wtorek, 31 stycznia 2017

[03] Rozdział Trzeci




Be careful making wishes in the dark
Can't be sure when they've hit their mark
Besides in the mean-meantime I'm just dreaming of tearing you apart
I'm in the de-details with the devil
So now the world can never get me on my level
I just got to get you out of the cage
I'm a young lovers rage
Gonna need a spark to ignite
~ Fall Out Boy
„My Songs Know What You Did In The Dark (Light Em Up)”

         Niall skrzywił się mocno, układając dłoń u dołu pleców, kiedy po magazynie rozszedł się nieprzyjemny trzask jego obolałego z nadmiernego wysiłku kręgosłupa. Chłopak czuł się jak po bardzo długim i wyczerpującym maratonie, odbytym w samym środku Sahary, bez możliwości otrzymania jakiejkolwiek, chociażby najmniejszej dawki wody. W ustach miał niemiłosiernie sucho - wręcz wydawało mu się, że musiał co chwilę odklejać język od podniebienia. Oczy same mu się zamykały, a kolana uginały pod nim, kiedy brał na ręce kolejne pudła i przenosił je do magazynu. Stęknął cicho i usiadł na jednym, rozmasowując palcami kość ogonową. Przez brak uwagi, spowodowany zaprzątaniem sobie głowy dużą ilością zbędnych w tamtym momencie myśli, nie zauważył ostatniego schodu, na którym pośliznęła mu się stopa i upadł, boleśnie tłukąc sobie przy tym pośladki. Spiorunował rozeźlonym spojrzeniem szeroko uśmiechniętego Artura, wysokiego szatyna, z którym dzielił zmianę tamtego dnia. Jak każdą inną z resztą, z tą niewielką różnicą, że ich trzeciemu koledze – Davidowi udało się jakoś wymigać od swojej dniówki i odpocząć na jednodniowym urlopie.

         Niechętnie podniósł się ze swojego tymczasowego siedziska i mozolnym krokiem, klnąc pod nosem na cały świat, ruszył z powrotem na górę. Był zły na swoją pracodawczynię za to, że nie dość, że kazała im nosić ciężkie pudła w tę i z powrotem, to nie załatwiła im nikogo, poza Henrym – który przecież i tak co noc przebywał w klubie, pomagając w zamykaniu go – do pomocy. Właśnie dlatego co chwilę zmieniali się z Arturem przy barze. Horan już sam nie wiedział co było dla niego gorsze – obsługiwanie pijanych nastolatków, rzadko kiedy posiadających w stosunku do niego chociaż odrobinę szacunku, czy przenoszenie ciężarów i coraz większe bóle w kręgosłupie. Westchnął ciężko nad swoim ciężkim losem, podchodząc do blatu, z którego wziął białą ścierkę i zabrał się za monotonne wycieranie szklanek i ustawianie ich na odpowiednich półkach.

         W pewnym sensie stało się to jego nawykiem, pozwalającym mu zapanować nad złością i irytacją, które nieustannie krążyły mu po głowie. Wciąż miał przed oczami obraz siebie samego, bawiącego się z przyjaciółmi na podobnych dyskotekach, prawie w każdą weekendową noc. Czasami zastanawiał się, czy oni również zachowywali się tak arogancko w stosunku do kelnerów i barmanów. Zamknął na chwilę oczy, kiedy dotarło do niego, że mógłby wrócić do swojego poprzedniego życia w zaledwie kilka godzin. Wystarczyło zabukować bilety na samolot, spakować swoje wszystkie rzeczy i wrócić do Londynu, do znajomych, przerwanych studiów i czekających na niego nieustannie rodziców. Tylko jedna przeszkoda przekreślała to wszystko. Upartość chłopaka była nie do przezwyciężenia.

— Nie ma już więcej pudeł. Wszystko jest poukładane w magazynie — Niall zamrugał szybko, słysząc obok siebie głos ciemnowłosego. Skinął lekko głową i odstawił kolejną szklankę na półkę, przyglądając się temu, jak Henry zaczyna wyprowadzać najbardziej pijanych klientów z klubu. — Szkoda mi trochę tego chłopaka. Podlizuje się szefowej jak może, a ona i tak nie chce mu dać lepszej roboty. Co byłoby z korzyścią dla nas, bo moglibyśmy mieć więcej wolnego dla siebie — wymamrotał pod nosem, przeczesując przydługie włosy palcami. Horan zerknął na niego kątem oka. Nikt poza Anabeth i jej koleżankami nie wiedział o kłamstwie dotyczącym jego orientacji seksualnej i wolałby, żeby tak pozostało. — W ogóle mogłaby sobie załatwić jeszcze jakichś trzech innych frajerów do roboty, żebyśmy wymieniali się co tydzień. Podarowałbym sobie nawet te sześć nieszczęsnych dniówek.

— Jestem pewny, że w końcu uda mu się spełnić marzenia o klubie i że będzie na tyle dobry, żeby to dziadostwo zamknięto w kilka miesięcy — Niall skrzywił się mocno, słysząc swój zachrypnięty głos. — Nie ma chyba miejsca na ziemi, które nienawidziłbym bardziej od tego — wymamrotał cicho pod nosem, czym wywołał głośny śmiech Artura. Przewrócił rozbawiony oczami i uśmiechnął się szeroko widząc, jak Henry wyprowadził ostatniego klienta za drzwi, po czym zamknął je na wszystkie zamki. Natychmiast odłożył szklankę, którą trzymał w dłoniach i chwytając ścierkę do wycierania blatów oraz tacę na opróżnione szklanki, wyszedł zza baru, swoje kroki kierując do lóż.

         Wcale nie miał ochoty ich czyścić. Uważał, że równie dobrze mogli zrobić to ci, którzy przychodzą na pierwszą zmianę – wyspani, czyści i chętni do pracy. Jednak gdyby zostawili je z Arturem brudne, natychmiast ktoś zgłosiłby to do właścicielki.


         Siedząc przy szafkach na zapleczu, po raz kolejny naszły go ponure myśli. Wiedział doskonale, że jeżeli nie uda mu się szybko tego powstrzymać, to w niedługim czasie czekał go szybki powrót do domu. Prawdopodobnie nigdy by sobie tego nie wybaczył, ponieważ nienawidził nie doprowadzać do końca planów, które – wbrew temu, co twierdził Louis – starannie układał.  Zamrugał kilkukrotnie, wyrwany ze swoich myśli i skinął lekko głową, żegnając się w ten sposób z Arturem, który po chwili opuścił pomieszczenie.

         Wstał niechętnie z ławki, zarzucając kurtkę na ramiona. Machnął ręką do Henry'ego, który odpowiedział mu tym samym i wyszedł z budynku. Dopiero, kiedy znalazł się na powietrzu, zanieczyszczonym przez spaliny samochodów i innych pojazdów poczuł, że jest w końcu wolnym człowiekiem. Zaciągną się ich zapachem, krzywiąc się lekko z niesmakiem. Wsunął dłonie do kieszeni, po czym ruszył przed siebie wolnym krokiem.

         Zazwyczaj dzwonił po taksówkę i jechał nią na ulicę, na której znajdowało się mieszkanie jego i Anabeth. Nie chciał, żeby dziewczyna zauważyła go wysiadającego z taryfy, dlatego kazał kierowcy zatrzymywać się kilka bloków wcześniej. Jednak tym razem w ogóle z tego zrezygnował. Noc była stosunkowo ciepła, a on i tak ostatnimi czasy miał problemy ze snem. Rozejrzał się dookoła, przechodząc przez ulicę na czerwonym świetle. Zdążył zauważyć, że policjanci nie przykładają do tego zbyt dużej uwagi w godzinach północnych. W końcu i tak, w przeciwieństwie do Londynu, ruch w Cork o tej porze był minimalny, niemalże zerowy.

         Uśmiechnął się lekko, czując powiew wiosennego wiatru na policzkach. Lubił taką pogodę. Nienawidził, kiedy było zbyt gorąco. Pocenie się i ciągłe uważanie na to, żeby się nie spalić na słońcu nie należało do czynności, które uznawał za przyjemne. Przeczesał włosy palcami, skręcając w odpowiednią uliczkę. Zdecydowanie bardziej odpowiadał mu lekki chłód, kiedy mógł założyć na siebie skórzaną kurtkę i dżinsowe spodnie. Właśnie dlatego cieszył się, że mógł mieszkać na wyspach. Tutaj pogoda praktycznie zawsze była taka sama, jedynie czasami w zimie odbiegała nieznacznie od normy, ale i tak szybko wracała do swojej rutyny.

         Ziewnął cicho, zasłaniając usta dłonią, kiedy zatrzymał się w końcu przed drzwiami wejściowymi na klatkę schodową. Cieszył się, że postanowił przespacerować się po okolicy. W końcu zrobił się senny. Miał nadzieję, że zdoła odpocząć do pobudki. Wpisał szybko kod, dzięki czemu mógł wejść do wnętrza budynku. Upewnił się, że drzwi zamknęły się za nim i wszedł na drugie piętro. Nie trudził się z wyjmowaniem kluczy, wiedział że jego współlokatorka jeszcze nie śpi. Zawsze przesiadywała nocami przed gazetami i pisała coś na swoim laptopie. Niall w to nie wnikał. W końcu Ana miała prawdo do własnego życia. Nawet nie interesowało go to, jak zarabia. Dla niego ważny był jedynie fakt, że ma z kim mieszkać i że nie jest to obleśny chłopak z nieprzyjemnym zwyczajem włażenia mu do pokoju, kiedy on akurat przebywa w pracy. A od niedawna również to, że dzięki niej mógł raz na jakiś czas zamienić kilka słów z Margaret.

         Zamknął ze sobą po cichu wejście. Zmarszczył brwi, słysząc głośne śmiechy, dochodzące z salonu. Wiedział, że jest tam znacznie więcej ludzi, niż wchodziło w skład paczki przyjaciółek Vashchenko. Pokręcił głową i niezdolny nawet do tego, żeby się z nią przywitać, zamknął za sobą wejście na klucz i udał się do swojego pokoju. Rozebrał się do bielizny, rzucając wszystkie ubrania w kąt pokoju. Opadł na łóżko i naciągając na głowę poduszkę, aby zagłuszyć wszystkie śmiechy, zasnął.


         Niall zmarszczył brwi, kiedy usłyszał dźwięk swojego dzwonka ze spodni, w których w dalszym ciągu znajdował się jego telefon. Był ustawiony dość głośno, ponieważ w barze zawsze panował gwar, a z głośników leciała głośno klubowa muzyka nawet, kiedy w środku przebywało zaledwie kilku gości; DJ tłumaczył się z tego ciągłą potrzebą miksowania nowych kawałków, aby klienci nie znudzili sie tymi, które cały czas puszczał. Horan nie lubił nie odbierać połączeń, nawet tych od nieznanych numerów, które najczęściej okazywały się marną próbą namówienia klienta do kupna jakiegoś nienadającego się do dłuższego stosowania produktu. Bał się, że może przegapić jakąś ważną informację od znajomych lub rodziców z Londynu. Tym jednak razem liczył na to, że niepodpięta do ładowarki na noc komórka rozładuje się wcześniej niż później.

         Z cichym westchnieniem podniósł się z łóżka i lekko przygarbiony podszedł do pomiętych, leżących w kącie ubrań, po czym wygrzebał z nich komórkę od razu naciskając zieloną słuchawkę, kiedy piosenka wciąż dudniła mu w uszach. Nie chcąc wracać do łóżka położył się na podłodze, przykładając aparat do ucha.

— Słucham — wymamrotał pod nosem, zakrywając oczy ramieniem. Usłyszał cichy śmiech po drugiej stronie, przez co na jego ustach od razu rozciągnął się szeroki uśmiech. — Nie rozumiem, co cię tak śmieszy, Jo — przewrócił oczami, po chwili pozwalając powiekom na zamknięcie się. Nie wiedział, ile czasu minie zanim jego zmęczony organizm zapadnie w sen, dlatego wolał, żeby przyjaciółka szybciej powiedziała mu o tym, o czym zamierzała.

— Ty, Horan — rzuciła luźno do słuchawki. Niall wiedział, że przebywała na zewnątrz, ponieważ w tle słyszał świstanie wiatru, który zawsze wiał na dziedzińcu uczelni. Zerknął na zegarek, wiszący na ścianie, aby z ciekawości sprawdzić która jest godzina, po czym ponownie zasłonił oczy przed światłem. Wiedział, że dziewczyna paliła, w końcu miała teraz przerwę obiadową, a każdy posiłek zaczynała porządną dawką nikotyny. — Mam nadzieję, że kiedy wpadnę w ten piątek odwiedzić cię w Cork, to w drzwiach nie przywita mnie twoja współlokatorka. Byłabym bardzo tym faktem zawiedziona — chłopak natychmiast podniósł się z podłogi i usiadł po turecku, opierając się nagimi plecami o chłodną ścianę. Potarł dwoma palcami kąciki oczu, zaciskając mocno powieki. — Jesteś tam jeszcze, Niall? Zaczynam się o ciebie poważnie obawiać, a jeżeli będzie tak dalej, to przysięgam że zapakuję twój zad w walizkę i ściągnę z powrotem do Londynu.

— Powiedz jeszcze coś jak moja mama, to przysięgam Blackwood, uwierzę że jesteś nie tylko pełnoletnia, ale i dorosła — cichy śmiech wydobył się z jego gardła. Wierzył w to, że wizyta przyjaciółki była w stanie pozytywnie wpłynąć na jego samopoczucie, jednak wiedział również, że nie pozwoli jej wyciągnąć się z Cork za żadne skarby świata. Tęsknił za tym, co miał w domu – przyjaciółmi, prawdziwym odpoczynkiem, którego nie zaznał od dobrych dwóch miesięcy i swoją uczelnią, gdzie wbrew pozorom lubił przebywać. Może i narzekał na dłużące się w nieskończoność zajęcia, jednak za każdym razem, kiedy miał okazję ponabijać się z wykładowców wraz z przyjaciółmi, z szerokim uśmiechem zajmował swoje miejsce w ławce. — Już nie mogę się doczekać piątku. Mam nadzieję, że jeszcze się nie odzwyczaiłaś od mojego towarzystwa.

— Chciałbyś. Wszystko w tym cholernym Londynie jest bez ciebie nudniejsze. Nawet kłótnie Louisa i Harry’ego nie są tak fajne, kiedy nie mam ich z kim komentować — ciche westchnienie rozśmieszyło Nialla jeszcze bardziej. — W każdym bądź razie czekam na ciebie w piątek o ósmej w porcie lotniczym Cork. Jeżeli się nie pojawisz, to znajdę cię na własną rękę, ale sporo będzie cię ta przyjemność kosztować. Pa, Horan — i zanim Niall zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dziewczyna zerwała połączenie.

         Blondyn, śmiejąc się cicho pod nosem, wstał z podłogi i wolnym krokiem przeszedł z powrotem do łóżka. Jeżeli chciał zdążyć przed opuszczeniem biura swojej pracodawczyni musiał się pospieszyć ze swoją drzemką. Zdecydowanie nadszedł moment, w którym po raz pierwszy chciał poprosić ją o kilka dni urlopu, a do tego zadania musiał być odpowiednio wypoczęty, jeżeli chciał żeby wszystko poszło po jego myśli. Nie wybaczyłby sobie nigdy, gdyby nie spędził weekendu w towarzystwie najlepszej przyjaciółki po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.  Naprawdę szczerze cieszył się, że będzie miał okazję z kimś porozmawiać dłużej niż kilkanaście minut i że będzie to ktoś, kogo znał praktycznie od urodzenia.


         Pobudka, którą zafundował sobie godzinę później, nie należała do najprzyjemniejszych momentów dnia. Co prawda zaraz po otworzeniu oczu wziął szybki, zimny prysznic i wypił kubek wody prosto z lodówki, jednak zmęczenie jak na złość nie chciało się od niego odczepić. Jednak mimo wszystko czuł w sobie coś, dzięki czemu nabrał chęci do życia, utraconych w czasie stania za barem. Cieszył się, że w końcu będzie mógł przeznaczyć kilkanaście godzin na prawdziwą zabawę, a nie ciągłą, wręcz katorżniczą pracę.

         Po śniadaniu i szybkich zakupach, przebrał się w swoje robocze ciuchy i spokojnym krokiem, przyglądając się mijanym po drodze ludziom, udał się prosto do klubu. Pomieszczenia biurowe, na całe szczęście, znajdowały się zaraz nad nim, dzięki czemu po zakończeniu rozmowy będzie miał jeszcze chwilę czasu na rozmowę ze swoimi współpracownikami. Przez ostatnich kilka tygodni znacznie zaniedbał kontakt z nimi, a byli oni tak naprawdę jedynymi ludźmi w całym Cork, z którymi rozmawiał regularnie. Między innymi właśnie z tego powodu nie chciał, aby między nimi panowała nieprzyjemna atmosfera.

         Uśmiechnął się przyjaźnie do Lucka – chłopaka, który prawie zawsze miał zmianę przed nim – i wszedł po schodach do wnętrza budynku. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami gabinetu właścicielki i zapukał do nich po uspokojeniu przyspieszonego oddechu, czekając aż Stephanie McColl zaprosi go do środka. Mimo wszystko nie chciał wyjść na niewychowanego wieśniaka.

— Proszę — przywołał na twarz lekki uśmiech, nacisnął klamkę i pchając drewniany przedmiot, wszedł do środka po raz pierwszy od momentu, w którym miała miejsce jego rozmowa kwalifikacyjna, kilka miesięcy temu.

         Pomieszczenie zupełnie nie zmieniło się od tamtego czasu. Na wprost od wejścia stało biurko z białego drewna, a za nim blado – różowe krzesło obrotowe, wykonane ze sztucznej skóry. Przy lewej ścianie stał regał, wypełniony papierami, segregatorami, umowami i teczkami, starannie poukładanymi według alfabetu. W oknie wisiała biała firanka, a na parapecie stały fioletowe storczyki. Niall zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami, zerkając na ciemnowłosą, czterdziestoletnią kobietę, wpatrzoną w ekran drogiego komputera. Niall, chociaż nie miał z nią do czynienia zbyt wiele razy, zdążył zauważyć, że lubi kupować sobie drogie zabawki, aby pokazać tym samym przez znajomymi i przyjaciółmi, że jej klub prosperuje lepiej niż bardzo dobrze. Kilka razy zdążyło jej się przyprowadzić ze sobą jakąś przyjaciółkę, podczas kiedy on i Artur, albo David odbierali codzienną dostawę.

         Podszedł do biurka, kiedy Stephanie podniosła na niego znudzony wzrok, po czym siada na drewnianym, cholernie niewygodnym krześle zaraz naprzeciwko niej. Na jej twarzy natychmiast rozciągnął się niewielki, lekko zadziorny uśmiech, a w oczach pojawiły wesołe iskierki. Zupełnie mu się to nie spodobało. Chłopaki nie raz sugerowali mu, że ich szefowa zwraca na niego zdecydowanie zbyt dużą uwagę i że powinien coś z tym zrobić zanim wydarzenia potoczą się na jego niekorzyść. Niestety, robili to dość żartobliwie, przez co on również nie brał ich na poważnie. Żałował tego w tamtym momencie. Mógłby się przynajmniej lepiej przygotować na tę okoliczność spotkania z nią.

— Witaj Niall — zaczęła swoim melodyjnym głosem powodując, że po plecach chłopaka przeszły nieprzyjemne dreszcze. Splótł ze sobą swoje palce i ułożył je na udach, zsuwając się nieznacznie na siedzeniu, aby móc przybrać wygodniejszą pozycję. Zapowiadała się długa rozmowa. — Przychodzisz do mnie z jakąś konkretną sprawą? — kobieta unosi brew i prostuje plecy, zamykając klapę laptopa. Sięga dłonią do czerwonego przycisku na biurku i naciska go, przysuwając nieznacznie twarz do niewielkiego głośnika. — Natalie, przynieś herbatę — jej głos stał się wyniosły i szorstki, jednak uśmiech wciąż nie znikał kobiecie z twarzy.

— Chciałbym poprosić o dwa dni urlopu — Niall starał się mówić ostrożnie i wyraźnie nie chcąc, aby doszło między nimi do jakiegoś nieporozumienia. Był zmęczony, zaspany i sam nie wiedział do końca, co się tak naprawdę dzieje dookoła niego. Wolał nie powiedzieć jakieś głupoty, której mógłby potem żałować przez bardzo długi czas.

— Cóż — urwała, kiedy jej asystentka weszła do pomieszczenia, niosąc w dzbanku herbatę, o którą prosiła. Szatynka odsunęła się nieznacznie od biurka, pozwalając wyraźnie zdenerwowanej dziewczynie postawić na nim tackę z dwoma filiżankami. Natalie, jak blondyn zdążył usłyszeć, nalała cieczy i odprowadzona rozdrażnionym wzrokiem swojej szefowej, natychmiast zniknęła za drzwiami, starając się nimi za sobą nie trzasnąć. — Jak zdążyłeś zauważyć klientów w barze przybywa z dnia na dzień. Nie wiem, czy mogę sobie pozwolić na rozdawanie urlopów pracownikom, szczególnie tak kompetentnym jak ty — chłopak powstrzymał się od głośnego przełknięcia śliny, wbijając sobie paznokcie w skórę. Obiecał sobie, że jeżeli chłopaki po raz kolejny zauważą coś, co dotyczy jego i jakiejkolwiek kobiety, to najpierw dopyta się czy mówią całkowicie poważnie, a dopiero potem zacznie ignorować ich zaczepki.

— Byłbym bardzo wdzięczny za tę przysługę, pani McColl — skinął lekko, nie spuszczając z niej wzroku. — Pracuję nieustannie od trzech miesięcy prawie w każdą noc tygodnia i prawdę mówiąc zaczynam nie wyrabiać na zakrętach, jeżeli mogę tak to ująć. Cały czas chodzę zaspany i moja skuteczność w pracy znacznie zmalała w ostatnim czasie — chłopak wymusił na twarz uśmiech. Pomyślał, że jeżeli faktycznie spodobał się swojej szefowej, to wspominanie o odwiedzinach najlepszej przyjaciółki nie jest najlepszym pomysłem. Musiał kombinować. Uśmiech na twarzy kobiety powiększył się, a on od razu pożałował, że tam przyszedł; że w ogóle zatrudnił się u niej i że miał z nią do czynienia.

— Masz rację Niall, noc powinno przeznaczać się na ciekawsze rzeczy — kobieta uniosła dłoń i nawinęła sobie na palec kosmyk włosów. — I nie mów mi pani, wspominałam ci już o tym. Wystarczy po prostu Stephanie — wyciągnęła przed siebie drugą rękę, a chłopak natychmiast ją uścisnął chcąc mieć tę rozmowę jak najszybciej za sobą. — Dam ci te dwa dni wolnego, ale pod jednym warunkiem — zmrużyła lekko powieki, zerkając prosto w zdziwione oczy jasnowłosego. Nie pozwoliła mu zabrać dłoni, wbijając w nią mocniej swoje paznokcie. — Pójdziesz ze mną na przyjęcie w domu mojej przyjaciółki. Chce, żeby nie tylko zazdrościli mi interesu, ale i przystojnego faceta. Nie wierzę, że nie zauważyłeś jak Dafne patrzyła na ciebie kiedy ją tutaj zabierałam.

— Nie sądzę, aby to był dobry pomysł — Niall wiedział, że powinien jak najszybciej ulotnić się z tego gabinetu. Zaczynał panikować, co w połączeniu ze zmęczeniem jakie panowało w jego umyśle, nie zwiastowało nic dobrego. Przyciągnął mocno ramię do siebie, dzięki czemu wydostał palce z żelaznego uścisku. Nie spodobało jej się to, ale nie zamierzał zwracać na to uwagi. Mogła nawet go zwolnić, nie zależało mu na tej cholernej pracy. Nie zamierzał pozwolić, żeby traktowała go jak ładnie wyglądający przedmiot na obrazku. W ogóle nie chciał dopuścić do tego, żeby jego szefowa weszła w jego życie i tak już wystarczająco długo musiał znosić jej zachcianki. — Uważam, że relacje moje i pani powinny pozostać czysto zawodowe.

— A ja uważam, że źle oceniasz swój stan zdrowia — jej głos stał się chłodny, a spojrzenie niedostępne jak podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Horan wiedział, że jest na straconej pozycji i że jego przyjaciółka przesiedzi w Cork dwa dni zupełnie sama ze sobą. Wątpił, że ktokolwiek inny z ich wspólnych znajomych chciałby się z nią zabrać. W końcu zaniedbał kontakt z nimi wszystkimi przez to, że całe dnie spędzał na pracowaniu lub na spaniu. Od dwóch tygodni nie mógł nawet znaleźć chwili nawet na to, żeby porozmawiać ze swoją matką. — Zupełnie niepotrzebny ci urlop. A jeżeli masz zamiar jeszcze raz o to zapytać, to lepiej od razu oddaj mi pieniądze za strój roboczy i nie przychodź na kolejne zmiany. Jednak z twoim brakiem wykształcenia nie liczyłabym na pracę gdziekolwiek indziej — uśmiechnęła się złośliwie, krzyżując ręce na piersiach. Szybko wróciła do nieprzychylnego wyrazu twarzy i z powrotem unosząc klapę laptopa wróciła do pracy.

         Niall zacisnął wargi w wąską kreskę. Skinął głową na pożegnanie, czego albo nie zauważyła, albo zignorowała, wstał z krzesła i wyszedł z pomieszczenia, wkładając całą swoją silną wolę w to, żeby nie trzasnąć drzwiami. Zbiegł po schodach do piwnicy budynku, chcąc jak najszybciej zająć się pracą, aby nie myśleć i tym, co zaszło minutę wcześniej. Dopiero w pomieszczeniu, wypełnionym rzędami szafek dla pracowników pozwolił sobie na okazanie wściekłości.

         Zaklął głośno i kopnął w metalowe drzwiczki o swojej skrytki przez co wygięły się lekko. Wydobył z kieszeni kluczyk i otworzył je, otwierając zamaszyście, przez co wydały głośny huk, uderzając o kolejne. Z nienawiścią przewiązał w pasie biały fartuch i zaciskając mocno szczękę zamknął zamek, udając się na główną salę klubu. Nie zwracając uwagi na fakt, że do jego zmiany pozostało jeszcze nieco ponad pół godziny, ku zdziwieniu Nathaniela, pracującego do południa, chwycił białą szmatę i okrągłą tacę i udał się do łóż z zamiarem wyczyszczenia kilku stolików. Obawiał się, że gdyby zaczął przyjmować zamówienia mógłby zacząć wyżywać się na Bogu ducha winnych klientach.

         Zaczął nieostrożnie układać szklanki na tacy, po chwili niemalże rzucając ją na siedzenia. Nie dbał o to, że może potłuc je wszystkie. Wiedział, że będzie stać go na to, aby później zapłacić za poniesione szkody. Musiał się jakoś wyładować na tej cholernej wydrze, a co lepiej ugodziło by ją jak nie zniszczenie kilku przedmiotów w jej ukochanym klubie? Zamaszyście i mało dokładnie wytarł blat, pozostawiając na szkle kilka smug. Modlił się w duchu, aby w niedalekiej przyszłości jakiś pijany nastolatek uderzył o niego głową i potłukł w drobny mak. Uśmiechnął się z zadowoleniem pod nosem, wyobrażając sobie tę scenę. O tak, na pewno długo zwlekałby z wezwaniem jakiejkolwiek pomocy.

— Horan pracujący poza godzinami pracy, no po prostu muszę to zobaczyć — blondyn zadrżał zaskoczony, kiedy do jego uszu dobiegł rozbawiony głos Davida. Uniósł wzrok na szatyna, mierząc go w odpowiedzi nienawistnym spojrzeniem, kiedy chłopak usiadł naprzeciwko niego, zakładając ręce za głowę. Uśmiechnął się do niego szeroko, wyraźnie zadowolony z tego, że może pożartować sobie z kolegi z pracy. — No powiedz co doprowadziło cię do takiego stanu, jestem cholernie ciekawy — zaśmiał się głośno, w ostatnim momencie unikając ścierki, którą Niall rzucił prosto w jego głowę.

— Dobrze ci radzę, Melville, jeżeli chcesz dożyć końca dnia, to daj mi spokój — warknął, podnosząc tacę z brudnymi szklankami, którą ułożył sobie na ramieniu. Cała złość zaczynała powoli z niego opadać i nie chciał dać się sprowokować kumplowi. Zamierzał jak najszybciej się uspokoić, aby wymyślić coś, dzięki czemu udałoby mu się zachować honor i nie zawieść przyjaciółki. — Jeżeli ci powiem, to odczepisz się w końcu ode mnie? — przewrócił oczami, odstawiając tacę na blat, przez co około szesnastoletnia dziewczyna, siedząca za barem podskoczyła i popatrzyła na niego zdziwiona. Zignorował ją, zaczynając wkładać naczynia do jednej z trzech zmywarek.

— Nie mogę obiecać, ale postaram się ciebie zrozumieć — skinął lekko, nie przestając obserwować nerwowych ruchów Horana. Z doświadczenia wiedział, że był on na ogół spokojnym człowiekiem i nawet natarczywi klienci nie byli w stanie doprowadzić go do furii, w jakiej zastał go tamtego dnia.

— To przez szefową — zaczął, urywając na chwilę w nadziei, że jednak nie będzie musiał się znów zdenerwować. Westchnął ciężko, zamykając na chwilę oczy. Kiedy otworzył je ponownie, zamknął zmywarkę i nastawił ją, stając na prostych nogach krzywiąc się, kiedy stawy w kolanach strzeliły mu nieprzyjemnie. — W ten piątek, znaczy jutro, przylatuje do mnie przyjaciółka z Londynu i byłem pięknie poprosić ją o dwa dni wolnego. Na początku było wszystko w porządku. Znaczy dla niej w porządku, ja chciałem uciec. Patrzyła na mnie jakbym obiecał jej co najmniej upojną noc, a potem powiedziała mi, że jeżeli chcę urlopu, to muszę z nią pójść na jakieś spotkanie z tą przyjaciółką, którą przyprowadziła parę razy kiedy rozpakowywaliśmy nowy towar. Jakieś przyjęcie czy szlag wie co, nie zainteresowało mnie to za bardzo, więc powiedziałem jej że wolałbym, żeby nasze relacje pozostały czysto zawodowe, a ta suka kazała mi iść do roboty bo jak nie, to mam jej zapłacić za strój roboczy i spierdalać — warknął cicho, wsadzając dłonie do kieszeni. Wypuścił powietrze ze świstem przez lekko rozchylone usta i skupił swój wzrok na blacie, dochodząc do wniosku, że ktoś powinien go w końcu wyczyścić.

         Przez dłuższą chwilę między kolegami panowała kompletna cisza. David chciał rzucić jakimś złośliwym komentarzem, jednak postanowił zostawić sobie to na później, kiedy przyjdzie do nich Arthur. Miał cichą nadzieję, że blondyn uspokoi się do tego czasu i sam będzie śmiał się z sytuacji, która miała miejsce. W końcu nie było się czym zbytnio przejmować, a Melville dobrze wiedział, że Niall i tak wyjdzie jakieś wyjście z sytuacji. W końcu praca u McColl nauczyła ich jak sobie radzić w życiu. I tak naprawdę była przydatna jedynie do tego.

— A nie znasz tutaj kogoś kto mógłby odebrać ją za ciebie? No wiesz, mówiłeś na przykład że dziewczyna, z którą mieszkasz jest całkiem w porządku — ciemnowłosy wzruszył lekko ramionami, opierając się biodrem o bar. Zignorował skąpo ubraną dziewczynę, która domagała się jakiegoś drinka i skupił całą swoją uwagę na chłopaku, błądzącego wzrokiem po pomieszczeniu. Ten skrzywił się mocno i pokręcił przecząco głową.

— Zamierzam odkładać ich spotkanie najdłużej, jak to tylko będzie możliwe. Powiedzmy, że zanim tu przyjechałem, namąciłem trochę w swoim życiu, a Jo była temu mocno przeciwna i jest gotowa wytłumaczyć Anabeth jak to naprawdę ze mną jest — westchnął ciężko, przewracając oczami. Kochał Josephine jak siostrę, jednak jej niewyparzony język działał mu czasami porządnie na nerwy.

— Nie rozumiem — Dav uniósł wysoko jedną brew i sięgnął po czystą szklankę, postanawiając w końcu zlitować się nad błaganiami dziewczyny. Spytał ją tylko o nazwę drinka i sięgnął po potrzebne składniki, zaczynając go przygotowywać. W dalszym ciągu ignorował ją jednak, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej od Nialla. Był prawdziwą plotkarą i przyznawał się do tego otwarcie, a słowa kumpla zainteresowały go dość mocno. — Co to znaczy, że namąciłeś sobie w życiu?

— Matko boska, David. Czy ty kiedykolwiek przestajesz zadawać pytania? — jasnowłosy wyrzucił ręce w powietrze. Odwrócił się, zerkając przez ramię, kiedy jedną dłonią zahaczył o kogoś. Jęknął zrezygnowany, dostrzegając Arthura. Wiedział, że teraz już nie miał nawet najmniejszej szansy na to, żeby jakoś wymigać się od tej dwójki. Lubił ich, owszem, jednak potrafili być denerwujący.

— Nie przestaje, z korzyścią dla mnie — zaśmiał się nowo przybyły, stając przodem do baru, po którym przesunął jedynie ścierką i przyjął kolejne zamówienie. Na zewnątrz zaczynało się ściemniać, co oznaczało, że do klubu przychodzić będzie coraz więcej gości, którymi oni będą musieli się zająć. — No opowiadaj, co takiego nawywijałeś, że te dwie nie mogą się spotkać. To na pewno było coś ciekawego, albo śmiesznego, a ja dzisiaj wstałem rano lewą nogą i z chęcią poprawię sobie humor.

— Nie wyjechałem z Londynu dlatego, że wyrzucili mnie ze studiów — zaczął wiedząc, że miganie się od rozmowy tylko przeciągnie ją do momentu, w którym pokłóci się z nimi, a oni i tak wyciągną z niego całą prawdę. Mimo wszystko, nie chciał robić sobie z nich wrogów, a i tak kłamstwo o jego homoseksualności zaczynało mu poważnie ciążyć. Miał już wszystkiego serdecznie dość i był gotowy wrócić z Jo na stałe do domu. — Znudziły mi się łatwe panienki na jeden raz, a że w stolicy wszyscy mnie znają, postanowiłem wyjechać do innego miasta. Padło na Cork, bo jestem Irlandczykiem, a to właśnie tutaj najpierw udało mi się załatwić umowę o pracę — przyciągnął sobie krzesło, którego używali do sięgania po alkohole z górnych półek i usiadł na nim, opierając tył głowy o szafkę za swoimi plecami. Zaczął obserwować pracę kolegów, nie mając nic lepszego do roboty. — Chciałem od razu zamieszkać z jakąś dziewczyną, a bałem się, że jeżeli napiszę to w ogłoszeniu, to wezmą mnie za jakiegoś gwałciciela czy coś, więc wymyśliłem w przypływie fantazji, że jestem gejem — zacisnął usta w wąską kreskę, przerywając swoją opowieść, kiedy oboje wybuchli głośnym śmiechem, niemalże zwijając się na podłodze. David rozlał alkohol, a Arthur wypuścił szklankę z gotowym drinkiem. Przynajmniej nie zareagowali jak Louis. Spuścił wzrok na myśl o przyjacielu. Miał cichą nadzieję, że jeżeli poprosi go o rozmowę, to ten mu nie odmówi. Źle potraktowali siebie nawzajem, a on chciał to naprawić za wszelką cenę.

— Ja nie wierze i jakaś laska się na to nabrała? Przecież ty co któryś wieczór wychodzić stąd z nową panienką, kiedy tylko masz lepszy humor — Melville teatralnie przesunął palcami po policzku, ścierając z niego łzy. Niall wzruszył obojętnie ramionami, układając skrzyżowane ręce za głową i wyciągając przed siebie nogi. Chciał im utrudnić przemieszczanie się za barem, to fakt.

— Starałem się dobrze udawać. Nie prowadziłem tych dziewczyn do swojego mieszkania, zawsze lądowaliśmy u nich, a kiedy Ana pytała się czy nie wróciłem do domu na noc, bo wylądowałem u jakiegoś przystojnego kolesia w łóżku, to nigdy nie odpowiedziałem przecząco ani twierdząco, zawsze dwuznacznie, a ona rozumiała to jak chciała. Z resztą wcale nie rozmawiamy często. Ostatnio przyszła do mnie schlana w nocy. Myślałem, że nie przeżyję. Miała na sobie tylko majtki i koszulę, a nie raz mieliście okazję widzieć ją tutaj z koleżankami. W dodatku przyssała się do mojego boku i powiedziała, że dobrze jest mieć przyjaciela geja. To była ciężka noc — zamknął oczy na samo wspomnienie półnagiego ciała współlokatorki obok siebie. Chyba to był jeden z tych dni, kiedy miał lepszy humor i zamierzał zaszaleć z jakąś równie ładną dziewczyną. — Zanim zacznie się pytać, napaleńce, Ana nie pociąga mnie w żaden sposób. Po prostu mój kutas dawno nie miał okazji do przelecenia jakiejś łatwej lali — David zerknął na niego ponad ramieniem, wciąż uśmiechając się szeroko.

— Albo po prostu lecisz na mój tyłek. No popatrz jaki jest jędrny i uwydatniony w tych dżinsach — chłopak zaczął poruszać biodrami, uginając lekko kolana. Blondyn otworzył jedno oko, szybko z powrotem opuszczając powiekę.

— Zaraz zwymiotuję, przysięgam — wymamrotał cicho pod nosem, ponownie zagłębiając się w swoich myślach. Zagryzł lekko wargę, oczami wyobraźni widząc siebie i Margie w łóżku w tej samej pozycji, w której musiał męczyć się kilka godzin z Vashchenko. — Kontynuując, bo za chwilę zrezygnuję i po prostu sobie stąd pójdę — odezwał się w końcu, kiedy rozporek zaczął uciskać mu nieprzyjemnie krocze. — Jutro przylatuje Jo i chce zabrać mnie z powrotem do domu. Mówiła coś o tygodniu, ale wiem że jak tam pojadę to już tu nie wrócę, a…

— A jest dziewczyna, która namieszała ci w głowie. Nie zaprzeczaj. Miałeś przed chwilą taki uśmiech, jakbyś zobaczył wielki talerz babcinego jedzenia po długiej głodówce — Arthur uniósł jeden kącik ust i nalał wody do szklanki, wrzucając do niego plasterek cytryny i kilka kostek lodu. Odczekał chwilę i wziął małego łyka. Teoretycznie nie wolno im było dotykać alkoholu i innych napojów do własnego użytku, jednak żaden z nich nie zwracał na ten zakaz większej uwagi. W klubie i tak było zbyt dużo ludzi, żeby kamery mogły uchwycić ostry obraz.

— Wcale nie zamierzałem zaprzeczać, ty nie dałeś mi dojść do słowa — zaprzeczył od razu, otwierając leniwie oczy. Wstał z krzesła i zaczął przyjmować zamówienia czując, że przez dalsze bezczynne siedzenie może nie wytrzymać i uśnie. — Owszem, jest jedna dziewczyna, która zwróciła na siebie moją uwagę i nie chciałbym tego zaprzepaścić — skinął lekko do chłopaka, podając mu zamówienie i przyjął od niego pieniądze, umieszczając je od razu w kasie.

         Ignorując kolejne pytania chłopaków odwrócił wzrok na sale, przeczesując ją znudzonym spojrzeniem. Miał tylko kilka godzin, aby wymyślić coś, dzięki czemu będzie mógł odebrać przyjaciółkę z lotniska i jednocześnie, żeby szefowa nie domyśliła się, że nie pojawił się w pracy. Co prawda nie powiedział chłopakom, że Blackwood przylatuje z samego rana, jednak on sam nie chciał zostawiać jej na pastwę losu, żeby wieczorem udać się do pracy. Zmrużył oczy, dostrzegając Henry’ego, czyszczącego stoliki. Uśmiechnął się szeroko, wychodząc zza baru, ku niezadowoleniu swoich pracowników, którzy najwyraźniej zauważyli, że blondyn bezczelnie ich zignorował. Jednak on zupełnie się nimi nie przejmował. Zauważył światełko w tunelu dla swojej beznadziejnej sytuacji i zamierzał z tego skorzystać.


NOWOŚĆ W SPRAWIE SERII TAJEMNICZYCH MORDERSTW W CORK!
Z dnia 29 na 28 maja bieżącego roku policja znalazła ciało około dwudziestopięcioletniego mężczyzny. Wszystko wskazuje na to, że morderstwa dokonała ta sama osoba, która – jak mniemaliśmy jeszcze zaledwie kilka dni temu, kiedy to miało miejsce przedostatnie już morderstwo – interesowała się jedynie blond-włosymi pięknościami, szwędającymi się nocą po ulicach miasta. Zwłoki denata były wręcz zmasakrowane! Policja nie chce odpowiadać na dokładniejsze pytania mediów, jednak jak doniósł mi mój zaufany informator, na jego skórze widniały liczne rany kłute, cięte i drapane, zadane tępym narzędziem, a w okolicy dało się wyczuć nieprzyjemny fetor benzyny, co – jak nieoficjalnie udało mi się dowiedzieć – jest znakiem rozpoznawczym naszego irlandzkiego szaleńca. Nie zdążył on jedynie puścić okolicy opuszczonej fabryki z dymem. Czy ktoś nakrył go na gorącym uczynku i będzie kolejną ofiarą?
Osobiście proponuję, aby funkcjonariusze zaczęli od dokładnego sprawdzenia szpitali psychiatrycznych w najbliższej okolicy Cork. Być może jednemu z pacjentów udało się jakoś przechytrzyć „czujnych” pielęgniarzy i teraz terroryzuje mieszkańców miasta.
Czekajcie na więcej świeżych informacji na temat ten oraz inne – już w niedalekiej przyszłości.
Wasza Legion.


— Ludzie są jednak idiotami — dziewczyna o rudych włosach powoli opuściła klapę laptopa, upewniwszy się najpierw że system został wyłączony i wsadziła go do czarnej torby. Z zadowoleniem uniosła spojrzenie na blondyna, przywiązanego do krzesła, stojącego naprzeciwko niej i zmierzyła go dokładnie, starając się zapamiętać każdy szczegół nagiej, dobrze wyrzeźbionej klatki piersiowej. Ułożyła nogi na biurku, krzyżując je w kostkach i rozsiadła się wygodnie w swoim fotelu. — Nie uważasz, Marcusie — uśmiechnęła się do niego lekko. Chłopak popatrzył na nią z przerażeniem, dostrzegając w jej zielonych oczach szaleństwo, jakiego nigdy wcześniej w życiu nie dane mu było zobaczyć. Bał się jej. Powaliła go i zdołała przytargać aż do opuszczonej fabryki niedaleko morza, o której pisała w artykule, którego nie omieszkała przeczytać mu na głos. Pisała o nim, wiedział o tym.

— Co ja ci zrobiłem, że chcesz mnie zabić? — spytał przerażonym głosem, czym wywołał jej głośny śmiech. Była wyraźnie rozbawiona zaistniałą sytuacją. Zdążył jej się przyjrzeć w czasie, kiedy stukała palcami po klawiaturze. Na pewno uznałby ją za piękną, gdyby jednocześnie nie była szalona. — Przestań się śmiać i mnie wypuść, niczego ci nie zrobiłem! Nawet nigdy wcześniej nie miałem z tobą do czynienia! Jesteś wariatką! Takich ludzi się zamyka! — chłopak zaczął szarpać się energicznie na wszystkie strony, kiedy rudowłosa podniosła się z krzesła i podeszła do niego wolnym krokiem. Miała na sobie czarne dżinsy i czarną, skórzaną kurtkę, spod której wystawał jedynie kaptur ciemno szarej bluzy. Na szyi dziewczyny dostrzegł drobny wisiorek w kształcie wiewiórki, wysadzany małymi kryształkami. Natomiast na lewej dłoni miała tatuaż o zaskakująco prostym wzorze — czarne pręgi; dwa u góry serdecznego palca, po jednym niedaleko paznokcia i u dołu środkowego i jeden na dole wskazującego.

— Bądź że mężczyzną, Marcus — wymamrotała pod nosem, opierając stopę między jego udami, a lewą dłonią, tej na której widniał tatuaż, oparła o krzesło za jego plecami. Potarła nosem o jego policzek, a na jej twarzy znowu pojawił się uśmiech zadowolenia. Przymknęła lekko oczy, przysuwając usta do ucha chłopaka. — Niektóre dziewczyny krzyczały ciszej od ciebie. Chcesz zejść z tego świata jako totalny mięczak? — zapytała cicho, czując satysfakcje z tego, że ciałem chłopaka wstrząsnęły dreszcze.

         Odsunęła się od niego i złapała obiema dłońmi za oparcie krzesła, ciągnąc go wraz z nim prosto w kierunku jednej z zardzewiałych, dawno nieużywanych maszyn. Blondyn natychmiast powrócił do szarpania się i wołania o pomoc, czym utrudnił jej nieco zadanie. Jednak dziewczynie podobało się to, że wciąż próbował walczyć. Zatrzymała się, włączając urządzenie, które zachrzęściło ruszając dopiero po chwili.

— Wiesz, co to jest Marcus? — odezwała się znowu, przekrzykując dźwięki wydawane przez machinę. — Ja ci wytłumaczę. Tutaj obrabiało się mięso. Jestem pewna, że zardzewiałe noże są tępe. Teraz muszę się tylko o tym przekonać na twojej skórze — zacisnęła zęby i z niemałym trudem wszarpała krzesło na taśmę. Pomachała chłopakowi i odsunęła się od niego, uważnie obserwując, jak mocnymi szarpnięciami jest ciągnięty w kierunku wirujących ostrzy. Jej usta drgnęły lekko, kiedy pełen bólu krzyk rozszedł się echem po opuszczonym, metalowym budynku, budząc ze snu kilka bezpańskich psów, nocujących w okolicy.

Jestem psychicznie chorą psychopatką, bo mogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz