak to sobie wcześniej dokładnie, krok po kroku, zaplanował.


         Pomysł, który pamiętnej nocy przedstawił Louisowi i Josephine szybko zszedł na drugi plan. Owszem, zwracał uwagę na dziewczyny i niejednokrotnie zastanawiał się nad tym, czy nie wejść z niektórymi w głębsze relacje. Jego aparycja zdecydowanie pomagała mu w zwracaniu na siebie ich uwagi, ale i tak za każdym razem rezygnował. Żadna z nich nie wydawała mu się odpowiednia do tego, żeby nawiązywać jakiekolwiek bliższe kontakty, poza szybkim seksem raz na jakiś czas. Był tylko facetem, w dodatku dosyć młodym. Panowanie nad hormonami nie zawsze udawało mu się tak, jakby sobie tego życzył i od siebie wymagał.


         Oczywiście była Anabeth — dziewczyna, z którą dzielił mieszkanie. Kilka razy starał się z nią rozmawiać dłużej niż dziesięć minut, jednak ona — pomimo całej uprzejmości, jaką kierowała pod jego adresem — nie wydawała się być za bardzo zainteresowana jego osobą. Dlatego odpuścił. Nie chciał żadnych niepotrzebnych nieprzyjemności w ich relacji, ponieważ znalezienie odpowiedniej współlokatorki wcale nie było takie łatwe. Nie chciał narażać się na to po raz kolejny.


         O Kendall nawet nie chciał myśleć. Co prawda prowadził z nią rozmowy znacznie częściej niż z Aną, jednak nigdy nie były one tym, do czego chciałby wracać. Blondynka irytowała go jak mało kto, przez co nie potrafił nawet przez chwilę skupić się na jej niewątpliwej urodzie. Był po prostu paskudny charakter, zasłaniający wszystkie walory Utterson.


         Westchnął ciężko, przekręcając się leniwie na brzuch. Twarz schował w miękką poduszkę, którą przywiózł z Londynu i zamykając oczy, objął ją szczelnie swoimi silnymi ramionami. Szybko zrezygnował z rozpowiadania o swojej rzekomej homoseksualności. Louis, zaraz po tym jak wyszedł z jego pokoju trzaskając za sobą mocno drzwiami, zadzwonił do niego i wytłumaczył mu w skrócie, dlaczego będzie żałował takiego kłamstwa. Niall postanowił wyjątkowo posłuchać swojego przyjaciela, nie chcąc jeszcze bardziej narażać się na jego złość. Uwielbiał Lou i traktował go jak swojego brata, ale zachowywał się czasami jak dziecko, którego w żaden sposób nie dało się przeprosić.


         Ziewnął głośno, czując jak zmęczenie w końcu zaczyna brać przewagę nad jego umysłem. Musiał odespać, żeby być przygotowanym na kolejną, nocną zmianę. W duchu dziękował wszystkim świętością za to, że to ostatnia taka w tamtym tygodniu. Kolejny dzień był wolny, a przez następne sześć miał pracować od rana do popołudnia, dzięki czemu jego dni wydawały się dłuższe i mógł przez nie zrobić zdecydowanie więcej.


         Zakodował jeszcze w pamięci, że musi zapytać Anabeth, czy oddał jej połowę wartości czynszu z poprzedniego miesiąca i zasnął, odpływając do mistycznej krainy samego Morfeusza, w której spełniały się najskrytsze marzenia...




         Niall czuł, że jeżeli jego zmiana nie skończy się rychło, a on nie będzie mógł zdjąć czarnej, obcisłej koszuli, będącej częścią jego stroju roboczego, to nie wytrzyma i rzuci wszystko. Wręcz czuł każdy szew, niemiłosiernie wpijający się w jego obolałe mięśnie. Oczy piekły go żywym ogniem, a skronie pulsowały równomiernie pod wpływem bólu, który zapanował mu w głowie. Każdy reflektor, przecinający jego pole widzenia. powodował kolejne skurcze w mózgu, a one z kolei cichy syk, wydobywający się zza jego zaciśniętych w wąską kreskę warg. Nie pomagała również głośna muzyka, dudniąca w głośnikach. Co prawda DJ już dawno wyszedł, jednak pozostawił po sobie włączony laptop z klubową muzyką, mającą umilić wszystkim czas. Niall w przypływie nienawiści chciał rzucić przed siebie szklanką, którą trzymał w dłoniach i od kilku minut czyścił białą ścierką, jednak wiedział że tylko na tym musi poprzestać. Kilkoro gości — niedobitków bawiło się jeszcze na okrągłym parkiecie, otoczonym niewysokimi schodami, prowadzącymi do lóż, a on musiał poczekać aż samodzielnie postanowią opuścić lokal, dając mu w ten sposób upragniony odpoczynek.


         Zamrugał kilkukrotnie, odwracając się plecami to barowego blatu, na którym spał szatyn. Chłopak długo jeszcze pamiętał jego pijaczy wywód o tym jak bardzo kocha swoją byłą dziewczynę, która wybrała studia za granicą zamiast niego. Moment, w którym zdenerwowany Horan zobaczył jak nieszczęśnik układa głowę na skrzyżowanych ramionach i zamyka oczy był prawdopodobnie jednym z najszczęśliwszych w jego dotychczasowym życiu. Nienawidził, kiedy to się działo. Zawsze widząc zapłakane klientki, czy klientów wyglądających jak żywa  śmierć, uciekał na drugi koniec lokalu i udawał, że czyszczenie zarzyganych stolików, ustawionych pod ścianami jest nad wyraz pasjonującym zajęciem. Niestety, tamtym razem nie zauważył swojego towarzysza niedoli i musiał zostać, by posklejać rozsypane w drobny mak serce nieznajomego. Wiedział, że nie stało się to przez przypadek, jednak nie zamierzał w żaden sposób komentować zachowania współpracownika. Planował zemścić się na nim w odpowiednim czasie i w odpowiedni sposób.


         Niall poustawiał równo wszystkie szklanki, które zdążył do tej pory wyczyścić i obrzucił nienawistnym spojrzeniem Erica - chłopaka, z którym dzielił zmianę. Ten w odpowiedzi jedynie zaśmiał się i uniósł ręce w geście obronnym, już po kilku sekundach znikając za drzwiami, odcinającymi pomieszczenie gospodarcze od głównej sali klubu.


Szczęściarz — pomyślał gorzko blondyn, wracając do obserwowania parkietu, znajdującego się zaraz na przeciwko baru, o który opał się biodrem. Miał cichą nadzieję, że niechciani goście postanowią w końcu udać się do swoich domów. Niestety, ci wydawali się wciąż bawić w najlepsze i uprzykrzać mu w ten sposób i tak już wystarczająco ciężki żywot. — Też chciałbym w końcu wyjść z tego więzienia i odpocząć.


         Przewrócił oczami, dostrzegając grupkę dziewczyn, ledwo trzymających się na nogach. Kolejna fala tępego bólu rozeszła się po jego głowie, kiedy dotarło do niego, że będzie po raz kolejny musiał wziąć nadgodziny, za które pewnie i tak dostanie marne, w stosunku do poświęcenia, wynagrodzenie. Nie ma szans, aby w pojedynkę pozbył się tych wszystkich imprezowiczów. Mógł jedynie poprosić ochroniarzy o wyprowadzenie tych, których przed dalszą zabawą powstrzymywały jedynie ograniczenia fizyczne.


         Jedna z dziewczyn odwróciła się przodem Nialla. Osiemnastolatek uśmiechnął się szeroko, przestając szorować kolejne naczynie i odłożył je na bok, wsuwając ścierkę za biały fartuch, który jako jedyny kontrastował z czarnymi, dżinsowymi spodniami i nieszczęsną koszulą. Pochylił się powoli do przodu, nie spuszczając z niej spojrzenia, oparł łokciami o blat i zaczął uważnie przyglądać jak dziewczyna, która dziś rano wpadła na niego w mieszkaniu, biega dookoła swoich trzech przyjaciółek i za wszelką cenę stara się nie dopuścić do tego, aby którakolwiek z nich przewróciła się i stłukła sobie nos. Zadanie miała bardzo utrudnione przez wysokie, czarne szpilki, dzięki którym zwracała uwagę płci przeciwnej długimi, zgrabnymi nogami. Oprócz nich była jeszcze ubrana w pomarańczową, rozkloszowaną spódnicę nad kolano i białą bokserkę, przylegającą do szczupłego ciała. Na ramieniu dziewczyny dostrzegł cienki pasek od torebki, jednak ona sama została schowana pod jasno - szarą marynarką, przewieszoną na niej.


         Horan obrzucił spojrzeniem bar i szybkim krokiem podszedł do przyjaciółek, w ostatnim momencie łapiąc Anabeth, która potknęła się na schodach i z cichym piskiem rozbawienia zaczęła zbliżać się do zderzenia z twardym parkietem. Roześmiana dziewczyna zakryła usta dłonią, wywołując tym nieznacznie uniesienie kącików ust przez blondyna. Musiał przyznać, że i tak był pod wrażeniem. W końcu nie każdy potrafiłby w stanie mocnego upojenia alkoholowego chodzić w dwunastocentymetrowych szpilach i nie zabić się przy okazji. A ona, dopóki znajdowała się na płaskiej powierzchni, radziła sobie całkiem nieźle.


— Niall! - krzyknęła Ana, wyraźnie zadowolona z widoku swojego współlokatora. — Wiedziałam... Nie! Ja byłam pewna, że cię tu znajdę — brązowowłosa złapała się ramion chłopaka i wyprostowała się, starając tym razem utrzymać równowagę. Wydęła usta, spoglądając tęsknym wzrokiem ponad jego ramieniem. Horan przewrócił oczami, doskonale zdając sobie sprawę, że za plecami ma bar. Szybko jednak wróciła do wpatrywania się w zmęczoną twarz chłopaka.


— Mi też bardzo miło cię widzieć — powiedział cicho, mierząc pozostałą część grupy uważnym spojrzeniem. Na twarzy nieznajomej dostrzegł wyraźną ulgę. — Możesz mi powiedzieć, co wy tutaj robicie? W takim stanie już dawno powinnyście wrócić do domów, jeżeli życie wam miłe — odezwał się ponownie, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Przewrócił oczami i wystawił rękę, łapiąc Kendall zanim ta zdążyła upaść. Cichy, irytujący jego bębenki uszne chichot sprawił, że chłopak wrócił wzrokiem do Vashchenko. Nigdy nie spodziewał się, że zobaczy ją w tak opłakanym stanie.


— Margie chciała cię koniecznie zobaczyć! — zapiszczała, wyraźnie podekscytowana tym, co powiedziała, a na twarzy wspomnianej dziewczyny pojawiły się dwie, niemalże purpurowe plamy. Niall uśmiechnął sie do siebie pod nosem. Blondynka wyrwała się z jego uścisku i ruszyła w dalszą podróż do baru, jednak w ostatnim momencie zdążył przyciągnąć ją z powrotem do siebie za nadgarstek, zupełnie nie przejmując się jej protestami. W pewnym sensie uznał to za odegranie się na niej za nieprzyjemne docinki, które jeszcze rano wymierzała pod jego adresem.


— Chodźmy na zewnątrz — zaproponował Horan i ciągnąc za sobą dwie dziewczyny, podszedł do drzwi wyjściowych. — Henry, przypilnuj baru. Mam tu sytuację wyjątkową — zwrócił się jeszcze do młodego chłopaka, dorabiającego w klubie jako sprzątacz, na co ten od razu przystał ochoczo. Niall wiedział, że chłopak już od dawna stara się o wyższą posadę w klubie. Pamiętał, jak opowiadał mu, że bycie barmanem uważał za pasję. Chciał nawet otworzyć własną dyskotekę, ale brakowało mu na to odpowiedniej sumy pieniędzy i przez najbliższych kilka lat musiał zadowolić się jedynie marzeniami i wyobrażeniami na ten temat.




         Dość chłodny jak na maj wiatr owiał całe ciało jasnowłosego, powodując że jego zmysły rozbudziły się chociaż w minimalnym stopniu. Przymknął na chwilę oczy, po czym uniósł niechętnie powieki i skierował swój wzrok na jedyną trzeźwą dziewczynę z towarzystwa. Zauważył jak spina się i drży, najprawdopodobniej pod wpływem zimna. Zdziwił się, że nie założyła na siebie marynarki, jednak postanowił tego nie komentować. W końcu w ogóle nie leżało to w jego interesie. Odetchnął cicho, sadzając pijane dziewczyny na przystanku autobusowym. Był szczęśliwy, że długie, krwistoczerwone paznokcie Kendall w końcu przestały wpijać się boleśnie w jego skórę na przedramieniu, który przez podwinięte rękawy był w pełni odsłonięty. Zerknął na obolałe miejsca i z wyrazem nienawiści na twarzy potarł je opuszkami palców.


— Ma kto po was przyjechać? — uniósł wysoko brew, widząc jak Margie, na początku ignorując jego pytanie, trzęsącymi się dłońmi wydobyła z torebki paczkę papierosów. Wyjęła jednego i odpaliła go, zaciągając się nim nieumiejętnie. Albo dopiero zaczynała, albo biła się z myślami. — I nie mówię o taksówce, chodzi mi o coś bezpiecznego — dodał szybko, zanim dziewczyna zdążyła powiedzieć cokolwiek, zwracając tym na siebie jej uwagę. Najpierw popatrzyła na niego nieobecnym wzrokiem, wciąż zajmując się swoimi przemyśleniami. Przytknęła po chwili, potwierdzając jego słowa, których sens dotarł do niej w zwolnionym tempie.


— Mój brat za kilka minut powinien tu być — wytłumaczyła szybko i pobieżnie, błądząc spojrzeniem ciemnych oczu po popękanym w kilku miejscach chodniku. — Jedyny problem polega na tym, że nie zmieścimy się wszystkie do jego samochodu i dlatego zaciągnęłam je tutaj, żeby poprosić cię o pomoc. Chodzi o to, czy mógłbyś wziąć ze sobą Anabeth do domu. Pomyślałam, że skoro mieszkacie razem, to nie będzie to dla ciebie duży problem. Zupełnie nie chodziło o to, co Ana miała na myśli — ciemnowłosa zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę, zaciskając mocno palce na papierosie. — Nie zrozum mnie źle, jesteś naprawdę bardzo przystojny i w ogóle, ale zupełnie cię nie znam, widzieliśmy się wcześniej tylko raz, nawet nie widzieliśmy. Wpadłam na ciebie i  dostałam słowotoku, za co jeszcze raz bardzo cię przepraszam, ja zamyśliłam się i nie wiedziałam, gdzie idę...


— Spokojnie — głośny śmiech chłopaka przerwał nieskładny wywód Margaret i spowodował kolejne purpurowe rumieńce na jej policzkach. Nie rozumiał, co tak właściwie zrobił, aby ją zawstydził. Nie zamierzał jednak pytać — była urocza. Spodobała mu się, mógł to otwarcie przyznać — Zabiorę ją ze sobą — skinął twierdząco głową.



MIASTO TAJEMNIC


Cork od zawsze kojarzone było głównie z niezmąconym spokojem i monotonią. Wszyscy dawno przywykli do ulicznego jazgotu i wiecznych korków, paraliżujących ruch miejski. Nikt nie bał się wychodzić z domu po zmroku, a matki zajmowały się własnymi sprawami, podczas gdy ich pociechy przerzucały piasek w piaskownicy. 

Niestety, ostatnimi czasy rutyna uległa zmąceniu.

Każdy z nas słyszał o serii niewyjaśnionych morderstw, jakie miały miejsce dwa lata temu. W dziwnych okolicznościach zginęło dwunastu młodych ludzi, mieszkańców miasta. Wszyscy pamiętamy strach i niepokój, jaki zapanował w całym mieście i szczęście, po złapaniu domniemanego mordercy. Co prawda nikt nie chciał do końca wierzyć, że dwudziestodwuletnia ówcześnie Danielle byłaby w stanie samodzielnie obezwładnić, a potem zadźgać mężczyznę dwie głowy większego od niej. Wszyscy pamiętaj zdjęcia jej zapłakanej twarzy i łamiący głos, którym nieustannie powtarzała, że jest niewinna. Każdy miał wątpliwości, której — jak widać — okazały się jak najbardziej prawdziwe.


Dzisiejszej nocy znaleziono zmasakrowane ciało młodego chłopaka. Policja wciąż stara się ustalić jego tożsamość, co jak na razie graniczy z cudem. Nasz zaufany informator donosi, że twarz nieszczęśnika została polana mocno żrącą substancją. Co więcej odcięto mu wszystkie palce.


Nasuwa się jedno pytanie — czy Cork wciąż jest tym bezpiecznym i spokojnym miejscem, jakim było dotychczas? Policja wznowiła sprawę Danielle, która tak naprawdę stała się poszkodowaną. Jednak czy istnieje cokolwiek, co mogłoby zrekompensować jej dwa lata, spędzone w więzieniu?

Oczekujcie na następne informacje,
wasza Legion.




— Myślałam, że już nigdy mnie stamtąd nie wyciągnięcie.


         Dziewczyna uśmiechnęła się półgębkiem, poprawiając swoje długie, blond włosy, związane w kucyk. Wyglądała na dość wychudzoną i zaniedbaną, a na jej knykciach widoczne były czerwone ślady — pamiątki po bójkach — które mocno kontrastowały z bladą skórą, dawno nie wystawianą na działanie słonecznych promieni. Założyła nogę na nogę, wodząc wzrokiem po wszystkich przyjaciółkach, które siedziały z nią przy stole. Dresowe spodnie podsunęły się do góry, odsłaniając kawałek podrapanej kostki.


— Wierz lub nie, ale to wcale nie było takie łatwe — odpowiedziała jej od razu szatynka, zajmująca miejsce naprzeciwko. — Policja cały czas węszyła. Nie było szans na to, żeby chociażby wyjść z bronią na ulicę, a do dopiero użyć jej i nie ściągnąć na siebie uwagi. Dopiero kilka miesięcy temu trochę sobie odpuścili.


— Rozumiem to — przytaknęła, kiwając głową. Zamyśliła się przez chwilę, patrząc nieobecnym wzrokiem na ścianę, ponad ramieniem jednej z dziewczyn, siedzącej naprzeciwko. Migające światło, bijące od świeczki i dźwięki morza rozchodzące się echem po metalowym kontenerze, w którym spędzały wieczór, powodowały atmosferę, wręcz żywcem wyjętą z horroru. Im to jednak nie przeszkadzało, były przyzwyczajone do takich warunków. — A co z naszym szefem? — zapytała, a jej głos lekko zadrżał przy ostatnim słowie. — Wciąż na nas uwzięty?


— To on zorganizował nam tę całą szopkę. Mamy wrażenie, że szykuje się coś większego. I nadzieję, że wszystkie wrócimy z tego w jednym kawałku.