wtorek, 2 maja 2017

[06] Rozdział Szósty

Oh no, I see
A spider web is tangle up with me
And I lost my head
The thought of all the stupid things I’d said
~ Coldplay
„Trouble”


         Niall wbrew pozorom nie był człowiekiem, któremu odsyłanie byłych dziewczyn z kwitkiem sprawiało przyjemność. Wręcz przeciwnie – czuł się fatalnie, kiedy blondynka niemalże klęcząc błagała go o to, żeby pozwolił jej zostać ze sobą chociaż kilka dni dłużej, a inni ludzie przebywający na lotnisku patrzyli na niego, jak na największego zbrodniarza na świecie. Zaklął głośno pod nosem, kopiąc kamień, który leżał na chodniku. Był na siebie wściekły, że dopuścił do takiej sytuacji. To jego wina, że nie posłuchał Josephine i nie przetłumaczył dobitniej Freyi, że ją zostawia. Gdyby od razu zrobił tak, jak kazała mu przyjaciółka, nie musiałby przeszukiwać całego Cork w poszukiwaniu jej. Westchnął ciężko, wchodząc do mieszkania. To był zdecydowanie jeden z najgorszych dni, jakie dane mu było przeżyć w Cork. Na szczęście drugi raz udało mu się oszukać właścicielkę klubu, w którym nieustannie pracował. Miał szczęście, że jego współpracownicy byli normalnymi ludźmi, a nie otępiałymi szczurami, które za wszelką cenę dążą do awansu. Nie ważne, że zostawiają za sobą całą masę trupów.

         Zdjął buty, odwieszając kurtkę na haczyku i przeszedł w głąb mieszkania, pukając cicho do drzwi swojej współlokatorki. Musiał dowiedzieć się od niej, gdzie Kendall zaciągnęła Jo. Pierwszej nie ufał za grosz, a druga również posiadała ukryty talent do mieszania się w liczne kłopoty. Zmarszczył brwi, kiedy do jego uszu dotarło jedynie ciche syknięcie, a potem wiązanka przekleństw. Zaśmiał się cicho, domyślając się że dziewczyna spadła z łóżka, albo uderzyła się w jakiś twardy mebel. Nacisnął klamkę i pchnął drzwi, wchodząc do środka. To, co zobaczył w środku przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Sam nie zauważył, kiedy jego usta otworzyły się szeroko, a źrenice znacznie pomniejszyły. Na krześle siedziała Margaret, a jej twarz wyglądała jakby ktoś pięć minut wcześniej postanowił wyładować na niej swoje nerwy.

         Chłopak poczuł, jak krew odpływa mu do stóp. Zaczął poruszać ustami, jednak nie był w stanie wypowiedzieć ani jednego, sensownego słowa. Ciemnowłosa skrzywiła się mocno, ni to dlatego, że przyjaciółka ponownie zaczęła przemywać rany na jej policzku, ni to dlatego że ktokolwiek poza nią widział ją w tak tragicznym stanie. Niall wszedł powoli do środka, potrząsając mocno głową.

— Co się stało? — zapytał cicho, starając się nie brzmieć zbyt otępiale. Usiadł powoli na tapczanie, opierając dłonie po obu stronach swojego ciała. — Zanim cokolwiek powiesz wydaje mi się, że powinnaś pójść na pogotowie, a zaraz potem na policję. To rozcięcie wygląda fatalnie — chłopak wskazał palcem na swój prawy policzek precyzując, o które dokładnie miejsce mu chodziło. Margie natychmiast potrząsnęła głową i spuściła ją, zasłaniając się włosami. Anabeth odwróciła się w jego kierunku, jakby dopiero teraz zauważyła obecność swojego współlokatora.

— Uwierz mi, lepiej żeby Margaret nigdzie teraz nie szła. Przeszłam kurs pierwszej pomocy, więc umiem jej pomóc — uśmiechnęła się do niego łagodnie, sięgając po kolejną gazę, którą zamaczała w płynie dezynfekującym. Odchyliła głowę przyjaciółki do tyłu i nie zwracając uwagi na protesty ze strony dziewczyny wróciła do przerwanej czynności. — Domyślam się, że przyszedłeś do mnie w konkretnej sprawie.

— Tak — Horan zaczął powoli, nie do końca przekonany do słów ciemnowłosej. Wciąż uważał, że Margie powinna zgłosić się na policję; żadnego pobicia nie powinno się ignorować, jednak wiedział również, że to nie była jego sprawa, dlatego postanowił dać sobie spokój. — Nie wiesz może gdzie Kendall zabrała Josephine? Nie chciałbym, żeby mojej przyjaciółce coś się stało — wymamrotał cicho, drapiąc się po karku. Miał świadomość tego, jaki poogląda na jego relację z blondynką miały dwie dziewczyny, z którymi przebywał w pomieszczeniu, jednak fakt, że przyjaźniły się z nią był dla niego nieco krępujący. Margareth skrzywiła się mocno, a po chwili – ku zaskoczeniu chłopaka – zaśmiała się cicho. Musiał przyznać, że spodobał mu się ten dźwięk; był cichy i melodyjny.

— Po pokazie, jaki zafundowały mi w salonie, śmiem twierdzić że nie chciałabym znaleźć się na miejscu głupca, który postanowi na nie napaść, kiedy są razem — zaśmiała się cicho sycząc, kiedy rana na jej wardze znowu zaczęła krwawić. Ana natychmiast przyłożyła gazę w tamto miejsce.

         Chłopak odetchnął cicho, odchylając głowę do tyłu. Może i faktycznie były niebezpieczne dla kogoś, kto nadepnął im na odcisk, ale jak można porównywać niewinną, lekko przygłupią studentkę z Londynu z obślizgłym facetem, który ma przy sobie broń i nie jedną niewinną dusze na sumieniu? Nieprzekonany podniósł się z siedzenia i wydobywając telefon z kieszeni skierował swoje kroki do sypialni. Wybrał numer przyjaciółki i zadzwonił do niej, rzucając się na swoje łóżko. Ułożył rękę pod głową, ze zdenerwowaniem słuchając kolejnych sygnałów, które odbijały mu się echem w uszach. Zdenerwowany, kiedy dziewczyna postanowiła go zignorować, rzucił telefonem na drugą stronę łóżka. Czuł, że ta kłótnia będzie większa niż kiedykolwiek, kiedy zdarzało mu się posprzeczać z przyjaciółką.

         Przymknął na chwilę oczy, starając się jakoś zająć myśli, które zaczęły krążyć w niepożądanych kierunkach. Zaczął nawet wyobrażać sobie przyjaciółkę jak martwa leży w jakimś rynsztoku, albo jak jakiś zboczeniec dobiera się do niej, kiedy to Utterson leży martwa w zaułku; musiał przyznać, że ten scenariusz podobał mu się nieznacznie bardziej, jednak szybko odepchnął od siebie tę myśl. W końcu Blackwood wciąż była krzywdzona przez jakiegoś zidiociałego oprycha.

         Otworzył niechętnie oczy, kiedy usłyszał dźwięk swojego telefonu. Wymamrotał kilka niemiłych słów pod adresem człowieka, który odważył się zakłócić jego smętne przemyślenia i nie łudząc się, że Josephine postanowiła się do niego odezwać po tak krótkim czasie, sięgnął po aparat. Przesunął palcem po ekranie i przyłożył telefon do ucha, z powrotem opadając na plecy.

— No —mruknął, nie siląc się na uprzejmości. Resztki dobrego humoru, który trzymał się przy nim od kiedy dowiedział się, że przyjaciółka odwiedzi go w nowym miejscu zamieszkania właśnie ulotniły się i zniknęły, jakby w ogóle ich nie było. Usłyszał cichy śmiech w słuchawce, co go zdezorientowało.

— Stary, naprawdę. Jeszcze nikt nigdy nie ucieszył się tak bardzo z rozmowy ze mną. Ale do rzeczy. Możesz mi powiedzieć, dlaczego mam ci przekazać od Josephine, że żyje i ma się dobrze, a ty masz przestać się do niej dobijać? — napiął mięsnie na plecach, słysząc słowa Liama. Usiadł, przecierając dłonie o spodnie. Czuł się, jakby dostał ADHD i nic nie mógł na to poradzić. 

— Nie powiedziała ci może, gdzie teraz jest? — zapytał cicho, odwracając wzrok na drzwi, kiedy usłyszał za nimi głośne trzaśnięcie. Domyślił się, że do jego współlokatorki musiała przyjść jakaś przyjaciółka. Zaczął zastanawiać się, jak wiele przegapiał, kiedy spędzał nudne dnie stojąc za barem.

— Nie, ale w tle słyszałem głośną muzykę, więc domyślam się że poszła do jakiegoś klubu. Możesz mi wytłumaczyć, co dzieje się z moją dziewczyną? Przestaje mi się to podobać —odetchnął cicho, wypuszczając powietrze przez lekko rozchylone usta. Naprawdę nie wiedział, co mógł powiedzieć przyjacielowi. Cieszył się w tamtym momencie, że Payne nie ma go w zasięgu swoich rąk, bo powoli mógłby się żegnać z życiem. Liam o nikogo nie troszczył się tak bardzo, jak o Josephine, a to przekładało się na nadmierne pragnienie wiedzy na temat tego, gdzie dziewczyna przebywa. — Kończy się moja cierpliwość. Za chwilę możesz mieć całą wycieczkę w Cork. Louis też ma ci kilka rzeczy do przekazania - ciszę w słuchawce ponownie przerwał głos Anglika. Horan zmarszczył brwi.

— To on jeszcze w ogóle chce się do mnie odzywać? — zaśmiał się bez grama rozbawienia w głosie. Kontynuował zanim kolega zdążył wejść mu w słowo. — Nie wiem, gdzie jest Jo. Obraziła się na mnie śmiertelnie po tym, jak uratowałem Freye od śmierci z rąk jej i jeszcze takiej jednej dzikuski. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie satysfakcjonuje cię moja odpowiedź, ale na razie nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Obiecuję oddzwonić jak najszybciej to będzie możliwe, a teraz pa. Muszę się zbierać do pracy — blondyn zerwał połączenie nie zważając na protesty kumpla i wstał szybko z łóżka, udając się do pokoju Anabeth, kiedy usłyszał z niego ożywioną rozmowę. Miał cichą nadzieję – po raz pierwszy od kiedy dane mu było przebywać w Irlandii – że zobaczy wściekającą się bez powodu Kendall.

         Zawiódł się, kiedy przed oczami, zaraz po wejściu do sąsiedniego pomieszczenia, pokazała mu się niewysoka dziewczyna z rudymi włosami, związanymi w kucyka i tatuażem, dokładnie takim samym jak tatuaż Any i Margaret. Krzyczała, żywo gestykulując rękami, a jej drobne ciało aż pulsowało od napinania mięśni. Nieznajoma miała na sobie czarne spodnie, trampki i skórzaną kurtkę, a kiedy prawie uderzyła go dłonią w nos i odwróciła się do niego przodem, mógł dostrzec drobne piegi na nosie i policzkach. Chłopak musiał przyznać, że wyglądały dość uroczo na tle zaczerwienionej ze zdenerwowania twarzy. Przygryzł policzek od środka, wsuwając ręce do kieszeni, nie przestając się jej przyglądać pomimo faktu, że zaczęła mrozić go spojrzeniem. Podeszła do niego jednym, zamaszystym krokiem i zaczęła wymachiwać mu palcem przed nosem, mamrocząc coś pod nosem w języku, którego Niall nie potrafił zidentyfikować. Zastanawiał się, czy dwie zdezorientowane dziewczyny, siedzące na przeciwko niego rozumiały, co mówi ich przyjaciółka. Miał nadzieję, że później mu to przetłumaczą.

— Sarah spokojnie, opanuj swoją hiszpańską krew — Anabeth podeszła do rudowłosej i pociągnęła ją za kurtkę do tyłu, przez co ta wydała z siebie zduszony krzyk. Ledwo utrzymując równowagę stanęła prosto, podciągając rękawy pod łokcie. Odetchnęła cicho, wyraźnie chcąc zapanować nad swoimi nerwami. Kołaczące serce wyraźnie poruszało jej klatką piersiową w regularnym rytmie. — A teraz powiedz co się dzieje, bo wyglądasz jakbyś wróciła z maratonu — ciemnowłosa zaśmiała się, kładąc przyjaciółce dłoń na ramieniu. Jej marna próba rozluźnienia atmosfery spowodowała, że wciąż nieznajoma dla blondyna dziewczyna o imieniu Sarah zacisnęła mocno dłonie w pięści, wbijając sobie paznokcie w ich wewnętrzną część.

— I tak się czuję - syknęła cicho, otwierając oczy, których spojrzeniem na powrót zaczęła mrozić wszystkich w pomieszczeniu. — Dlaczego Margie wygląda jakby ktoś użył jej twarzy zamiast worka treningowego? — zapytała, unosząc brew. Niall dopiero teraz zauważył niewielki wisiorek w kształcie rudego lisa, który miała zawieszony na szyi. Wydała mu się przez to jeszcze bardziej urocza pomimo tego, że prawdopodobnie wystarczyło jedno wypowiedziane przez niego słowo, aby rzuciła się do niego z zamiarem przegryzienia mu krtani.

— Wolałabym opowiedzieć to tylko raz, dlatego poczekam na resztę — dziewczyna obrzuciła chłopaka spojrzeniem, w którym zauważył coś na kształt obawy, pomieszanej z tajemnicą, którą za wszelką cenę chciała przed nim ukryć. Nie podobało mu się to, że z całej tej sytuacji rozumiał coraz mniej. Odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

— Nie chciałbym wam przeszkadzać. Po prostu powiedzcie mi, gdzie może przebywać Kendall, albo najlepiej podajcie mi jej adres, żebym mógł pod niego pojechać i sprawdzić czy moja przyjaciółka jeszcze żyje pod różnymi tego słowa znaczeniami — przez chwilę wydawało mu się, że słowa które przewinęły się mu w głowie wypowiedział ktoś inny. Wymusił lekki uśmiech, przyglądając się im wszystkim. Przyjaciółki jego współlokatorki zaczynały przerażać go coraz bardziej.

— Spróbuję do niej zadzwonić — Ana skinęła lekko głową, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Zauważył, jak dziewczyna przygryza policzek od środka, powstrzymując się od powiedzenia jeszcze czegoś. Horan zrozumiał podświadomą aluzję odnośnie tego, że nie jest aktualnie mile widziany w pokoju.

— Gdyby cokolwiek, ja idę do pracy — rzucił szybko i odwracając się na pięcie wyszedł z pomieszczenia, udając się do swojej sypialni. Nie kłamał. Miał zamiar pójść do chłopaków i pomóc im w ogarnięciu dziczy, jak zwykli nazywać ludzi, odwiedzających klub Stephanie.

         Przebrał się szybko w czarne ciuchy i chowając portfel do kieszeni spodni wyszedł z powrotem do holu. Zza zamkniętych drzwi dało się doskonale słyszeć o czym rozmawiają dziewczyny. Jednak nie był tego ciekawy. Miał dość tego chorego dnia, który poszedł zupełnie nie po jego myśli. Przewrócił oczami, zakładając na ramiona kurtkę i wyszedł z domu, mocno trzaskając za sobą drzwi, na których chciał wyładować wszystkie sprzeczne emocje, które od kilku godzin nieustannie błądziły w jego umyśle, doprowadzając go tym samym do szału.

         Miał dość tego, że wszystko tak bardzo się pokomplikowało i jego życie zaczęło przypominać jeden z tych śmiesznych żartów o wiecznie pracujących robotnikach. W Londynie czekało na niego coś zupełnie innego – życie, którego pragnął nie jeden człowiek w jego wieku. W końcu miał bogatych rodziców, którzy nigdy nie żałowali mu środków na przeróżne pomysły, grupę znajomych, z którymi trzymał się praktycznie od czasów, kiedy przeprowadził się do stolicy Zjednoczonego Królestwa i wianuszek wiernych wielbicielek, które były gotowe spełnić każdą jego zachciankę. Jednak to wszystko zaczynało go powoli irytować. Szczególnie dziewczyny, które pchały mu się na siłę do łóżka. Owszem, nie raz wykorzystywał ich naiwność, ale nie miał sobie tego za złe. Przecież nie robił niczego, na co one by się nie zgodziły.

         Odetchnął cicho, zatrzymując się na czerwonym świetle. Rozejrzał się uważnie dookoła, mierząc znudzonym spojrzeniem szaro-bure bloki mieszkalne, które tak bardzo różniły się od luksusowych domów jednorodzinnych w okolicy, w której dorastał. Tęsknił za tym, ale wciąż przypominał sobie cel, za którym pojechał tak daleko od domu. A były nim właśnie dziewczyny. Irytowało go to, że wszyscy jego znajomi znajdowali sobie drugie połówki z tak zadziwiającą łatwością. Pomimo tego, że przecież obracali się w identycznym towarzystwie, na identycznych warunkach jak oni. Szczerze zazdrościł Liamowi tego, że miał Josephine, której on sam nie potrafił traktować inaczej niż rodzonej siostry. Na samą myśl o tym, że mogłoby dojść między nimi do czegokolwiek więcej wstrząsał nim nieprzyjemny dreszcz. Kazirodztwo zdecydowanie nie było czymś, co go kręciło.

         Wszedł niechętnie do klubu upewniając się wcześniej, że z okna jednego z pomieszczeń biurowych nie obserwuje go właścicielka klubu, która ostatnimi czasy doprowadzała go do szału bardziej niż jakakolwiek inna kobieta na świecie. Warknął cicho pod nosem, mieszając się ze spoconym tłumem nastolatków, tańczących na parkiecie. Zaczął przedzierać się w kierunku baru, ignorując zdziwione spojrzenie Arthura, który przerwał czyszczenie jednej z lóż aby upewnić się, że oczy go nie mylą i że patrzy właśnie na Horana. Niall wiedział, że będzie musiał szczegółowo wytłumaczyć się chłopak z tego, dlaczego kompletnie zidiociał i zrezygnował z dnia wolnego na rzecz pracy. Brzmiało jakby postradał zmysły i tak właśnie się czuł, jednak nie potrafił inaczej zająć swoich myśli, a wściekanie się na cały świat i ludzi, którym daleko było do cywilizowanych wydawało mu się w tamtym momencie jedyną ucieczką od męczących rozterek na temat swojego dalszego losu.

         Założył znienawidzony, biały fartuch i stanął za barem, kiwając lekko głową w kierunku Henry’ego na powitanie. Chłopak popatrzył na niego zdziwiony. Westchnął ciężko i zrobił krok na bok, jednak Niall złapał go za rękę, nie pozwalając mu tym samym na wzięcie ścierki i powrót do rutynowych czynności, do których zatrudniała wredna jędza. Odciągnął go na bok, biorąc do ręki jedną ze szklanek w razie, gdyby ktoś chciał donieść na nich, że zamiast pracować urządzają sobie pogaduszki w pracy.

- Spokojnie, wpadłem tu tylko na chwilę, żeby się czymś zająć. Moja dniówka wciąż należy do ciebie, z resztą i tak będziemy potrzebowali tu pomocy. To, że McColl uważa nas za maszyny nie znaczy, że nimi jesteśmy – chłopak skrzywił się nieznacznie, klepiąc towarzysza po ramieniu, po czym podszedł do baru i wymuszając szeroki uśmiech zabrał się za przygotowywanie drinków.

         Horan widział kątem oka, że kolega z pracy chce zadać mu pytanie, czy aby wszystko na pewno w porządku. Co chwilę zerkał w jego kierunku, kilkukrotnie otworzył nawet usta, jednak szybko rezygnował, wracając do obsługiwania klientów. Nie chciał na razie rozmawiać o porażce, jaką była wizyta jego przyjaciółki, najpierw sam musiał to przetrawić, a najlepiej znaleźć Josephine i wytłumaczyć jej jak najszybciej, że pozbył się już Freyi, a kiedy tylko wróci do Londynu ma zamiar wytłumaczyć jej dokładnie sytuację, w której się znaleźli.

— Stary, na twoim miejscu zacząłbym uważać. Przyciągasz uwagę nie tylko seksownych dziewczyn kręcących się w tę i z powrotem. Może tamtemu kolesiowi też powinieneś powiedzieć, że homoseksualizm to tylko przykrywka, żeby wyrwać jakąś sensowną pannę — warknął cicho, kiedy Arthur szturchnął go w ramię, przez co prawie rozlał wódkę na blat. Spiorunował go wzrokiem, wracając do robienia drinka. — Wyglądasz jakbyś zaraz miał kogoś zabić, może lepiej idź na siłownie, albo coś? — chłopak uniósł dłonie w obronnym geście, po czym wrócił do przerwanego zajęcia.

         Spojrzenie Nialla mimowolnie powędrowało w kierunku stolika, znajdującego się nieopodal. Siedział przy nim postawny mężczyzna z rękawem zrobionym z tatuaży, który pokrywał całą jego prawą rękę od nadgarstka aż do ramienia. Przez migające światła Horan nie mógł dostrzec, co dokładnie przedstawiały rysunki, dlatego skupił się na jego stroju, na który składały się dżinsowe spodnie, bluza przewiązana w pasie i czarna, luźna koszulka bez rękawów. Włosy postawił na żel. Chłopak bez zaskoczenia stwierdził, że kilka dziewczyn, przechodzących obok zwróciło na niego uwagę, nie kryjąc się z tym w najmniejszym stopniu. Obgadywały go z boku w gronie swoich przyjaciółek i raz na jakiś czas decydowały się na kokieteryjne gesty jak puszczenie perskiego oczka czy pomachanie mu z przesłodzonym uśmiechem. Blondyn komentował to jedynie przewróceniem oczami i kilkoma niemiłymi słowami na temat pustych lalek bez jakiegokolwiek wnętrza.

         Musiał jednak przyznać, że był zdziwiony kiedy chłopak nie odpowiadał na lekko przygłupie zaloty ze strony dziewczyn, odwiedzających klub. Arthur miał rację – brunet całą uwagę skupiał tylko na nim, jakby od kilku ładnych minut oceniał jego wygląd i zachowanie. Do swoich adoratorek posyłał jedynie lekkie uśmiechy. Horan najeżył się jeszcze bardziej i nie kontrolując swoich ruchów z całej siły odstawił szklankę na stół, przez co szkło pokruszyło się w jego dłoni i przebiło skórę, rozlewając przy okazji cały alkohol na blat baru. Chłopak zaklął głośno, cofając rękę. Jego oczy otworzyły się szeroko ze zdziwienia, kiedy poczuł nieprzyjemne pieczenie w zranionej części ciała. Natychmiast odkręcił kran i wsadził dłoń pod bieżący strumień zimnej wody, chcąc wypłukać spod naskórka możliwie jak największą ilość szkła. Zamknął oczy, słysząc irytujący śmiech za plecami. Niestety, dziewczyny które interesowały się tajemniczym brunetem zwracały również uwagę na niego, przez co musiał wysłuchiwać idiotycznych komentarzy na temat swojej złości i tego, że jego mordercze spojrzenie jest bardzo seksowne.

— Horan, ja pierdole — jasnowłosy odwrócił się w kierunku Davida, którzy przyglądał się jego krwi, spływającej do zlewu. Miał szeroko otwarte oczy, a palce wplótł sobie we włosy, ciągnąc za nie mocno. — Zbieraj cztery litery, jedziemy do szpitala i nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu. Kurwa, to wygląda jakbyś przeciął sobie tętnicę! — Niall przewrócił oczami po raz kolejny tego wieczoru. Wzruszył lekko ramionami, odwracając wzrok z powrotem na pokiereszowaną dłoń. Wyjął kilka ręczników i przycisnął je sobie do największego rozcięcia, krzywiąc się mocno kiedy po całym jego przedramieniu przeszedł nieprzyjemny, promieniujący ból.

— Nie trzeba, dam sobie radę. Poproszę Anabeth, żeby wyczyściła mi ranę. Dzisiaj pomagała Margie w opatrywaniu ran po pobiciu, więc z czymś takim powinna sobie poradzić — zacisnął mocno zęby i kopniakiem otworzył szafkę, aby wydobyć z niej apteczkę. Na szczęście Henry postanowił mu pomóc i już po chwili czerwone pudełko stało na blacie przed nim, zaraz obok zlewu, do którego cały czas lała się woda.

— Ktoś pobił wczoraj Margie? To dziwne, była tutaj i szukała cię, ale że to był wieczór przecież nie miała szans cię znaleźć, dlatego do niej zagadałem. Wyprowadziłem ją tylnym wyjściem, żeby nie musiała przeciskać się znowu przez tłum — Quelch wzruszył ramionami, bandażując dłoń Nialla. Ten zmarszczył brwi, przyglądając się jego zwinnym ruchom.

— Margareth tutaj była i o mnie pytała, a potem została pobita? Przecież to bez sensu — pokręcił głową, analizując w głowie wszystkie fakty. Musiał zapytać się dziewczyny, dlaczego chciała z nim rozmawiać późną porą. W końcu Ana na pewno powiedziała jej o tym, co zamierzał zrobić z chłopakami, aby mógł przywitać swoją przyjaciółkę w Cork. Gdyby faktycznie miała do niego jakiś interes, przyszłaby do mieszkania. — Kiedy zobaczyłem ją dzisiaj rano wyglądała, jakby ktoś przeciągnął jej twarz po betonie, a potem przeciął policzek czymś ostrym.

— Skoro Henry wyprowadził ją tylnym wyjściem całe zajście musiało nagrać się na kamery. Może pójdziesz do McColl i poprosisz ją o nagrania. Może wtedy Margareth miałaby jakieś dowody na policji i szybciej znaleźliby sprawcę — Niall popatrzył na Dava jak na największego idiotę, z jakim dane mu było dotąd spotkać na swojej drodze.

— Raczej wątpię po tym, jak odmówiłem jej wspólnego wyjścia. Poza tym to i tak niepotrzebne, Margie nie chciała iść nawet na pogotowie, więc wątpię że zgodziłaby się na zawiadomienie policji, żeby ten cep dostał to, na co zasłużył — wymamrotał cicho, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Przeniósł wzrok na bar, kiedy ktoś zaczął uderzać w niego pięścią.

— Dostanę to piwo teraz, czy mam przyprowadzić właściciela, żeby mi go nalał? — mężczyzna, który do tej pory siedział przy stoliku nieopodal, zmierzył ich czwórkę tajemniczym spojrzeniem. Henry natychmiast podszedł do półek z kuflami, sięgając po jeden. Powstrzymał go jednak głos tajemniczego nieznajomego. — Chcę, żeby on mi go nalał — wskazał brodą na blondyna, który uniósł wysoko brew. Arthur położył mu dłoń na udzie nie pozwalając podejść do baru.

— Niestety, nasz kolega ma szkło w ręce, więc będziesz musiał zadowolić się piwem nalanym przez któregoś z nas — posłał mu zirytowane spojrzenie, wymuszając uśmiech, którzy przypominał bardziej skurcz mięśni na policzkach. Mężczyzna roześmiał się, zwracając na siebie uwagę kilku ludzi, siedzących obok. Oni widocznie również musieli czekać w kolejce, jednak widząc to, co stało się blondynowi zrozumieli, że są rzeczy ważne i ważniejsze, dzięki czemu wykazali się rzadko spotykanym u gości klubu taktem. Niestety, zabrakło tego brunetowi.

— Nie umiera, więc jestem pewny że od nalania piwa jego stan również się nie pogorszy — pokręcił z rozbawieniem głową, opierając brodę na dłoniach. Przesunął kciukiem po dolnej wardze, nie spuszczając wzroku z oczu Nialla. Arth otworzył usta, chcąc odpowiedzieć i na tę zaczepkę, jednak tym razem Horan uspokoił jego. Podszedł do baru i odpierając kufel od Henry’ego, z niemałym trudem w utrzymaniu szklanki, nalał do niej piwa, stawiając go przed nieznajomym. Posłał w jego kierunku lekki uśmiech, a kiedy ten go odwzajemnił chłopak domyślił się, że jego obecność w dyskotece nie była przypadkowa. Poczuł nieprzyjemne dreszcze, rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Zapowiadała się długa i mało przyjemna noc.


Lotnisko Cork, dzień wcześniej

         Lotnisko wręcz dudniło od głośnych rozmów podróżnych, przebywających w jego ogromnym budynku. Przez salę przylotów i odlotów przetaczała się ogromna liczba ludzi, którzy biegali w tę i z powrotem, chcąc jak najszybciej znaleźć się u celu swojej podróży lub usilnie starali się zdążyć na swój lot. Głośnie piski dzieci, witających swoich rodziców, dziadków, bądź innych krewnych, wyjątkowo mocno drażniły bębenki dziewczyny, zajmującej miejsce na plastikowym krzesełku.

         Lot, który wykupił dla niej Niall już dawno miał swój start. Nie zdziwiłaby się, gdyby ludzie właśnie wysiadali z pokładu samolotu, witani przez wiecznie deszczową pogodę Londynu. Cieszyli się, kiedy ona nie potrafiła ruszyć się z miejsca i jedynie siedziała, a po jej policzkach wciąż spływały nowe strumienie łez, rozmywające zniszczony makijaż, który jeszcze nie tak dawno miał sprawić, że spodobałaby się chłopakowi, na którym zależało jej najbardziej na świecie. Freya rozejrzała się uważnie dookoła, przecierając twarz wierzchem dłoni. Zupełnie nie interesował jej fakt, że tusz tworzy sine plamy na wodoodpornym pudrze.

         Odetchnęła cicho, wstając z krzesełka. Złapała za rączkę walizki i wolnym krokiem, nigdzie się nie spiesząc, poszła do łazienki, chcąc choć odrobine zapanować nad swoim wyglądem. Musiała znaleźć jakieś miejsce, w którym mogłaby przenocować. Za oknami lotniskowego budynku zaczynało ciemnieć, a ona nie chciała włóczyć się po ulicach, na których w ostatnim czasie ginęła zatrważająca ilość ludzi.

         Zamknęła za sobą wejście i stanęła przed lusterkiem, krzywiąc się mocno, kiedy w końcu dostrzegła swoje odbicie. Wyglądała dokładnie tak, jak czuła się w środku – złamana. Pochyliła się nad umywalką, walizkę ustawiając przy swojej nodze i zaczęła przemywać twarz chłodną wodą, chcąc na samym początku zniwelować opuchliznę na policzkach, zdradzającą ilość czasu, jaką spędziła na płaczu. Nie miała siły, żeby od razu zabrać się za poszukiwania kosmetyczki w swojej przepastnej torbie podróżnej. Pisnęła głośno, kiedy po wyprostowaniu się zauważyła w lustrze odbicie mężczyzny.

         Odwróciła się do niego natychmiast przodem i zaczęła mierzyć nieufnym, przerażonym spojrzeniem. Wbiła się plecami w blat umywalek, chcąc zachować między nimi jak największą odległość. Poczuła, że jej serce zaczyna bić niemiłosiernie szybko, jakby za chwilę miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Mężczyzna roześmiał się, widząc jak zadziałał na blondynkę. Podszedł do niej na odległość nie większą niż metr i sięgając dłonią do jej policzka potarł go kciukiem sprawiając, że zadrżała mocno.

— Spokojnie. Po prostu zauważyłem piękną, zapłakaną dziewczynę i postanowiłem dowiedzieć się, dlaczego te niesamowicie niebieskie oczy się nie uśmiechają — zaczął cicho, a jego niski głos odbił się echem w głowie jasnowłosej. Otworzyła usta i zamknęła je szybko, kręcąc głową. Mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto ma przyjazne zamiary. Nie powinna oceniać go pod pryzmatem licznych tatuaży na prawej ręce czy czarnych włosów, postawionych na żel, jednak w tamtym momencie nie była wstanie myśleć racjonalnie. — Domyślam się, że chodzi o jakiegoś chłopaka — zaczął ponownie, podchodząc do niej jeszcze o krok bliżej. Odchylił głowę Freyi do tyłu chcąc, aby cały czas patrzyła mu w oczy. — Na twoim miejscu dałbym mu nauczkę. Tak się składa, że wiem o kogo chodzi i też mam z nim pewne porachunki. Myślę, że moglibyśmy sobie nawzajem pomóc.

         Allsebrook zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc jego słów. Skąd mógł znać Nialla, skoro mieszkał on w Cork zaledwie kilka miesięcy, a z tego co zdążyła się dowiedzieć od jego przyjaciół, nie spędzał zbyt wielkiej ilości czasu na zawiązywaniu nowych znajomości. Cały swój czas przeznaczał na niewolniczą pracę w jakimś klubie, znanym w całym mieście. Przełknęła głośno ślinę. Może jednak Horan nie był taki święty, za jakiego wszyscy go uważali? Potraktował ją jak zabawkę, zbędnego śmiecia, którym można posłużyć się raz, a potem zostawić na pastwę losu.

         Freya po raz pierwszy w życiu poczuła szczerą nienawiść, kierowaną prosto w blondyna. Chciała zemsty za to, że niejednokrotnie skrzywdził ją w tak okrutny sposób. Zmrużyła lekko oczy i wyprostowała plecy, chcąc pokazać że jest pewną siebie osobą. Chciała zyskać w oczach nieznajomego. Oblizała usta czubkiem języka i uśmiechnęła się do niego kokieteryjnie, odzyskując swój wigor. Po chwili odezwała się lekko zachrypniętym głosem.

— Jeżeli mówisz o Horanie, jestem naprawdę ciekawa co masz na myśli.


Przepraszam za brak pauz i jakiekolwiek błędy, ale tablet mojej mamy nie jest moim sprzymierzeńcem w pisaniu, a mój komputer niestety odmówił posłuszeństwa. Poprawię to, jak tylko uda mi się go odzyskać.
Chciałabym również podziękować każdemu, kto zagłosował na mnie w konkursie na blog miesiąca Księgi Baśni. Zajęliśmy drugie miejsce ;)
Życzcie mi powodzenia na maturze xx

Edit. nie wiem, dlaczego czcionka szaleje, ale nie mogę zrobić nic, żeby była większa. Mam już drugi raz taki problem, mam nadzieję, że to nie przeszkadza za bardzo w czytaniu. W razie czego zapraszam na wattpada ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz