niedziela, 2 kwietnia 2017

[05] Rozdział Piąty



But I see your true colors
Shining through
I see your true colors
And that's why I love you
So don't be afraid to let them show
Your true colors
True colors are beautiful
Like a rainbow
~ Cindy Lauper
„True Colors”

         Niall uśmiechnął się szeroko, kiedy jego szefowa w końcu opuściła bar. Głośny warkot przerabianego na sportowy silnika spowodował, że chłopak odetchnął cicho z nieukrywaną ulgą. Miał już serdecznie dość jej narzekania i poprawiania wszystkiego, co robił. Miał świadomość, że będzie się na nim mścić za to, że mu odmówiła, jednak nie podejrzewał, że będzie aż tak nieznośna. Usiadł na jednej ze skrzynek z alkoholem i napił się wody, którą podał mu Arthur.

— Czyli teraz się zmywasz i mamy dopilnować każdą ewentualność, w razie gdyby Stephanie przyszła sprawdzić czy jej ulubiony pracownik ciężko haruje za barem na swoje co miesięczne wynagrodzenie? — Arthur uniósł wysoko brew z cichym śmiechem. Horan przewrócił zirytowany oczami, przecierając usta wierzchem dłoni. — Spokojnie chłopie, przecież wiesz że cię nie wkopiemy. Na pewno nie przed tą starą wiedźmą.

         Niall skinął jedynie głową i podając znajomym rękę na pożegnanie wyszedł z zaplecza, od razu zdejmując z siebie biały fartuch. Podszedł do Josephine, która podpierała głowę na dłoni i bawiła się znudzona pustą szklanką po soku, z którym ją zostawił. Uniosła na niego wzrok, jednak po chwili wróciła nim do obserwowania alkoholi, poukładanych na półkach za plecami chłopaka. Niall westchnął ciężko. Wiedział, że przyjaciółka w pewnym sensie ma rację i to przez niego Freya postanowiła przylecieć do Cork razem z nią. Zdawał sobie również sprawę z faktu, jak bardzo dziewczyny się nie lubią i że powinien zrobić coś w końcu z blondynką; wytłumaczyć jej dosadniej, że między nimi nie będzie nic więcej poza zwykłą znajomością. Nie miała szans nawet na to, żeby dostać się do ich paczki, a mimo to wciąż próbowała, przekonana że któregoś dnia będzie mogła przesiadywać z nim całe dnie.

         Chłopak bez słowa obszedł bar i schylił się po torbę ze swoimi ubraniami. Te robocze zamierzał zostawić w swojej szafce. Wsunął palce we włosy Blackwood i rozczochrał je z cichym śmiechem. Dziewczyna fuknęła obrażona, gromiąc go wzrokiem, przez co szybkim krokiem odszedł od niej i zamknął się w męskiej łazience. Cieszył się, że w końcu będzie mógł z nią spędzić tyle czasu, ile będzie mu się podobało. Miał tylko cichą nadzieję, że nie od razu zejdą na temat jego rychłego powrotu do stolicy. Nie chciał jeszcze wracać. Nie teraz, kiedy tak naprawdę jego życie towarzyskie w Irlandii zaczynało powoli kiełkować.


         Niedługo później opuścili klub. Niall ułożył sobie dłoń przyjaciółki na zgiętym łokciu, nie przestając nawet na chwilę się uśmiechać. Co prawda dziewczyna wciąż nie chciała go słuchać i udawała, że w ogóle nie obchodzi jej jego obecność, jednak delikatny uśmiech, który co chwilę unosił kąciki ust dziewczyny, jasno mówił mu o tym, że cała złość już dawno ją opuściła i jedynie droczy się z nim, jak to od zawsze miała w zwyczaju. Pociągnął ją w kierunku parku, a kiedy już się w nim znaleźli zajął jedną z niewielu wolnych ławek.

— Obiecuję ci, że jeżeli ta dziewczyna jeszcze raz wejdzie mi w drogę, to wyrwę jej wszystkie kłaki z głowy i nie będziecie musieli długo czekać na następną ofiarę tajemniczych morderstw — wymamrotała cicho pod nosem, zakładając nogę na nogę. Wyjęła z torebki paczkę papierosów. Niall skrzywił się mocno. Jemu również zdarzyło się czasami zapalić, jednak robił to kiedy był kompletnie pijany. W innych przypadkach dym zawsze mu przeszkadzał. — Oj przestań się krzywić, wytrzymasz, skoro ja dałam radę cały lot — przewróciła oczami, szybko odpalając papierosa. Niall zaśmiał się cicho i wzruszył ramionami.

— Właśnie z powodu tych morderstw zabraniam ci wynajmować pokoju w hotelu, jak to pewnie miałaś w planie. Będziesz spać w moim pokoju, a dla Frei coś się wymyśli — skinął lekko głową, kopiąc piłkę, która potoczyła mu się między stopy. Uśmiechnął się lekko do dziecka, które podziękowało mu głośno i z zabawką w rękach wróciło na pobliski plac zabaw. Dziewczyna uniosła wysoko brew, a jej usta rozciągnęły się nieznacznie, w złośliwym uśmiechu.

— Myślałam, że mnie wyrzucisz, a przygarniesz swoją dziewczynę — zaśmiała się, wypuszczając dym z płuc prosto w twarz swojego towarzysza. Blondyn pomachał sobie teatralnie dłonią przed twarzą, odwracając ją jak najdalej od smrodu. — Nie przesadzaj, to nic takiego. Lepiej opowiadaj mi, co u ciebie słychać — szturchnęła go lekko łokciem w żebra, opuszczając dłoń na wysokość swojego kolana.

— Nic, co mogłoby cię zaciekawić — powiedział szczerze i spuścił wzrok na swoje dłonie, zaczynając bawić się palcami. — Całe dnie przesypiam, wstaje późnym popołudniem, załatwiam kilka nudnych spraw na mieście, idę do klubu, w którym pracuję do drugiej, trzeciej, a czasami nawet czwartej nad ranem, po czym wracam do domu, jeżeli jestem w stanie to biorę prysznic, ale przeważnie idę od razu spać, bo jestem wykończony — cały czas mówił cicho, wyraźnie znudzonym tonem głosu. Zdążył się już przyzwyczaić do tego, że jego życie towarzyskie stało się kompletnym dnem. Josephine przysunęła się do niego powoli, na początku nic nie mówiąc. Horan wiedział, na co musi się przygotować, jednak cierpliwie czekał nie chcąc, aby przyjaciółka obraziła się na niego po raz kolejny.

         Przez chwilę panowała między nimi kompletna cisza, przerywana jedynie głośnym śmiechem grupki nastolatków, przesiadującej kilka ławek dalej i krzykami dzieci, które pobiły się o piasek w piaskownicy. Blondyn przeczesał wzrokiem okolicę dając przyjaciółce czas na przemyślenie tego, co chciałaby mu przekazać w mowie, zachęcającej go do powrotu do domu. On jednak nie chciał wracać. Mimo wszystko podobało mu się w Cork. Przede wszystkim dlatego, że nie musiał przejmować się tym, że cokolwiek by nie zrobił, każdy jego błąd kosztował na koncie znanych rodziców. Nie raz słyszał od ojca, że powinien przestać imprezować w znanych klubach, bo jego znajomi prawnicy upominają go, że pijany syn może zniszczyć jego nienaganną informację. Niall był jeszcze młody i znajdował się w tym czasie swojego życia, kiedy nie chciał myśleć o nienagannej opinii wśród współpracowników, a jedyne na czym się skupiał to dobra zabawa, dlatego puszczał mimo uszu słowa swojego rodziciela. Jednak gdzieś w głębi siebie czuł się źle z faktem, że bądź co bądź, miał go za złego syna. Nigdy nie powiedział mu tego w twarz, jednak porównywanie go do dzieci współpracowników wystarczyło, aby Horan znał swoją pozycję w oczach ojca.

         Odpędził od siebie przykre myśli, kiedy zauważył znajomą, blond-włosą postać, która nie raz doprowadzała go do szału, w którym zdawała się sama przebywać. Uniósł brew, przyglądając się temu, jak Kendall wymachuje rękami na wszystkie strony, mówiąc coś do przestraszonej dziewczyny naprzeciwko siebie. Przez chwilę miał nawet wrażenie, że widzi w jej oczach łzy. Jasnowłosa krzyczała coś, jednak śmiechy za jego plecami i warkot silników samochodowych powodował, że nie mógł usłyszeć nawet słowa padającego z jej ust. Kendall, jakby poczuła że ktoś wpatruje się w nią, odwróciła się w kierunku Niall; a on nawet nie próbował udawać, że jest niewinny. Zaśmiał się cicho widząc, jak dziewczyna przewraca oczami, po czym unosi środkowy palec w jego kierunku, po czym łapie swoją przestraszoną towarzyszkę za ramię i ciągnie ją w kierunku samochodu. Wsiadają do niego, by po chwili odjechać z głośnym piskiem opon.

— Znasz ją? — wyrwany z zamyślenia przeniósł wzrok na Josephine, patrzącą w tym samym kierunku co on przed chwilą. Pokiwał lekko głową, starając się ostatecznie pozbierać wszystkie myśli w jedną całość, zanim odpowiedział na głos.

— To jedna z przyjaciółek mojej współlokatorki. Powiedzmy, że staramy się sobie nie wchodzić nawzajem w drogę, bo zawsze kończy się to źle. Głównie kłótniami, ale nie raz miałem ochotę mocno nią potrząsnąć — pokręcił głową, pokazując w ten sposób, że nie chce dłużej rozmawiać o blondynce. — Nie ważne. Lepiej wygłoś przemówienie, ułożone razem z Louisem na temat tego jakim idiotą jestem i miejmy to już za sobą. Szczerze mówiąc nie jestem zbytnio ciekawy co tam wymyśliliście i od razu mogę ci powiedzieć, że nie zamierzam wracać do Londynu. Jeszcze nie teraz.

— Nie zamierzam ci nic mówić, bo żadnej przemowy nie układałam — Jo uniosła łokieć, szturchając go mocno w żebra. — Uważam, że robisz głupio, owszem. Z tego co zdążyłeś mi opowiedzieć wcale nie masz tutaj życia i ciągle tylko pracujesz, za co chętnie pozwałabym twoją szefową gdzie trzeba, ale myślę też, że każdy powinien uczyć się na swoich błędach. Sam też w końcu dojdziesz do takiego wniosku. Bo nawet jeśli znajdziesz tutaj tą jedyną, to co ci z tego przyjdzie? Będziesz musiał ją tutaj zostawić. Przecież nie zabierzesz tej dziewczyny do Londynu wbrew jej własnej woli — uśmiechnęła się do niego lekko, podnosząc się z ławki. Zgniotła papierosa między palcami i wrzuciła go do śmietnika, stojącego obok ławki. — A teraz umieram z głodu. Chodźmy do domu zamówić pizze — i nie czekając na niego ruszyła przed siebie, wsadzając dłonie do kieszeni. Chłopak zaśmiał się głośno, natychmiast ją doganiając.

— Nie w tę stronę, ty głupku — złapał przyjaciółkę za dłoń, ciągnąc ją do taksówek. Jego mieszkanie znajdowało się w znacznej odległości od parku miejskiego, a on nie miał siły na spacery. Praca naprawdę wykańczała jego organizm.

         Wsiadł do samochodu zaraz po ciemnowłosej i podał adres kierowcy. Wiedział, że nie prawdopodobnie zaraz po powrocie do mieszkania będzie musiał położyć się choć na chwilę spać, aby zregenerować siły na spacerowanie z przyjaciółką po mieście, jednak nie chciał jej jeszcze o tym wspominać. Wiedział, że na pewno będzie się o niego martwić, a tego bardzo chciał oszczędzić dziewczynie. Wystarczyła mu świadomość, do jakiego stanu doprowadzał swoją matkę, która codziennie zasypywała go wiadomościami i telefonami, z których połowy nie był w stanie odebrać, bo i tak nie dogadałby się w klubie przez głośną muzykę, która zawsze w nim grała. Bolało go to, ale musiał w końcu znaleźć dziewczynę, która pokochałaby go za to, jakim jest człowiekiem a nie za to, ile pieniędzy zarabiają jego rodzice. Był wręcz zdesperowany. Zazdrościł wszystkim swoim znajomym, że nie przejmowali się tym tak jak on, ale on nie potrafił inaczej. Był po prostu sobą, a ludzie się nie zmieniają.


         Otworzył drzwi przed Josephine, wpuszczając ją do środka jako pierwszą. Uniósł wzrok i rozejrzał się po pomieszczeniu, ściągając buty, kiedy do jego uszu dobiegł szczebioczący głos Freyi. Zacisnął szczękę, odwieszając bluzę na haczyk, a w głowie zaczął układać sobie to, jak wytłumaczy jej że nie ma najmniejszego zamiaru wiązać się z nią. Musiał w końcu porozmawiać z nią na ten temat poważniej niż dotychczas, bo jego znajomi i przyjaciele zostawią go nie przez jego własną głupotę, a natrętną adoratorkę, która nie potrafiła zrozumieć, że nie była wcale tak lubiana, jak to sobie wyobrażała.

         Westchnął ciężko, kierując się do dziewczyn, przesiadujących na kanapach, jednak nie zdążył nawet przejść przez próg pokoju dziennego, kiedy poczuł mocno zaciskające się palce na jego nadgarstku, a chwilę później został wciągnięty do jedynego pomieszczenia w mieszkaniu, w którym nigdy wcześniej nie dane mu było przebywać. Rozejrzał się uważnie po sypialni Anabeth z nieukrywanym zainteresowaniem.

         Pokój znacznie różnił się od tego, w którym on spał. Był znacznie bardziej zadbany i nowocześniejszy, tak jakby jego właścicielka przykładała do tego naprawdę dużą wagę. Szaro-fioletowe ściany idealnie współgrały z blado-różowym tapczanem, stojącym na prawo od wejścia. Meblościanka w odcieniu brudnej bieli rozciągała się zaraz naprzeciwko niego, a niedużych rozmiarów, workowaty fotel rzucony został pod oknem z ciemnymi zasłonkami i szerokim parapetem, na którym dziewczyna ułożyła kilka puchatych poduszek. Ana wskazała gestem głowy, aby usiadł na jej łóżku, a ona sama zamknęła klapę laptopa, leżącego na biurku w kolorze meblościanki, które stało po prawej stronie drzwi wejściowych. Odwróciła szare, biurowe krzesło przodem do niego i usiadła na nim. Przez kudłaty dywan na środku podłogi nie mogła przysunąć się bliżej do niego, ale nie przeszkadzało mu to; wręcz przeciwnie – obawiał się, że mogła zabić go wzrokiem. Wbił się plecami w oparcie za nimi i uśmiechnął się do niej nieśmiało. Domyślił się, kto spowodował jej spaczony humor, oprócz niego oczywiście

— Co masz mi do powiedzenia, Horan? — wymamrotała cicho, zakładając nogę na nogę. Blondyn podrapał się po głowie. Czuł się jak siedmioletnie dziecko, przyłapane na podkradaniu ciastek przed zjedzeniem obiadu. A znał o uczucie doskonale z lat dzieciństwa. — Bo dowiedziałam się dzisiaj kilku naprawdę ciekawych rzeczy o tobie i twoim penisie. Chciałabym się dowiedzieć, czy to faktycznie prawda, bo ta blondyna nie wydaje się być najinteligentniejsza i może wyolbrzymiać niektóre sprawy — chłopak odetchnął cicho z nieukrywaną ulgą, kiedy dostrzegł jak kąciki ust jego współlokatorki drgają lekko w powstrzymywanym uśmiechu. Nie była aż tak zła, jak mu się wcześniej wydawało. Pokręcił przecząco głową, pochylając się lekko do przodu i opierając łokcie o kolana.

— Zapewniam cię, że chociaż nie jest najmądrzejszą osobą na świecie, to na pewno niczego nie wyolbrzymiała — zaśmiał się cicho, skupiając na niej całą swoją uwagę. Dziewczyna pokręciła głową z dezaprobatą i przewróciła oczami. Niall zauważył, że zdarzało jej się to dość często, kiedy żartowała, albo rozmawiała o czymś lub z kimś, kto ją irytował. — Domyślam się też, że Freya pochwaliła się przed tobą majątkiem moich rodziców i tak, to też jest prawa. Są cholernie bogatym małżeństwem, przez co ja mam tak naprawdę same problemy, dlatego wolałbym o tym nie rozmawiać — oblizał powoli usta, spuszczając wzrok na swoje palce, którymi zaczął się bawić.

— Ale skoro twoi rodzice mają tyle pieniędzy, to dlaczego ty cały czas harujesz jak wół dla tej idiotki z klubu? Przecież to bez najmniejszego sensu — zmarszczyła mocno brwi, odchylając się do tyłu. Nie jedno słyszała na temat właścicielki jednego z najbardziej uczęszczanych miejsc w mieście i zdążyła wyrobić już sobie na jej zdanie temat, zamieniając z nią zaledwie kilka słów. W opinii każdego jest choć odrobina prawdy.

— To było coś jak moja karta przetargowa u ojca. Powiedziałem mu, że chcę zobaczyć jak to jest żyć na własną rękę, a on się zgodził, bo chciał pokazać mi prawdziwą wartość pieniądza czy coś w tym sensie — skinął lekko głową, naprawdę chcąc urwać ten temat. Nie lubił rozmawiać o pieniądzach, które nawet nie należały do niego. — A potem powstało kłamstwo o tym, że jestem gejem. Krótko mówiąc, chodziło o to, że chciałem wyjechać z Londynu do miejsca, w którym nikt mnie nie zna, żeby znaleźć sobie dziewczynę. Śmiej się, jeśli chcesz, ale miałem dość lasek pokroju Freyi, które przy każdym spotkaniu pytały mnie co kupiłem im na prezent. Chciałem poznać kogoś lepszego — wzruszył lekko ramionami. — Pomyślałem sobie, że każda dziewczyna chce mieć geja za przyjaciela, więc w ten sposób łatwiej byłoby mi się do jakiejś zbliżyć. Teraz wiem jakim idiotyzmem to było, ale naprawdę jestem zdesperowany. Powinienem był posłuchać swojego przyjaciela i nie pchać się w to wszystko. Jo też miała rację, to bez sensu. W końcu nie zabiorę tej dziewczyny ze sobą do Londynu, a w związki na odległość nie wierzę — pokręcił głową, spuszczając wzrok na swoje stopy.

         Usłyszał ciche westchnienie, a chwilę później poczuł delikatny dotyk dłoni na ramieniu. Wymusił lekki uśmiech, nie chcąc wyjść na kompletnego niewdzięcznika. W końcu Ana wcale nie miała obowiązku siedzieć z nim i pocieszać go; byli tylko współlokatorami i nie znali się zupełnie, chociaż blondyn starał się nawiązać z nią nić przyjaźni. Jednak przez kilka miesięcy wspólnego mieszkania udało im się tylko poznać swoje nawyki i nauczyli się nie wchodzić sobie na co dzień w drogę. W Cork rozmawiał tylko z kolegami z pracy i coraz bardziej przestawało mu się to podobać.

— Nie myśl tak, Niall, bo oszalejesz — zaczęła cicho, gładząc powoli jego ramię. — Może i Jo miała rację mówiąc, że nie będziesz mógł zabrać tej dziewczyny ze sobą, ale kto powiedział, że musisz studiować w Londynie? Przecież tutaj, w Irlandii też są dobre uczelnie, a twoich rodziców stać na nie, prawda? Nie wierzę, że odmówiliby ci czegokolwiek, gdybyś poprosił ich o pomoc. Zwłaszcza, jeżeli to sprawiłoby ci przyjemność, a w rezultacie byłbyś szczęśliwy — uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. Niall zmarszczył brwi, zastanawiając się nad słowami dziewczyny. Miała rację, rodzice przede wszystkim pragnęli jego szczęścia. Ale, z drugiej strony, czy chciał ich opuszczać tak szybko? Czy chciał zostawiać wszystkich swoich przyjaciół za którymi tak bardzo tęsknił?

         Blondyn otworzył usta, chcąc podzielić się swoimi wątpliwościami, jednak nie zdążył wypowiedzieć nawet słowa, ponieważ zza zamkniętych drzwi dobiegł ich głośny, dziewczęcy pisk i huk upadającego, twardego przedmiotu. Niall popatrzył zdziwiony na Anabeth, która wzruszyła ramionami, pokazując mu w ten sposób, że również nie ma pojęcia, co się właśnie stało. Kiedy ciszę w mieszkaniu przeciął następny krzyk oboje poderwali się z tapczanu i ledwo mieszcząc się we dwójkę w drzwiach, wbiegli do salonu.

         Otworzył szeroko oczy widząc, jak Josephine przytrzymuje wygięte ręce Freyi, a Kendall stoi naprzeciwko niej ze wzrokiem godnym seryjnego mordercy i palcami zaciśniętymi na nożyczkach krawieckich, celując nimi prosto w unieruchomioną, aczkolwiek wciąż walczącą o wolność dziewczynę. Blondynka krzyczała głośno, wyzywając przy tym swoje oprawczynie w dość mało wybredny sposób. Z otępienia wyrwał go dopiero głos Anabeth, która rzuciła się na pomoc Freyi. Złapał ją w ostatnim momencie za nadgarstek i odciągnął do tyłu. Pokręcił przecząco głową. To nie tak, że chciał śmierci jednej ze swoich najbardziej natrętnych adoratorek. Po prostu upiekłby dwie pieczenie na jednym ogniu – w końcu miałby święty spokój, a Kednall trafiłaby do wiezienia. Wiedział jednak, że musi to zakończyć, zanim będzie za późno.

         W kilku krokach podszedł do Josephine i położył jej dłoń na ramieniu, patrząc na nią twardym wzrokiem. Ciemnowłosa przewróciła lekceważąco oczami, puszczając dziewczynę, która natychmiast rzuciła mu się na szyję. Skrzywił się mocno, jednak nic nie mówiąc przytulił ją do siebie.

— Kendall, do cholery, co tu się wyprawia?! — Anabeth podeszła do przyjaciółki i wyszarpnęła jej nożyczki z dłoni. — Ja też jej nie polubiłam, ale żeby od razu rzucać się na nią z pieprzonymi nożyczkami?! — urażona dziewczyna prychnęła głośno, krzyżując ręce na piersiach i przewracając oczami podeszła do Blackwood, szturchając ją lekko ramieniem.

— Masz rację, blondi — powiedziała Jo, nie spuszczając butnego spojrzenia ze swojego najlepszego przyjaciela. Niall wiedział, że miała mu za złe, że nie stanął po jej stronie, ale nie mógł wybrać inaczej. Horan zamknął na chwilę oczy. Naprawdę spodziewał się, że jej przyjazd w końcu poprawi mu humor, a jak do tej pory nie robił nic poza przepraszaniem. Poczuł tylko mocne szturchnięcie łokciem w żebra, kiedy obie wyszły z salonu, a później głośne trzaśnięcie drzwiami uświadomiło go, że jego przyjaciółka postanowiła wyjść na miasto z dziewczyną, której szczerze nienawidził. To nie mogło skończyć się dobrze.

         Odepchnął od siebie szeroko uśmiechniętą Freye i usiadł na fotelu, przeczesując palcami włosy. Czuł, że jeżeli się nie uspokoi to wybuchnie, a to mogło skończyć się jeszcze gorzej. Zaklął głośno, kiedy jasnowłosa usiadła mu na kolanach i zaczęła całować po policzkach. Zaczął ją od siebie odsuwać, jednak nie przynosiło to żadnych skutków. Dopiero, kiedy Vashchenko złapała ją za włosy i pociągnęła z całej siły do tyłu, przestała.

— Z tobą też jeszcze nie skończyłam — wysyczała Ana, mocno zaciskając palce na nożyczkach, które cały czas trzymała w dłoni. — Znam Kendall od dawna i wiem, że nie zareagowałaby tak, gdybyś nie sprowokowała jej do tego. Więc teraz mów, co tu się do cholery stało, bo nie ręczę za siebie — uniosła rękę z nożyczkami, patrząc na dziewczynę z mordem w oczach. Niall wiedział, że nie zrobi jej krzywdy i jedynie chce sprawić takie wrażenie. Był zdziwiony, jednak postanowił poczekać na rozwój wypadków.

— Puszczaj mnie idiotko, nic im nie zrobiłam! Powiedziałam prawdę, a one się na mnie rzuciły! — płaczliwy głos prawie przekonał chłopaka do tego, żeby pomóc blondynce. Nie ruszył się jednak ze swojego miejsca doskonale wiedząc, że właśnie o to jej chodzi. — Niall jest mój, a one mi tego po prostu zazdroszczą — Horan zacisnął mocno szczękę. Ana podniosła na niego wzrok, ewidentnie oczekując na jakiekolwiek słowa, albo reakcję z jego strony.

         On, nie odzywając się nawet słowem, wstał z siedzenia i spokojnym krokiem, z wysoko uniesioną głową, wyszedł z salonu, kierując się prosto do swojej sypialni. Tam, wziął komputer, schowany w szafie między ciuchami, żeby jego współlokatorka przypadkiem się na niego nie natknęła, usiadł na kanapie i zaczął przeglądać stronę internetową linii lotniczych, rezerwując najwcześniejszy lot do Londynu, jaki tylko na niej znalazł. Krótki pobyt Freyi w Cork właśnie dobiegł końca. Miał nadzieję, że to pozwoli w końcu spokojnie porozmawiać mu z najlepszą przyjaciółką.


         Margareth z całego serca kochała wszystkie swoje przyjaciółki; szczególnie te, które poznała jeszcze w szkole, jako nieśmiała nastolatka, wszystkie przerwy spędzająca sama, w najbardziej oddalonym od ludzi kącie szkoły. Odkąd tylko pamiętała, zawsze wybierała samotność, do momentu w którym Anabeth postanowiła wkraść się do jej życia i już w pierwszej godzinie znajomości namieszać w nim tak, żeby nigdy nie wróciło do poprzedniego ładu i składu. To właśnie dzięki niej, Margie poznała Kendall i razem postanowiły stworzyć skład, do którego miały przyjmować jedynie dziewczyny, z którymi świetnie by się dogadywały. Liczne wydarzenia, które miały miejsce w ich życiu w późniejszym czasie doprowadziły do sytuacji, za którą dwudziestotrzylatka czuła się w pewien sposób odpowiedzialna i dlatego na własną rękę postanowiła je wyciągnąć z bagna, w które się wpakowały.

         Jednym ruchem zasunęła bluzę pod samą szyję i wkładając ręce do kieszeni weszła do zatłoczonego klubu, w którym nie tak dawno wylądowała razem ze swoimi pijanymi przyjaciółkami i rozejrzała się po nim uważnie. Za barem dostrzegła ciemnowłosego chłopaka, któremu Niall powierzył klucze od klubu, a sam postanowił pomóc jej w ogarnięciu babskiego wieczoru, który nieznacznie wymknął jej się spod kontroli. Nie lubiła spożywać alkoholu, zawsze wolała trzymać pieczę nad swoimi towarzyszkami, dzięki czemu nic nie miało prawa im się stać. Chłopak najprawdopodobniej ją rozpoznał, ponieważ uśmiechnął się do niej szeroko i zaczął przepychać przez tłum w jej kierunku. Zaklęła głośno, rozglądając się nerwowo na boki. Na szczęście nigdzie nie dostrzegła mężczyzny, z którym miała spotkać się na tyłach budynku, dlatego postanowiła zrezygnować z wmieszania się w tłum. Wymusiła lekki uśmiech, widząc jak barman zbliża się coraz szybciej. Musiała stwarzać pozory normalności, żeby przypadkiem nie zaczął niczego podejrzewać.

— Cześć, jestem Henry! — zaczął głośno, starając się przekrzyczeć dudniącą w głośnikach muzykę. — Może mnie pamiętasz, ale to nieważnie! Jeżeli chcesz znaleźć Nialla, to niestety muszę cię rozczarować! Nie ma go tutaj i do końca weekendu nie będzie, bo a go zastępuję! — na kolejne wspomnienie jasnowłosego chłopaka, o którego tors rozbiła się w mieszkaniu swojej przyjaciółki, poczuła jak kąciki jej ust, unoszą się nieznacznie wyżej. Miała nadzieję, że dane im będzie jeszcze ze sobą porozmawiać, bo zdążyła go polubić.

— Przejrzałeś mnie! — zaśmiała się, starając grać. Postanowiła wykorzystać sytuację i wymigać od włamywania na zaplecze, aby wyjść tylnymi drzwiami. Przecież Henry mógł ją wyprowadzić z tego miejsca bez większych problemów. — Słucha, nie chce mi się przepychać przez ten tłum — wskazała kciukiem na drzwi, mieszczące się za jej plecami. — Nie mógłbyś mnie może wyprowadzić stąd jakimś alternatywnym wejściem? — uśmiechnęła się do niego błagalnie, starając poruszyć jego sumieniem. Nie było to trudne. Chłopak pokiwał ochoczo głową i nie czekając na nic, złapał ciemnowłosą za rękę, ciągnąc w kierunku zaplecza.

         Po drodze czuła na sobie spojrzenia dziewczyn, krytycznie mierzących jej strój. W końcu nie na co dzień można spotkać kogoś w zwykłych dżinsach i bluzie w jednym z najbardziej uczęszczanych miejsc w mieście. Zignorowała je wszystkie, powtarzając sobie że jej sportowe buty posiadają więcej empatii i inteligencji niż większość z nich razem wziętych. Skinęła lekko na pożegnaniu chłopaka i wyszła na zewnątrz, od razu zaciągając się powietrzem. Jej chwila ulgi szybko minęła. Wystarczyło jedynie kilka słów, dochodzących zza pleców.

— Jednak przyszłaś sama — odwróciła się w kierunku postawnego mężczyzny, stojącego z lewej strony wyjścia. Cofnęła się kilka kroków, aby móc mu się chociaż trochę przyjrzeć. Zmrużyła oczy. — Naprawdę, myślałem że jesteś mądrzejsza — odchyliła głowę do tyłu, kiedy postać podeszła do niej. Pomimo kaptura, mogła idealnie przyjrzeć się jego twarzy, na której widniał zadowolony uśmiech. Mocno zaznaczone kości policzkowe i kanciasta szczęka nadawały mu urody niegrzecznego chłopca, którym z resztą był.

— Mów, co masz mi do powiedzenia — syknęła cicho, prostując plecy, aby pokazać mu że wcale się go nie boi. — I wiedz, że to ostatnie co dla ciebie zrobimy. Nigdy więcej nie chcemy mieć z tobą do czynienia. Spłaciłyśmy swój dług dawno temu — skrzywiła się, kiedy uniósł dłoń i wbił jej swoje palce w szczękę. Stanęła na palcach, kiedy odchylił jej głowę jeszcze mocniej, unosząc w górę.

— Tego jeszcze nie było, żeby głupia lisica była mądrzejsza od sowy — zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Przycisnął ją mocno do ściany; przy zderzeniu z nią, przez plecy dziewczyny przeszedł nieprzyjemny dreszcz. — Cóż, może uda mi się nauczyć cię rozumu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz