środa, 31 maja 2017

[07] Rozdział Siódmy



It’s the moment of truth and the moment to lie
The moment to live and the moment to die
The moment to fight, the moment to fight
To fight, to fight, to fight
~ 30 Seconds to Mars
“This Is War”

         Kiedy Niall wyszedł z gabinetu zabiegowego, w którym miał wątpliwą przyjemność spędzić kilka długich, ciągnących się w nieskończoność godzin, był zdecydowanie jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Lekarz starannie wyczyścił jego dłoń ze wszystkich odłamków szkła, jakie w niej utkwiły, założył kilka – według niego niezbędnych – szwów i owinął wszystko opatrunkiem zabezpieczającym. Osobiście uważał, że cała ta farsa nie była potrzebna. Równie dobrze mógł poprosić o pomoc Anabeth, a z szycia chętnie by zrezygnował, jednak Arthur naciskał tak mocno, że nie był w stanie przemówić mu do rozsądku. Skrzywił się mocno, odbierając kartkę z zaleceniami od pielęgniarki, która pomagała przy wszystkich zabiegach. Skinął w jej kierunku głową na podziękowanie, aby nie wyjść przed nią na całkowitego gbura, po czym zupełnie nie zwracając uwagi na kolegę z pracy, który czekał na niego na jednym z niewygodnych, plastikowych krzesełek w korytarzu, ruszył w kierunku drzwi.

         Arthur, widząc blondyna wychodzącego na zewnątrz, natychmiast podniósł się na równe nogi i poszedł za nim. Nie był zdziwiony zachowaniem Horana. Chłopak już od samego rana chodził zły jak osa i warczał na każdego, kto odważył się do niego odezwać. Dlatego każdy starał się omijać go szerokim łukiem, a fakt że wylądował na pogotowiu nikogo nie zdziwił – każdy oczekiwał momentu, w którym Niall zrobi sobie jakąś krzywdę w chwili nieuwagi, kiedy jego mózg będzie mordował otoczenie chłopaka.

— Poczekaj na mnie — wymamrotał na tyle głośno, żeby kumpel go usłyszał. Wydobył kluczyki od swojego starego Mercedesa i otworzył drzwi, wsiadając od razu za kierownicę. Przechylił się na drugą stronę, aby ręcznie odblokować wejście jasnowłosemu, po czym odpalił silnik czekając, aż ten zajmie swoje miejsce. Alternator zarzęził głośno i zaczął wirować. 

         Horan warknął głośno, mocno trzaskając drzwiami, kiedy te nie chciały się zamknąć. Arth zaczął mówić coś na temat tego, że za chwilę może wracać na piechotę, jednak blondyn zupełnie go zignorował, zapinając pas; jedyny działający w całym pojeździe. Niall zastanawiał się czasami, kiedy kolega podwoził go z baru do domu w bardziej deszczowe dni, jak stary, wysłużony Mercedes, który Vacher kupił na złomowisku, mógł być co roku dopuszczany do jazdy po ulicach Cork. Chłopak podejrzewał, że w miejscowym warsztacie musi pracować jakiś jego przyjaciel, bo w innym wypadku pojazd dawno zakończyłby swój marny żywot.

         Pierwsze promienie słońca wyszły zza chmur, a o chodnik zaczęły rozbijać się krople wiosennego, ciepłego deszczu. Wiał lekki wiatr, który szarpał płaszczami przeciwdeszczowymi mieszkańców, spieszących się na poranną zmianę do stoczni. Chłopak zamknął oczy, czując zmęczenie, które powoli ogarniało całe jego ciało. Zaczął współczuć Arthurowi, który musiał za kilka godzin udać się na swoją zmianę. Jego urlop na szczęście zaczynał się tamtego dnia, dzięki czemu nie musiał martwić się o to, czy właścicielka przyłapie go na kłamstwie.

— Dzięki, że mnie nie zostawiłeś w tym szpitalu — Niall postanowił w końcu przerwać ciszę, która zaczynała go denerwować. Nie chciał skupiać się na własnych myślach, bo wiedział w którym kierunku mogą one powędrować, a to na pewno nie skończyłoby się dla niego dobrze. Miał dość wypadków jak na jeden dzień, pulsująca bólem ręka zdecydowanie wystarczyła.  — Współczuję ci tego, że będziesz musiał jutro iść do pracy — dodał jeszcze, zerkając w jego kierunku, kiedy ten zatrzymał się przed jego klatką. Arthur wzruszył ramionami, jakby to było obojętne.

— Jeszcze nie wiem, czy w ogóle gdziekolwiek pójdę. Mam już serdecznie dość znoszenia tej naburmuszonej idiotki. W najbliższym czasie planuję zrezygnować z pracy u niej — Horan uniósł wysoko brew. Zanim zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, jego kolega – widząc jak otwiera usta – uśmiechnął się do niego tajemniczo i z rozbawieniem, doskonale słyszalnym w jego głosie, odpowiedział na myśli swojego towarzysza. — Nie tylko tobie ojciec chciał pokazać szacunek do pieniądza. Jest nas zdecydowanie więcej, ale nie do końca wszyscy wylądowaliśmy w Cork z własnej woli.

         Chłopak nie odpowiedział nic. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad słowami swojego kompana. Czy miał on na myśli ich kolegów z pracy? A może Arthur miał jakichś innych znajomych, którzy również zostali wysłani do tego przybrzeżnego miasta przez rodziców. Odetchnął cicho, kiedy jego oczy zapiekły go niemiłosiernie mocno. Przetarł je wierzchem niezabandażowanej dłoni i wrócił spojrzeniem do swojego kolegi. Musiał iść położyć się do swojego łóżka, jeżeli nie chciał zasnąć na mało wygodnym, skórzanym siedzeniu.

— Nie jest to sprawa, która nie będzie mi dawała zmrużyć oczu po nocach, dlatego mogę poczekać z twoimi wyjaśnieniami aż spotkamy się ponownie, bo teraz marzę tylko o mojej pościeli — jasnowłosy uśmiechnął się lekko do Arthura, a ten odpowiedział na jego słowa cichym śmiechem. Niall skinął mu głową na pożegnanie i nie przeciągając dłużej wszedł na klatkę schodową, a później do mieszkania, w którym od razu zabarykadował się w swoim pokoju. Nie miał ochoty na rozmowę z nikim, a na to że Josephine wróci do niego z własnej woli już dawno stracił jakąkolwiek nadzieję.

         Rozebrał się powoli, składając ciuchy w kostkę, po czym odłożył je na krzesło wciąż stojące w kącie pomieszczenia i w samych bokserkach położył się na łóżku upewniając się, że zasłonił rolety. Chciał skorzystać z dnia wolnego, podczas którego nie musiał wstawać o wyznaczonej godzinie, dlatego wolałby, aby słońce nie oślepiło go już około czwartej nad ranem.

          Zmarszczył brwi, kiedy usłyszał głośne trzaśnięcie drzwiami do swojego pokoju. Przekręcił się na brzuch i zakrył głowę poduszką, chcąc odciąć się od hałasu. Przeszło mu przez myśl, że to któraś z przyjaciółek weszła do mieszkania i wywołała przeciąg, dlatego nawet nie pofatygował się, aby sprawdzić kto przyszedł. Wymamrotał kilka mało zrozumiałych snów pod nosem i już po chwili znów miał odpłynąć do krainy snów, kiedy jego łóżkiem zaczęły wstrząsać nieoczekiwane turbulencje, a ciszę tym razem wypełnił głośny, dziewczęcy śmiech.
         Poderwał się natychmiast do siadu i otworzył szeroko oczy, szybko je zamykając kiedy kilka promieni słońca, które dostały się do wnętrza pokoju przez szparę między ciężkimi kotarami. Skrzywił się mocno, przecierając je wierzchem dłoni. Ziewnął głośno, nawet nie zasłaniając ust i drapiąc się wolną ręką po klatce piersiowej odwrócił się w kierunku osoby, która postanowiła zakłócić jego spokojny sen. Zmarszczył brwi, kiedy dotarło do niego, że naprzeciwko siedzi Josephine. Uszczypnął ją, przez co zdzieliła go mało delikatnie po palcach.

— Spokojnie, nie śnisz na jawie, siedzę tu naprawdę — warknęła głośno, mrużąc oczy. Potarła obolałe miejsce i wstała z łóżka, podchodząc do szafy w której, jak się domyśliła, jej przyjaciel trzymał wszystkie swoje ubrania. Otworzyła ją na oścież, wyciągając z niej kilka ciuchów, którymi w niego rzucała nie zwracając uwagi na to, że może zrobić mu krzywdę zamkiem od spodni czy tym w bluzie. — Idź się umyć, strasznie śmierdzisz. A potem zabieram cię na wycieczkę po Cork — zaśmiała się, uderzając go mocno w plecy. Poczochrała mu włosy i zostawiając oniemiałego chłopaka, wyszła z pokoju kierując się do salonu, w którym siedziała Anabeth z kilkoma przyjaciółkami ze swojej paczki.

         Blondyn przeczesał zmierzwione włosy palcami i zbierając ciuchy z posłania, poszedł do łazienki. Naprawdę nie wiedział, dlaczego Jo wyglądała jakby wróciła z najlepszej imprezy, w jakiej dane jej było uczestniczyć, ale za cel główny postawił sobie dowiedzenie się od niej wszystkiego na temat jej tajemniczego zniknięcia z największą krową, jaka chodziła do tej pory po świecie. Niall czasami porównywał Kendall do dyktatorów, którzy za nic mieli sobie dobro ludzkości, a liczyło się tylko ich własne zadowolenie, którego nie można nawet było nawet nazwać szczęściem. Wyobrażenie blondynki z dziwacznym wąsem zawsze poprawiało mu spaczony humor i tak było również tamtym razem.

         Zamknął się w łazience, przecierając twarz dłońmi. Dopiero kiedy poczuł na skórze nieprzyjemne tarcie przypomniał sobie o białym bandażu, który ciągnął się od czubków palców aż do połowy przedramienia. Przeklął głośno kiedy zdał sobie sprawę z faktu, że codzienna toaleta nie będzie taką przyjemnością jak zazwyczaj. Z cichym westchnieniem rozebrał się do naga i wszedł pod prysznic nie zamykając kabiny, aby mógł wystawić na zewnątrz poszkodowaną rękę. Pomysł ten wydał mu się znacznie lepszy niż obwiązywanie opatrunku foliową torebką. To nigdy nie działało. 

         Odkręcił kurki z wodą i opierając czoło o ścianę przymknął na chwilę oczy. Naprawdę chciało mu się spać, a niepościelone łóżko kusiło, aby do niego wrócić, jednak chłopak odepchnął od siebie te myśli. Naprawdę chciał dowiedzieć się wszystkiego, co ma mu do powiedzenia Josephine. Nawet, jeśli musiał wyciągnąć to z niej siłą i pod wpływem gróźb, dotyczących powiedzenia o całym zajściu Liamowi.

         Zaczął kląć, kiedy szampon wleciał mu do oczu, a on nic nie mógł na to poradzić, ponieważ na sprawnej dłoni również miał go pełno. Odchylił głowę do tyłu, spłukując całą pianę z twarzy. Zaczął wycierać oczy w ramiona, jednak to również nawet w najmniejszym stopniu nie poprawiało jego złej sytuacji. Zaciskając mocno powieki wyszedł spod prysznica i na ślepo starał się sięgnąć po ręcznik. Ze wszystkich sił starał się niczego nie zrzucić z półki, wiszącej na ścianie obok kabiny. 

         Odetchnął cicho z ulgą, kiedy w końcu stanął przed lusterkiem z ręcznikiem przewiązanym w pasie i włosami doprowadzonymi do porządku. Oczy wciąż piekły go od szamponu, jednak nie było aż tak źle jak na początku. Przynajmniej mógł na nie widzieć. Doprowadził się szybko do ogólnego porządku i wyszedł z łazienki, przeczesując palcami włosy. Naprawdę zastanawiał się, czy chce iść do salonu, gdzie prawdopodobnie czekała na niego przyjaciółka. Był na nią zły. Przecież nie mógł puścić jej płazem tego, że zniknęła na dwa, prawie pełne dni, nie odezwała się do niego słowem, a potem wróciła i jak gdyby nigdy nic postanowiła zabrać go na wycieczkę po mieście, do którego to właśnie on ją zaprosił. Zerknął na swoją zabandażowaną dłoń, po czym wzdychając ciężko skierował się do pomieszczenia, w którym naprawdę nie chciał się znaleźć.

         Spodziewał się tego, że w mieszkaniu znajduje się również Kendall. Wiedział, że zabrała Jo na te kilka dni głównie po to, aby zrobić mu na złość. Czasami zastanawiało go, dlaczego tak bardzo się nienawidzili. Nie pamiętał nawet, jak wyglądała ich pierwsza rozmowa, jednak spodziewał się, że ona również była kłótnią. Skrzywił się mocno, kiedy zobaczył jak jego najlepsza przyjaciółka rozmawia z nią, śmiejąc się co chwilę. Nie chciał, żeby dłużej ze sobą przebywały. Zacisnął mocno pięści na samą myśl o tym. Zdecydowanie nie mógł do tego dopuścić.
— Jesteś już gotowy? — skinął lekko głową w kierunku Josephine i nie odzywając się słowem wyszedł z pomieszczenia, a po szybkim założeniu butów, opuścił mieszkanie i zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe zbiegł po schodach, chcąc poczekać na dziewczynę na ławce przed klatką. Tym razem to on był zły i chociaż nie miał zamiaru z nikim uciekać na całe dnie, nie chciał też łatwo odpuszczać.
         Nie odezwał się słowem, kiedy ciemnowłosa wyszła na zewnątrz i usiadła obok niego, szturchając go lekko ramieniem. Dobrze wiedziała, że czekał na jej wyjaśnienia. Jo westchnęła ciężko, przewracając oczami, kiedy odsunął się od niej na kilka centymetrów i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, opierając się plecami o ławkę. Deski wbiły mu się nieprzyjemnie w kręgosłup, ale zignorował to. Popatrzył na przyjaciółkę obojętnym wzrokiem, po czym od razu wrócił do obserwowania samochodów, przejeżdżających przez wąską ulicę.
— Nie złość się już na mnie Niall, jutro wyjeżdżam. Nie chcę, żebyśmy rozstali się w taki sposób — jęknęła cicho, przecierając twarz dłonią. Blondyn roześmiał się bez cienia humoru, kręcąc z niedowierzaniem głową.

— Świetnie. W takim razie przyjechałaś tu tylko po to, żeby posiedzieć sobie Bóg wie gdzie, z dziewczyną która szczerze mnie nienawidzi za to, że istnieję, powściekać się na mnie trochę i odjechać — mruknął, podnosząc się z siedzenia. Wsunął dłonie do kieszeni spodni i ruszył przed siebie wolnym krokiem. — Jak dla mnie możesz iść do Kendall i dać mi święty spokój — rzucił jeszcze za sobą i nie odwracając się skręcił w ulicę, prowadzącą prosto do centrum miasta. Nie musiał czekać długo, aż do jego uszu dobiegł cichy stukot szybkich kroków, a potem drobne ciało zawiesiło mu się na ramieniu powstrzymując od dalszego marszu.

— Niall proszę, poczekaj. Daj mi chociaż cokolwiek powiedzieć — wyprostował plecy, stając w miejscu. Skinął głową, dając jej znak, aby mówiła dalej. — Freya mocno wkurzała mnie przez cały lot nawijając o jakichś pierdołach, a potem jeszcze tutaj i kiedy powiedziała, że zostanie twoją bogatą żoną, to ja nie wytrzymałam i po prostu musiałam gdzieś pójść, a Kendall powiedziała, że mogę pójść z nią i tak jakoś wyszło — zaczęła wyrzucać z siebie pojedyncze zdania, patrząc na niego cała spanikowana. Bała się, że naprawdę gdzieś sobie pójdzie i nie będzie miała okazji porozmawiać z nim przez długi czas. Blondyn prychnął głośno, odsuwając się od niej. Ruszył znowu przed siebie.

— I dlatego zapomniałaś, jak używa się cholernego telefonu? — wiedział, że idzie obok niego. Jo nie odpuszczała tak łatwo. Zawsze, kiedy zrobiła coś głupiego łaziła za nim do momentu, w którym nie powiedział jej, że wszystko jest już w porządku. Jednak tym razem przeholowała; byli w zupełnie obcym dla niej kraju, nieznanym mieście, po którym grasował jakiś psychopata, zabijający dziewczyny. — Przepraszam Jo, ale zachowałaś się jak rozpieszczona gówniara.

— Wiem Niall, doskonale rozumiem swój błąd i żałuję go, ale błagam, nie złość się już na mnie — złapała go desperacko za łokieć. Niall stanął w miejscu, skupiając swoje spojrzenie na dziewczynie, która wyglądała jakby za chwilę miała się rozpłakać. Wiedział, że zachowywał się dziecinnie – dokładnie tak samo jak ona zaledwie kilka dni temu – jednak nie potrafił się od tego powstrzymać. Chciał pokazać Josephine, że go zraniła i jedyne czego pragnął, to aby poczuła się tak samo jak on. Może nie odebrałby tego w taki sposób gdyby nie fakt, że następnego dnia miało już jej nie być. Tego było za wiele. Blackwood doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi i jak zależało mu na spędzeniu z nimi chociaż kilku godzin; swoim przyjazdem dała mu na to nadzieję, a potem postanowiła uciec i ignorować go, każąc za coś, na co tak na dobrą sprawę nie miał żadnego wpływu. Freya była jedną z tych dziewczyn, które uważały że należy im się wszystko, czego pragną i za wszelką cenę dążyły do tego, nie zważając na uczucia, sugestie i zakazy innych. Po prostu robiły to, na co miały ochotę. Owszem, był z nią i zerwał ich znajomość w dość idiotyczny sposób, czego długo żałował – jednak jedynie na tym polegała jego wina, a przecież też był człowiekiem i miał prawo popełniać cholerne błędy. Nauczył się nawet wyciągać z nich odpowiednie wnioski.

Westchnął ciężko, przewracając oczami. Nie wiedział co powinien zrobić. Nie chciał gniewać się na przyjaciółkę, ale w głowie wciąż powtarzał sobie, że zignorowała go pomimo faktu, że mieli tak niewiele czasu. Pokręcił przecząco głową i wzruszył ramionami. Otworzył usta, aby się odezwać, jednak nie zdążył, ponieważ poczuł jak ktoś wpada na niego z impetem, a chwilę później oboje przewracają się na chodnik. Skrzywił się mocno, kiedy jego pośladki zderzyły się z twardą powierzchnią, a coś w jego kręgosłupie chrupnęło nieprzyjemnie. Nie zdążył jednak zdenerwować się na swojego przeciwnika, ponieważ już po chwili w miejscu, w którym stał z Josephine, przejechał duży, terenowy samochód. Otworzył szeroko oczy, a jego źrenice pomniejszyły się do nienaturalnych rozmiarów. Zaczął poruszać ustami jak ryba wyjęta z wody, nie mając zielonego pojęcia, co mógłby w takiej sytuacji powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu był naprawdę przerażony i miał nadzieję już nigdy więcej nie doświadczyć tego uczucia.

— Boże, Niall! Nic ci się nie stało?! — odwrócił spanikowane spojrzenie w kierunku przyjaciółki, obok której siedziała jego współlokatorka, oddychająca nienaturalnie szybko. Pokręcił głowę i wydał z siebie zdziwiony okrzyk, kiedy na swojej klace piersiowej dostrzegł rozzłoszczoną Kendall. Nie zrzucił jej z siebie tylko dlatego, że uratowała mu życie i zdążył resztkami racjonalnego myślenia powstrzymać w sobie tę chęć. Ona też miała przyspieszone tętno. Musiały do nich podbiec, widząc z daleka nadciągające niebezpieczeństwo. Był im za to wdzięczny z całego serca, ale nie miała zamiaru powiedzieć tego przy Utterson.

— Nie myśl sobie, że to coś zmienia, Horan. Wciąż cię nienawidzę, gnido — wymamrotała cicho dziewczyna, schodząc z niego powoli. Podciągnęła długie rękawy swojej bluzki, wstała zgrabnie z chodnika i otrzepała swoje dżinsy, nie zwracając większej uwagi na zdezorientowanego chłopaka, do którego podeszła Anabeth, chcąc go jakoś pozbierać z drogi. Dziewczyna rozglądała się na boki, mamrocząc do niego słowa pocieszenia i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Niall domyślił się, że nie chciała, aby ktoś zrobił im zdjęcie do gazety, ponieważ trzymała głowę opuszczoną nisko, starając się przy tym zasłaniać sobie twarz włosami.

— Co tutaj, do jasnej cholery, się właśnie stało? — wydusił z siebie w końcu, wciąż rozglądając się dookoła nieufnym, wręcz zlęknionym spojrzeniem. Nigdy wcześniej nie uczestniczył w wypadku samochodowym, zawsze uważał na ulicy, a wtedy szedł po chodniku. To nie mógł być przypadek. — Dlaczego ktoś chciał nas przejechać? — pokręcił głową, nerwowo przeczesując włosy roztrzęsionymi ze strachu dłońmi. Czuł, że zaczyna się nieprzyjemnie pocić; zawsze tak reagował na stres, czego wręcz nienawidził. — W jakie kłopoty wpakowałaś moją przyjaciółkę przez tych kilkadziesiąt godzin, że teraz ktoś chciał się jej pozbyć? — wysapał cicho, patrząc wymownie na Kendall. Nie mógł znaleźć dla tej sprawy innego wytłumaczenia jak fakt, że to ona sprowadziła na nich wypadek. Była nieprzewidywalna i szczerze go nienawidziła, czy trzeba było czegoś więcej? Dziewczyna prychnęła głośno, poprawiając rozczochrane włosy.

— Nie zapominaj, że przed chwilą uratowałam ci życiem mógłbyś być miły chociaż przez chwilę. A poza tym wydaje mi się, że ten ktoś jechał prosto na ciebie, imbecylu. Jo stała po drugiej stronie — wymamrotała blondynka, odsuwając się od niego. Stanęła za swoją przyjaciółką i dotknęła lewą dłonią jej ramienia. Niall zauważył, że na palcach miała tatuaż, identyczny jak ten u Any, o którym niedawno mu opowiadała. — Chodźmy stąd. Jesteśmy umówione, a ja nie zamierzam się spóźnić na to spotkanie przez problemy jakiegoś półgłówka — powiedziała szorstko, obdarzając chłopaka ostatnim, niechętnym spojrzeniem i nie czekając na ciemnowłosą ruszyła przed siebie. Beth popatrzyła przepraszająco na Horana, podniosła się z klęczek i ruszyła za przyjaciółką, po drodze doprowadzając swoje ubrania do porządku. Zdążyła rzucić za sobą jeszcze tylko, że porozmawiają wieczorem i obie zniknęły za najbliższym zakrętem.

Chłopak podniósł się powoli z ziemi i otrzepał ciuchy z piachu. Słysząc ciche jęki opatrzył pusto na Jo, która rozcierała obolały nadgarstek, na który musiała upaść. Potrząsnął głową i podszedł do niej szybko, podając jej rękę. Pomógł wstać przyjaciółce i podejść do ławki nieopodal, aby mogła zapanować nad swoim przyspieszonym oddechem. Był mocno zaniepokojony tym, że doskonale mógł zobaczyć jak klatka piersiowa ciemnowłosej unosi się w nieregularnym, przyspieszonym rytmie bicia serca dziewczyny. W głowie wciąż dudniły mu słowa blondynki, których nawet nie próbował od siebie odpędzić; wiedział, że to i tak nie miałoby najmniejszego sensu. Ta sprawa jeszcze długo miała go męczyć. Samochód jechał prosto na niego. A może Kendall się pomyliła? Przecież to mógł być tylko wypadek. Może kierowca po prostu zaspał po ciężkiej nocy w pracy i na chwilę stracił panowanie nad samochodem, a nie zatrzymał się w obawie o konsekwencje, jakie niosło to ze sobą. Przecież niejednokrotnie czytał o takich wypadkach w Internecie. Utterson na pewno chciała po prostu zrobić mu na złość.

Kucnął przed Josephine, kładąc jej dłonie na kolanach, aby nie stracić równowagi. Zmierzył ją zatroskanym spojrzeniem, nie wiedząc co powinien powiedzieć, aby w końcu ją uspokoić. Założył jej kosmyk włosów za ucho, przecierając bokiem dłoni policzek, po którym spłynęło kilka łez.

— Nie płacz Jo — odezwał się w końcu, starając się zatuszować drżenie głosu lekkim uśmiechem. Kciukiem cały czas pocierał o skórę na jej brodzie, zahaczając przy tym kilkukrotnie o jej dolną wargę. Zawsze tak robił, kiedy Blackwood przychodziła do niego cała zapłakana po zerwaniu z kolejną miłością swojego życia. Zdarzało się to dość często zważając na fakt, że Josephine była dość kochliwą dziewczyną. — To był tylko wypadek, wszystko będzie dobrze. Nie masz się czym przejmować. Jo uśmiechnij się w końcu — jęknął cicho widząc, że jego towarzyszka wcale nie ma zamiaru się uspokoić. Przyciągnął ją bliżej do siebie i przytulił mocno pozwalając, żeby schowała mu twarz w zagłębieniu szyi.

— Boże Niall, tak bardzo cię przepraszam! Ja widziałam ten samochód za twoimi plecami, ale nie była w stanie wydusić z siebie słowa! Powinnam cię ostrzec, ale mogłam tylko stać i patrzeć jak ten wariat jedzie prosto na nas — dziewczyna wybuchła płaczem, zwracając na siebie uwagę nastolatek, przechodzących obok. Horan zmierzył je ostrzegawczym spojrzeniem, przez co od razu wznowiły swój marsz.

— Chodź, idziemy jeść, a potem przejdziemy sie w jakieś fajne miejsce, które uda mi się znaleźć na mapach Googla — zaśmiał się cicho, wstając na równie nogi. Nie pozwalając przyjaciółce na odpowiedź złapał ją za dłoń i pociągnął do swojej ulubionej restauracji, w której nie tak dawno miał okazję bliżej poznać jedną z przyjaciółek swojej współlokatorki.

Margareth leżała głową w dół na kanapie w swoim salonie i starła się za wszelką cenę nie dać wyprowadzić się z równowagi głupiej grze, która nijak jej nie szła. Przeczesała włosy dłonią, pozwalając im rozlać się po podłodze i skrzyżowała nogi w kostkach, machając nimi w przód i w tył. Zablokowała telefon, odkładając go na bok i rozłożyła ręce, zaczynając wpatrywać się w sufit. Zaśmiała się cicho, dostrzegając plamę po szampanie, która przywołała wspomnienia z jednego z babskich wieczorów, które organizowały raz w miesiącu w domu którejś z przyjaciółek. Kilka razy zabierała się do tego, żeby ją zamalować, ale nigdy nie mogła znaleźć w sobie odpowiednio dużo chęci do zrobienia tego.
Jęknęła niezadowolona, kiedy jej spokój przerwało głośne dudnienie w drzwi i kilkukrotne dzwonienie dzwonka, które rozchodziło się tępym bólem po głowie dziewczyny. Zsunęła się z kanapy, starając się nie uderzyć ciemieniem o twardy parkiet. Podniosła się z niego niezgrabnie i nie zwracając na cichy śmiech młodszej siostry, siedzącej w kącie pomieszczenia z pilotem w ręku, poszła do holu. Po drodze przesunęła dłonią po nierównej fakturze białej ściany i zahaczyła palcem o skórzaną kurtkę, wiszącą na metalowym haczyku. Niespiesznie odkręciła łucznik w drzwiach i otworzyła je, odsuwając się przed Sarah, która wpadła do środka niczym burza gradowa.

— Spokojnie, nie zabij się o własne nogi — mruknęła cicho Margie i wróciła do salonu. Skinęła w kierunku młodszej siostry, a ta natychmiast wyłączyła telewizor, podniosła się z fotela i opuściła pomieszczenie, nie chcąc narażać się siostrze, na której utrzymaniu pozostawała już od długiego czasu. — Czemuż zawdzięczam tę nieoczekiwaną wizytę? — ciemnowłosa wyciągnęła nogi przed siebie, opierając pięty o pufę, stojącą przed nią. Uwielbiała w swoim domu to, że jaką pozycję by nie przybrała, zawsze było jej wygodnie.

— Założę się, że zaraz ty zabijesz się o swoje nogi — Anabeth sięgnęła po laptopa, leżącego na parapecie i usiadła na kanapie, otwierając go zaraz po ułożeniu na swoich udach. Margie napięła mięśnie na plecach, domyślając się, co przyjaciółka chce jej pokazać. Zabrała nogi, kiedy Kendall zajęła miejsce na pufie. — Masz, tylko nie biegnij za szybko, bo i tak nie wiesz kogo chcesz zabić — wzięła komputer od Any i szybko prześledziła wzrokiem tekst na blogu, o którym wolałaby nigdy nie usłyszeć. Zacisnęła mocno szczękę, wyłączając pospiesznie przeglądarkę.

— Szybko znalazł sobie nową ekipę — wymamrotała cicho, krzywiąc się mocno. Doskonale wiedziała, co to dla nich oznacza. Popatrzyła na swoją prawą dłoń, której palce ozdobione były tatuażem. Uśmiechnęła się do siebie lekko. Nie żałowała niczego i jeśli musiałaby po raz drugi dokonać wyboru, zrobiłaby to samo, co przed kilkoma laty. — Myślicie, że szybko przyjdzie się na nas zemścić za to, że go zostawiłyśmy? — mimowolnie przyłożyła palce do swojego policzka, na którym miała duże rozcięcie po spotkaniu z jednym z gońców ich, byłego już, szefa. Uśmiechnęła się blado do Sarah, która położyła jej dłoń na przedramieniu i pogładziła go kciukiem.

— Właśnie dlatego musimy zebrać wszystkie dziewczyny i zastanowić się nad tym, co powinnyśmy zrobić, bo siedzenie w miejscu i czekanie na to, aż ktoś nas zabije jest bezcelowe — rudowłosa popatrzyła na swoje towarzyszki, mrużąc lekko oczy. — Ty rozmawiałaś z nim najwięcej razy, Margie. Myślisz, że dałabyś radę nam go jakoś opisać? Może znajdziemy jakiś jego słaby punkt, to przecież wcale nie musi być takie trudne — dziewczyna pokiwała głową. Wyjęła telefon i wybrała pierwszy numer z listy. Musiały przecież zebrać się wszystkie w jednym miejscu, jeśli to miało podziałać. 


GROŹNIE WYGLĄDAJĄCY WYPADEK W OSIEDLOWEJ ULICZCE!

Długo już – jak na to, co w ostatnim czasie miało miejsce w naszym mieście – nie mieliśmy żadnych powiadomień o nowych, tragicznych zdarzeniach. Spokój jednak po raz kolejny został zakłócony, jednak tym razem na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych.

Popołudniu, około godziny piętnastej, rozpędzony samochód terenowy prawie uderzył w parę, która była tak zajęta kłótnią, że nawet nie zauważyła zagrożenia. Na szczęście na miejscu zdarzenia znalazły się dwie obywatelki, które w ogromnym akcie odwagi rzuciły się na pomoc niedoszłym ofiarom, wypychając je w ostatnim momencie spod kół śmierci.

Mamy nadzieję, że policja zajmie się tą sprawą, a poniżej publikujemy kilka zdjęć z miejsca i momentu zdarzenia. Proponujemy przyjrzeć im się dokładnie, może naszemu dziennikarzowi udało się uchwycić sprawcę nie tylko wypadku, ale i morderstw? Któż wie…

Wasza Legion.



  Starałam się ustawić czcionkę, ale teraz się poddaję. To nie na moje nerwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz