poniedziałek, 6 marca 2017

[04] Rozdział Czwarty



- Pewność jest fatalna. Niepewność czaruje. Mgła nadaje rzeczom urok.
- Można w niej zatracić drogę.
- Wszystkie drogi wiodą do jednego punku.
- A tym jest?
- Rozczarowanie.
Oscar Wilde „Portret Doriana Grey’a”


         Niall już dawno zapomniał, jak to jest cieszyć się z irytująco powtarzającego się dźwięku budzika, który powoli spędzał sen z jego powiek. Uśmiechnął się leniwie, siadając powoli na łóżku, przez co kołdra opadła mu na uda, odsłaniając nagą klatkę piersiową. Przeciągnął się rozkosznie, wzdychając cicho pod nosem i dopiero po kilku chwilach wyłączył plastikową piosenkę, autorstwa artystki, której nawet nie znał, po czym odrzucił telefon z powrotem na poduszkę. Mimo, że spał niecałe sześć godzin i że unikanie chłopaków przez resztę zmiany kosztowało go trochę wysiłku, po raz pierwszy od dłuższego czasu cieszył się, że nastał kolejny dzień. Zerknął na zegarek. Zostało mu zaledwie dwie godziny do przylotu samolotu z Londynu, w którym to siedziała już jego najlepsza przyjaciółka, za którą stęsknił się bardziej niż za własnymi rodzicami. Oczywiście kochał ich ponad życie i doceniał to, co dla niego robili, jednak Jo już zawsze miała pozostać na pierwszym miejscu.

         Wstał powoli z łóżka, od razu podchodząc do szafy, z której wyjął sobie czyste ciuchy. Czarne spodnie i biała koszulka z dekoltem w serek wydawały mu się być odpowiednie w stosunku do pogody, panującej za oknem. Wyszedł z nimi z pokoju, od razu kierując się do łazienki. Był zdziwiony, kiedy po drodze nie zauważył żadnej z koleżanek swojej współlokatorki. Poprzedniego dnia zdawał mu się, że mają całkiem udaną imprezę w salonie, a wątpił że po takowej którakolwiek z nich miałaby siłę i chęci wracać do domu. Cieszył się jednak, że Kendall nie napatoczyła się na niego. Wyjątkowo miał wybitnie dobry humor i nie chciał, żeby samolubna, irytująca go blondynka zmieniła ten stan w zaledwie kilka minut.


          Usiadł wygodnie na swoim łóżku, po drodze podłączając telefon do prądu, aby naładować baterię. Wiedział, że zapowiadał się dla niego długi dzień, podczas którego nie przewidywał nawet minuty na spędzenie w mieszkaniu. Chciał zabrać Jo we wszystkie miejsca, w których sam nie miał jeszcze okazji odwiedzić. Cieszył się, że to właśnie z przyjaciółką będzie mógł zwiedzić Cork po raz pierwszy. Odetchnął cicho, układając skrzyżowane ręce za głową. Starał się przez cały czas trzymać oczy szeroko otwarte. Istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że gdyby zasnął, to nie obudziłby się w odpowiednim momencie, aby zdążyć na samolot, a to mogłoby się dla niego bardzo źle skończyć. Uśmiechnął się na samo wspomnienie wykładu, jaki Blackwood wygłaszała mu po każdym spóźnieniu na ich spotkanie. Zawsze powtarzała mu, że jest to niekulturalne i lekceważące w stosunku do osoby, którą jednoznacznie ignorujemy; a jego zawsze to bawiło.

         Niall uniósł spojrzenie na drzwi, w których pojawiła się jego współlokatorka. Zmarszczył brwi, jednak na jego twarzy z powrotem zagościł szeroki uśmiech. Owszem, był zdziwiony jej obecnością, jednak nie zamierzał dawać tego po sobie poznać. Poklepał miejsce obok siebie. Dziewczyna podeszła do posłania, ale usiadła po turecku przy jego stopach, opierając się plecami o drewnianą ramę łóżka.

— Nie zajmę ci zbyt wiele czasu, bo widzę że się gdzieś szykujesz — zaczęła cicho. Horan musiał szczerze przyznać, że Anabeth wyglądała wręcz tragicznie. Domyślił się, że to skutki zbyt dużej ilości alkoholu, jaką spożyła poprzedniego wieczoru. Godzina była dość wczesna, a ona na pewno nie zdążyła odespać zakrapianej libacji. Nie rozumiał, dlaczego wstała, zamiast porządnie odpocząć. On by tak zrobił. — Chciałam cię przeprosić za hałas. Zapomniałam, o której wracasz, a przypomniałam sobie dopiero około piątej nad ranem, kiedy Margie chciała wyjść i zauważyła twoje rzeczy w przedpokoju. Naprawdę mi teraz głupio, bo pewnie byłeś wycieńczony, a my jeszcze przeszkadzałyśmy ci w odpoczynku. Mogłeś przyjść i nas uciszyć, jestem pewna że żadna z nas by się o to nie obraziła — dziewczyna urwała zdając sobie sprawę z tego, że dostała upokarzającego słowotoku. Objęła nadgarstek palcami i potarła go delikatnie, spuszczając wzrok na swoje kolana. Niall roześmiał się, jednak w jego głosie nie było nawet krzty kpiny.

— Spokojnie, przecież masz prawo się bawić. Ty nie narzekasz, kiedy czasami w nocy wracam tak rozeźlony, że rozmawiam sam ze sobą, robiąc przy tym niezły hałas. Z resztą Kendall na pewno od razu rzuciłaby mi się do gardła, że przerywam wam zabawę — skinął lekko głową, układając za nią skrzyżowane ręce. Zerknął dyskretnie za zegarek, sprawdzając godzinę. Dziewczyna wyłapała ten ruch i zmarszczyła brwi.


— Przeszkadzam? — zapytała cicho, unosząc się powoli aby wstać z łóżka. Blondyn jednak natychmiast zaprzeczył. Rzucił w nią szybko poduszką tak, żeby się nie podniosła. Mimo wszystko, chciał jeszcze z nią porozmawiać. W nieznacznym stopniu przypominała mu Jo, naprawdę nie wiedział dlaczego, w końcu nawet jej nie znał. Może to przez kolor włosów…

— Nie przeszkadzasz, mi Anabeth. Po prosu dzisiaj przylatuje moja przyjaciółka z Londynu i jeżeli chcę zachować nogi na właściwym miejscu, to muszę odebrać ją z lotniska o odpowiedniej godzinie — zaśmiał się cicho. Uśmiech szybko jednak opuścił jego usta, kiedy zauważył konsternację na twarzy dziewczyny. Obawiał się, że może nie zgodzić się na to, aby Blackwood pomieszkała u nich te kilka dni. Owszem, powinien zapytać ją o zdanie wcześniej, w końcu mieszkanie było własnością ich obojga, jednak nie chciał aby Josephine spała zupełnie sama w jakimś hotelu. Nie podobało mu się to, co działo się ostatnio w Cork i mimo że dziewczyna nie należała do „typu” ofiar zabójcy, nie chciał ryzykować, że stanie się jej jakakolwiek krzywda.

— To dziwne, nie zauważyłam wcześniej twojego akcentu. Jakby w ogóle go nie było. Planowałeś, że przyjedziesz do Cork i uczyłeś się go wcześniej? — dziewczyna unosi wysoko jedną brew, przyglądając mu się uważnie. Niall śmieje się, kręcąc głową. — Powiedziałam, coś śmiesznego? Bo naprawdę nic już nie rozumiem.

— Nic śmiesznego, po prostu ja nie jestem z Londynu. Mieszkam tam od dziesięciu lat, a z pochodzenia jestem Irlandczykiem, urodziłem się w Mullingar — chłopak uśmiechnął się do niej łagodnie. — Nie masz nic przeciwko, żeby Jo zamieszkała z nami przez te kilka dni. Naprawdę wolałbym, żeby nie musiała sama spędzać nocy w Cork, nie ukrywam że głównie ze względu na to co się ostatnio działo — zapytał dla pewności. Ciemnowłosa pokiwała twierdząco głową. Chciała coś powiedzieć, jednak zadzwonił jej telefon. Uśmiechnęła się do niego przepraszająco i pośpiesznie wyszła z pokoju.

         Niall był szczerze zdziwiony. Nie wiedział dlaczego, ale przez twarz dziewczyny przebiegł dziwny cień, kiedy wspomniał o morderstwach, jakie miały miejsce w ostatnim czasie. Był szczerze zaintrygowany tym, co sobie pomyślała. Szybko jednak doszedł do wniosku, że to przecież nie jego sprawa i że pewnie tylko mu się przywidziało.  Uśmiechnął się do niej, kiedy wróciła po kilku minutach, zajmując swoje poprzednie miejsce. Jego wzrok zatrzymał się na prawej dłoni dziewczyny.

— Coś ważnego? — zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język. Anabeth pokręciła przecząco głową. Widział, że nie chce kontynuować z nim tego tematu, dlatego szybko znalazł inny, równie interesujący. — Skąd pomysł na taki tatuaż? — ciemnowłosa popatrzyła na swoje palce, automatycznie zasłaniając je drugą dłonią.

— To tylko taka pamiątka — uśmiechnęła się lekko do swoich wspomnień, zamykając na kilka sekund oczy. Po chwili kontynuowała. — Ja i moje przyjaciółki postanowiłyśmy zrobić coś szalonego, ale nie w takim stopniu, żeby później tego żałować. Kendall wpadła na pomysł z tatuażami, Margie wymyśliła jak miałyby wyglądać i oto są. To tylko zwykłe kreski, ale i tak są dla mnie ważne. No i wyglądają całkiem fajnie — zaśmiała się, nieświadomie cały czas pocierając rysunek na ciele.


         Godzinę później siedział na niewygodnym, plastikowym krzesełku, znajdującym się w hali lotniska. Szeroki uśmiech przez cały czas gościł na jego twarzy i nie przeszkadzał mu nawet fakt, że obok niego hałasowało śmierdzące dziecko, którego matka nie mogła przekonać do tego, żeby przez chwilę siedziało prosto i pozwoliło jej zmienić sobie brudną pieluchę. Był zbyt podekscytowany tym, że po miesiącach oczekiwań w końcu spotka najlepszą przyjaciółkę.

         Czuł się, jakby ktoś podkładał mu pod tyłek rozżarzone węgle. Cały czas wiercił się na swoim miejscu, zwracając tym na siebie uwagę kilku ludzi, siedzących w pobliżu. Niektórzy uśmiechali się do niego pobłażliwie, myśląc że nie może doczekać się spotkania z wybranką swojego życia, a inni mieli ewidentnie dość tego, jaki hałas robi przez skrzypiący plastik. Nie zważając na oburzenie zarówno jednej jak i drugiej strony, poderwał się z miejsca, kiedy tylko zobaczył samolot z flagą Wielkiej Brytanii na ogonie. Ze zniecierpliwieniem przyglądał się temu, jak spokojnie ląduje na płycie lotniska, a już chwilę później podjeżdżają do niego specjalnie przygotowane schody.

         Nie krył zdziwienia, kiedy z pokładu wyszła ewidentnie rozeźlona dziewczyna, która co chwilę, nerwowym ruchem poprawiała włosy, opadające na oczy zakryte przez przeciwsłoneczne okulary. Zmarszczył brwi, widząc jak odwraca głowę i zerkając ponad swoim ramieniem, wypowiada kilka słów, by później ruszyć zdecydowanym krokiem w kierunku hali przylotów. Po chwili wyjaśniło się, dlaczego Josephine zachowywała się tak dziwnie. Niall żałował, że był tego ciekawy i błagał, żeby tamten moment okazał się jakimś durnym reality show, kiedy to śmieszny facet wyskakuje z kamerzystą i krzyczy „Mamy cię, dałeś się nabrać!”. Niestety, nic takiego się nie stało, a chłopak zmusił się w końcu do pozbierania swojej szczęki z podłogi.

         Wymusił sztuczny uśmiech, odmachując niewysokiej blondynce, która wyglądała jakby wygrała milion w jakiejś loterii. Chłopak poczekał, aż ta zniknie z pola jego widzenia i biegiem rzucił się w kierunku zejścia z płyty lotniska. Odszukał wzrokiem przyjaciółkę, podszedł do niej nie zwracając uwagi na ludzi, których po drodze potrącił i złapał ją za nadgarstek, mocno przyciągając do siebie.

— Błagam, powiedz że dziewczyna która wysiadła za tobą to Freya — popatrzył na nią błagalnie, ciągnąc ją w tłum, aby się w nim zaszyć. Ciemnowłosa fuknęła głośno, marszcząc brwi. Wyrwała mu rękę i rozmasowała czerwoną skórę.

— To boli, Horan — warknęła, patrząc na niego przez mocno zmrużone powieki. — W moim zwyczaju nie leży okłamywanie cię, więc powiem prawdę. Tak, to Freya Allsebrook, twoja ulubiona adoratorka, która nie mówiąc mi o tym, postanowiła zabrać się razem ze mną. Dlatego teraz ty się nią zajmiesz, a ja w spokoju znajdę sobie… — krzyknęła głośno, zwracając tym na siebie uwagę podróżników, oczekujących w kolejce niedaleko nich.

         Niall nawet nie zdążył zareagować i przeciwstawić się temu, jak blondynka rzuciła się na niego, boleśnie owijając mu dłonie dookoła szyi i zaciskając je, przez co oddychanie stało się znacznie trudniejsze. Popatrzył błagalnym wzrokiem na dziewczynę, jednak ta odpowiedziała mu jedynie oburzonym fuknięciem i odwróciła wzrok na tabelę odlotów w poszukiwaniu najszybszego samolotu, lądującego w Londynie. Chłopak wiedział, że jest zdolna do tego, żeby uciec jak najdalej od znienawidzonej koleżanki z roku. Dlatego szybko odepchnął od siebie jasnowłosą i siłą wyciągnął je obie przed budynek lotniska.

         Zaciągnął się mocno zanieczyszczonym przez spaliny powietrzem, do którego zdążył przyzwyczaić się już w stolicy Wielkiej Brytanii, po czym wypuścił je ze świstem z płuc, przykładając palec wskazujący i kciuk do kącików oczu. Zacisnął mocno powieki i ignorując dziewczyny, które zaczęły się kłócić nad zaistniałą sytuacją, starał się znaleźć jakieś jej sensowne rozwiązanie. Krzyki i rozbawione spojrzenia przechodniów wcale mu w tym nie pomagały. Otworzył gwałtownie oczy i zerknął na zegarek, zapięty na lewym nadgarstku. Zaklął głośno, łapiąc w swoje dłonie rączki od walizek, z którymi bezzwłocznie podszedł do taxówki.

— Nie mamy teraz czasu na takie pierdoły, bo muszę pokazać się na kontroli w pracy. Wsiadajcie i nie odzywajcie się przez chwilę. Freya do przody, a Josephine z tyłu i nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu, tak powiedziałem i tak ma być — mruknął, zatrzaskując bagażnik. Otworzył drzwi blondynce, która uśmiechnęła się do niego, specjalnie muskając opuszkami palców jego dłoń, kiedy wsiadała do środka. Zignorował głośne prychnięcie przyjaciółki za swoimi plecami. Jej również chciał pomóc z drzwiami, jednak ta była pierwsza. Przewrócił oczami. Gdyby nie znał jej wystarczająco długo, pomyślałby że była zazdrosna.

         Zajął miejsce obok niej i podał mężczyźnie za kierownicą adres, pod który miał ich zawieźć. Wiedział, że Allsebrook przygląda mu się uważnie w lusterku, jednak nie zwracał na nią uwagi. Była dla niego jedynie zadurzoną w nim znajomą, z którą nawet nie rozmawiał na co dzień. Przesunął powoli palcami po siedzeniach, wsuwając swoje między długie i zgrabne palce Jo, która nieustannie obserwowała widoki za oknem. Uśmiechnął się szeroko, kiedy kąciki ust dziewczyny drgnęły nieznacznie. Wiedział, że nie jest w stanie być na niego obrażoną przez zbyt długi czas.


         Wbiegł do mieszkania, jeszcze zanim zdążyły zrobić to dziewczyny. Zostawił walizki w pokoju i nie zamykając drzwi udał się do salonu, gdzie Ana oglądała telewizję razem z przyjaciółkami. Uśmiechnął się złośliwie do zdziwionej Kendall i poprosił pospiesznie o chwilę rozmowy ze swoją współlokatorką. Wciągnął ją szybko do swojego pokoju, zamykając za nimi drzwi. Odetchnął głośno, starając się pospiesznie uspokoić oddech. Miał dosłownie pięć minut, żeby zdążyć do baru, dlatego od razu, bez żadnych ceregieli, zaczął przebierać T-shirt na czarną koszulę. Anabeth uniosła wysoko brew, przyglądając mu się z nieukrywanym zaciekawieniem.

— Słuchaj, jeżeli chciałeś żebym pomogła ci wybrać ciuchy na dzisiejszy dzień, to wystarczyło powiedzieć — skrzyżowała ręce na piersiach, przechylając lekko głowę. 

— Jednak myślałam, że to będzie coś poważniejszego niż kwestia garderoby — urwała, zastanawiając się przez chwilę. Otworzyła szeroko oczy, usilnie starając się nie pokazać, że po jej plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. — Coś się stało z twoją przyjaciółką? — Niall stanął w miejscu, przestając przez chwilę wiązać sznurówki w butach.

— Co? Nie! Tutaj zupełnie chodzi o coś innego. Jo jest cała i zdrowa, o siebie martwiłbym się bardziej — pokręcił głową, przez co kilka przydługich kosmyków opadło mu na oczy. — Posłuchaj, za chwilę zostawię tutaj dziewczynę, z którą naprawdę nie chciałem się widzieć, a która zabrała się z moją przyjaciółką, żeby zrobić mi mało udaną niespodziankę — westchnął ciężko, zapinając ostatnie guziki koszuli. — Proszę cię… Błagam cię, żebyś ją tutaj przetrzymała, kiedy ja po cichu wyjdę z Jo na miasto. Wiem, że proszę o wiele, zważając na fakt, że praktycznie się nie znamy, ale przysięgam że nie obrażę się, kiedy napuścisz na nią Kendall — chłopak złożył ręce jak do modlitwy, patrząc błagalnie na swoją zdezorientowaną współlokatorkę.

 — To brzmi jakby ta natrętna dziewczyna była twoją adoratorką, ale ty przecież… — urwała, kiedy Niall jęknął głośno, uderzając otwartą dłonią w czoło. Zupełnie o tym zapomniał. Pokręcił ponownie głową, wrzucając kilka rzeczy do torby treningowej, którą wyjął z drewnianej szafy, w której trzymał wszystkie swoje ubrania.

— Przysięgam, Anabeth, że wszystko ci wytłumaczę, ale teraz muszę iść do swojej cholernej pracy, żeby jej nie stracić, bo moja szefowa to stara, zakompleksiona wiedźma, która nie potrafi zrozumieć normalnego człowieka w potrzebie — pokręcił głową i przerzucił sobie ucho torby ponad głową. — Pomożesz?

— Będziesz mi się z tego ostro tłumaczył Horan, ale niech już będzie moja strata — dziewczyna zaśmiała się cicho, unosząc kącik ust. Wyszła z pokoju jako pierwsza, a Niall zaraz za nią. Zamierzał kupić jej tyle róż, ile tylko będzie dostępnych w osiedlowej kwiaciarni.

         Złapał wciąż obrażoną Jo za rękę i zanim Freya zdążyła zorientować się, co się stało, wyciągnął ją z mieszkania, mocno trzaskając za nimi drzwiami. Odetchnął głośno, przeczesując włosy wolną ręką. Przed klatką wsiadł do taksówki, która czekała na nich od przyjazdu z lotniska i podał kierowcy adres klubu obiecując, że jeżeli dotrą do niego w dziesięć minut, to zapłaci mu podwójnie. W końcu nic tak nie przekonuje do współpracy jak pieniądze.



— Czyli mam usiąść przy barze i udawać, że jestem gościem? Dobrze zrozumiałam? Tłumaczysz się strasznie chaotycznie — brązowowłosa skrzyżowała ręce na piersiach, a Niall wiedział że jest w coraz gorszej sytuacji. Zirytował Josephine, a ona nie lubiła się złościć.

— Dokładnie tak — chłopak wziął ją na ręce, wchodząc do baru. Posadził ją na krześle przy blacie, nie zwracając uwagi na chłopaków, którzy przyglądali im się z zainteresowaniem. — I za żadne skarby nie przyznawaj się do tego, że mnie znasz — zdjął z siebie torbę, rzucając ją dziewczynie pod nogi. Uśmiechnął się do niej szeroko, starając się jakoś złagodzić jej gniew.

— To akurat nie będzie problem. Fakt, że to blond czupiradło zniszczyło mi całą wycieczkę jest tylko i wyłącznie twoją winą, dlatego lepiej zejdź mi z oczu na paręnaście minut, jeżeli nie chcesz, żebym zostawiła cię z nią sam na sam kilkaset kilometrów od domu — wymamrotała cicho, opierając głowę na dłoni. — Ale zanim to zrobisz daj mi coś bezalkoholowego do picia. Ten bar wygląda jak jakaś marna podróbka scenerii z hollywoodzkiego filmu — dodała marszcząc nieprzyjemnie czoło. Niall pokiwał głową i posłusznie przeszedł na drugą stronę baru. Złapał fartuch, którym rzucił w niego Arthur i przewiązał go sobie w pasie.

         Chłopak odetchnął cicho, starając się unormować przyspieszony oddech. Na szczęście zdążyli przed czasem i miał jeszcze chwilę przed pojawieniem się właścicielki. Wyjął drżącą dłonią szklankę z szafki i nalał do niej soku bananowego – ulubionego napoju Jo – starając się nie uronić nawet kropli. Czuł jak serce nieprzyjemnie obija mu się o klatkę piersiową. Skrzywił się mocno, wycierając wierzchem dłoni pot z czoła. Nie chciał wyglądać jak po maratonie, bo wtedy wredna wiedźma na pewno zorientowałaby się, że coś jest nie tak jak powinno.

         Podał szklankę przyjaciółce i udał się na zaplecze, gdzie znajdowali się wszyscy jego znajomi z pracy. Przywitał się z nimi podaniem ręki. Na początku intensywnie wypytywali go, kim jest dziewczyna z którą przyszedł, a on dumnie odpowiadał na wszystkie pytania jej dotyczące. Wiedział, że żaden z nich ma szans u Jo, jednak nie zamierzał od razu ich o tym informować. Wolał przez jakiś czas przyglądać się temu, jak będą starali się o jej uwagę. To mogło być naprawdę śmieszne, a on ostatnimi czasy potrzebował rozrywki.


— Mam dla was kolejne zlecenie — brązowowłosa dziewczyna obróciła się dookoła, słysząc tubalny głos, niosący się echem po jednym z opuszczonych magazynów niedaleko stoczni. Zacisnęła dłonie w pięści, kiedy blada poświata księżyca okazała się zbyt słaba, aby dostrzec cokolwiek w rogu pomieszczenia, gdzie stała ciemna postać. — Nazwisko znajdziesz w kopercie wsadzonej między zawiasy drzwi — oznajmił mężczyzna, tym samym kpiącym tonem. Wiedziała, że bawi go jej niemoc. Nie mogła nawet do niego podejść, bo natychmiast zostałaby zastrzelona.

— Jak długo to jeszcze potrwa? — zapytała podniesionym głosem; tylko w ten sposób mogła okazać gniew, jaki buzował w jej umyśle. Zadrżała, a na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, kiedy pracodawca zaśmiał się szczerze rozbawiony. Wyszarpnęła kopertę i wiedząc, że nie uzyska odpowiedzi, wyszła z magazynu, naciągając kaptur na głowę. Wystarczyło kilka kroków, aby zniknęła we mgle, która zawsze panowała na wybrzeżu.

1 komentarz:

  1. Pisz dalej ! Czekam na nexta :)

    Zapraszam również do siebie http://myybestenemy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń