poniedziałek, 31 października 2016

[00] Prolog



Dla M. - za to, że jesteś najlepsiejszym człowiekiem na świecie, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Wiem, że opowiadanie to niewiele za wszystko, co Ci zawdzięczam, ale nic innego nie mogę dla Ciebie zrobić, a podobno w tym jestem całkiem dobra ~ Twoja Atomówka ;)



Don't ya think that you need someone
Everybody needs somebody
You're not the only one
~ Guns N’ Roses
“November Rain”

            Londyn, 15.03.2016 r.

         Marcowa noc, która kilka godzin wcześniej zapanowała nad stolicą Wielkiej Brytanii była wyjątkowo chłodna. Sierp księżyca ledwo prześwitywał zza gęstych, ciemnych chmur, szybko prowadzonych po niebie przez porywisty, zimny wiatr. Drobny deszcz padał nieustannie od kilku godzin, sprawiając że niemieszcząca się w studzienkach kanalizacyjnych deszczówka  zaczynała gromadzić się w większych wgłębieniach w asfalcie i na chodnikach. Pojedyncze samochody rozchlapywały ją, tworząc przy tym ogromne gejzery, ochlapujące nielicznych przechodniów.

         Niesprzyjająca spacerom i opuszczaniu ciepłego domu pogoda nie przeszkadzała brunetce, która od kilkunastu minut siedziała na marmurowej ławce. Jej buty były doszczętnie przemoknięte, a ubrania przed takim samym losem chronił jedynie czerwony, foliowy płaszcz przeciwdeszczowy sięgający kostek. W dłoni trzymała cienkiego, długiego papierosa, który już dawno został zgaszony przez kaskady wody, spadające na ziemię. Jednak dziewczyna była zbyt zaaferowana dość dziwną sceną, rozgrywającą się za oknem w pokoju jej najlepszego przyjaciela, aby zauważyć brak dymu. Uważnym wzrokiem, z wysoko podniesionymi brwiami i wyrazem głębokiej konsternacji na twarzy, śledziła to jak chłopak pakuje swoje rzeczy do dużych rozmiarów walizki. Nie byłoby w tym nic dziwnego – w końcu rodziców blondyna stać było na jego częste, zagraniczne wyjazdy. To fakt, że ktoś nieustannie mu przeszkadzał zdziwił ciemnowłosą.

         Nagle okno balkonowe otworzyło się na oścież, a w nim stanął Louis – brązowowłosy, niebieskooki chłopak z dużym poczuciem humoru, za którym szalała połowa nieszczęsnych dziewcząt, uczęszczających na ich uczelnię. Zamrugała kilkukrotnie, nawet z odległości kilku metrów dostrzegając jak oczy szatyna ciskają w nią piorunami. Rozłożyła bezradnie ręce, zupełnie nie mając pojęcia, co ona miała z tym wszystkim wspólnego i w jaki sposób udało jej się doprowadzić go do szewskiej pasji.

— Blackwood, zostaw tego kiepa i nie patrz na mnie jak ta ostatnia sierota, tylko chodź tutaj i pomóż mi go przekonać, że to cholernie zły pomysł! — krzyknął, budząc ze snu psa sąsiadki, który natychmiast zaczął przeraźliwe szczekać. Dziewczyna automatycznie przeniosła wzrok  na przemokniętego, lekko oklapłego papierosa i cisnęła nim do kosza na śmieci, stojącego obok ławki. Potarła zimne jak dwa sople lodu dłonie i zgrabnie podniosła się z ławki. — No pospiesz się Josephine! On pakuje te rzeczy szybciej niż ja jestem w stanie je odkładać!

— Nie słuchaj go Jo i zajmuj się tym, co robiłaś do tej pory — Louis warknął głośno, kiedy duża dłoń Niall zacisnęła się na jego włosach i wciągnęła go z powrotem do wnętrza pokoju. Blondyn uśmiechnął się do niej szeroko, wyraźnie podniecony niezbyt mądrym pomysłem, o którym wspomniał Tommo, po czym zamknął za sobą okno i zasłonił rolety.

         Dziewczyna stała przez chwilę w miejscu, nie wiedząc co ma tak właściwie począć. Owszem - Horan, chociaż inteligentny, był znany ze swoich głupich pomysłów, które zazwyczaj kończyły się tragicznie dla niego, albo dla kogoś z jego najbliższego otoczenia. Nikt nie potrafił przemówić mu do rozsądku, aż do momentu w którym sam zaczynał żałować swoich czynów. Ale czy to nie na tym właśnie polegało prawdziwe życie? Na uczeniu się na własnych błędach, które później pomagają w podejmowaniu właściwych decyzji? Jo wypuściła powietrze z płuc ze świstem i szybkim krokiem ruszyła w kierunku drzwi wejściowych do domu blondyna. Wiedziała, że to wszystko się źle skończy.


         Powoli otworzyła wejście i ściągając trampki jeszcze na zewnątrz, weszła do środka, po cichu zamykając za sobą frontowe drzwi. Rozejrzała się uważnie dookoła, upewniając się czy aby na pewno w ciemności nie przewróci i nie zniszczy jakiejś drogiej ozdoby - pamiątki po jednej z wycieczek blondyna - i wolnym krokiem, zbierając myśli, ruszyła po schodach prosto do pokoju najlepszego przyjaciela, bojąc się tego, co może tam zastać.

         Wypuściła buty z dłoni, a ich gumowe podeszwy uderzyły o drewnianą podłogę, wydając głośne plaśnięcie. Chciała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę kłócących się ze sobą chłopaków. Na szczęście udało jej się to, dzięki czemu prawdopodobnie uniknęła interwencji przy rękoczynie, do którego zdolni byli obaj. Przekonała się o tym, niestety, nie jeden raz. Popatrzyli na nią - jeden wciąż wściekły, a drugi z wyraźnie widocznym w oczach podnieceniem.

— Powie mi ktoś, co się tutaj wyprawia? — skrzyżowała ręce na piersiach, nie przejmując się tym jak śmiesznie musi to wyglądać, kiedy w dalszym ciągu ma na sobie czerwoną folię, a włosy, związane w kucyka i w wielu miejscach przyklejone do twarzy, ma zupełnie przemoczone. Blondyn uśmiechnął się szeroko i gestem dłoni wskazał na otwartą walizkę, której zawartość wyglądała jak po przejściu huraganu.

— Wyprowadzam się za dwa dni od rodziców — powiedział, a w jego głosie można było usłyszeć tak dużo dumy i zadowolenia z samego siebie, jak nigdy wcześniej. Tomlinson prychnął głośno, wsadzając dłonie do kieszeni dresowych spodni, zawieszonych, jak zawsze, nisko na biodrach. Zmierzył przyjaciela nieprzychylnym spojrzeniem i zmrużył gniewnie oczy.

— To tylko część genialnego planu, jego królewskiej mości — rzucił, lekceważąco wzruszając ramionami. — Ta fujara za wszelką cenę chce znaleźć sobie jakąś dziewczynę, która nie poleci na kasę jego rodziców tylko na prawdziwą osobowość i ubzdurał sobie, że rzuci studia, znajdzie jakieś lokum i samodzielnie zarobi na swoje utrzymanie — szatyn wyrzucił ręce w powietrze, mało delikatnie wyjmując je z kieszeni, przez co szwy w dresach strzeliły niebezpiecznie. — Mało tego, już napisał ogłoszenie na Internecie, żeby znaleźć sobie koniecznie jakąś współlokatorkę. Oczywiście w przypływie swojej wielkiej inteligencji i wybujałej wyobraźni nie zapomniał wspomnieć o tym, że jest gejem, żeby przypadkiem żadna panna nie przestraszyła się i nie spierdoliła od niego.

— To bardzo dobry pomysł, Lou. Zupełnie nie rozumiem o co ty się rzucasz — mruknął głęboko urażony blondyn. Wszedł do swojej garderoby, by po chwili wrócić z niej z kilkoma koszulkami, których marka nie rzucała się za bardzo w oczy i ułożył je w walizce. Serce Josephine ścisnęło się mocno widząc rezygnację w jego oczach. Żałowała, że jej przeczucie ponownie się sprawdziło.

— Tak samo dobry jak ten, kiedy kazałeś mi siedzieć ze sobą na drzewie i kazałeś obserwować Gretę Leaman chwilę po tym, jak poprosiłeś Harry'ego o przetestowanie jej wierności — ciemnowłosy natychmiast podszedł do bagażu i wyrzucił koszulki, które opadły zaraz obok łóżka. Blondyn zacisnął mocno wargi, powstrzymując się od komentarza, który ewidentnie cisnął mu się na usta i wszedł do łazienki, mocno trzaskając za sobą drzwiami.

         Josephine odetchnęła cicho, zrywając z siebie płaszcz przeciwdeszczowy. Zwinęła go niezgrabnie w kulkę, mocząc przy tym swoje ubrania i wrzuciła go do śmietnika, stojącego obok biurka. Podeszła wolnym krokiem do łóżka, znajdującego się przy ścianie po lewo od wejścia, po czym usiadła na nim po turecku i popatrzyła na przyjaciel z oburzeniem. Tomlinson, zbity z tropu rozłożył ręce na boki, marszcząc brwi. Wydawał mu się, że jej też zależało na szczęściu i bezpieczeństwie Nialla, a to co chciał zrobić nie wiązało się ani z jednym, ani z drugim.

— No co? — burknął, opadając na posłanie zaraz obok dziewczyny. Przez chwilę zapanowała między nimi dość przytłaczająca cisza. Josephine nie wiedziała, jak zacząć rozmowę, żeby do niego dotrzeć, a on nie zamierzał odpuszczać. Według niego pomysł Nialla był tak zły jak jeszcze żaden inny wcześniej i chciał mu to za wszelką cenę wytłumaczyć.

— Odpuść mu — powiedziała w końcu, spuszczając wzrok na swoje złączone, wciąż czerwone z zimna dłonie. — Chociaż ten raz, wiesz jak mu na tym zależy. Może to się uda — dodała z lekkim zawahaniem w głosie. Louis roześmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu. Pokręcił nią energicznie, szturchając Blackwood pięścią w ramie, na co mruknęła cicho pod nosem. Potarła palcami bolące miejsce. — Nie bij mnie, bo ci oddam.

— Wiecie co? Róbcie sobie wszyscy, co wam się żywnie podoba — chłopak poderwał się z miejsca i szybkim krokiem podszedł do otwartych na oścież drzwi. Zatrzymał się w nich na chwilę i odwrócił do dziewczyny, spoglądając na nią po raz ostatni. — Ale uczciwie was ostrzegam, jeżeli cokolwiek pójdzie nie tak i on będzie przez to znów cierpiał, to przyjdę i powiem a nie mówiłem z ogromną satysfakcją — po czym wyszedł, naciągając na głowę kaptur.

         Jo przewróciła lekceważąco oczami. Rozłożyła się na łóżku, uprzednio zgarniając z podłogi biały but blondyna, którym rzuciła o wejście do łazienki. Ułożyła skrzyżowane ręce pod głową, czekając aż przyjaciel opuści swoje schronienie. Kiedy ten moment nastąpił, zmierzyła go uważnym spojrzeniem, zastanawiając się przez chwilę.

— Lepiej, żebym tego nie żałowała, Horan. Tommo nie odezwie się do mnie przez najbliższy miesiąc, a wiesz jak nienawidzę go przepraszać — rzuciła cicho, po czym zamknęła oczy. — Daj mi jakąś koszulkę na przebranie i napisz do moich rodziców, że zostaję u ciebie na noc. Musisz mi powiedzieć dokładnie, z jakiego powodu pokłóciłam się z Louisem, bo prawdę mówiąc nie rozumiem zupełnie nic — dodała i zaśmiała się cicho, kiedy przyjaciel rzucił się na nią, przyciągając ją do mocnego uścisku.


         Cork, 20.03.2016 r.

         Irlandia przywitała go dokładnie taką samą pogodą, jaką pożegnał Londyn. Strugi deszczu spadały z ciemnych, ciężkich chmur zasłaniających całe niebo. Stojąc tak i obserwując ludzi w oczekiwaniu na taksówkę doszedł do wniosku, że nikt przy zdrowych zmysłach nie ruszał się z domu bez parasolki lub foliowego płaszcza, które miały chronić ubrania przed zmoknięciem. Uśmiechnął się lekko do siebie, przypominając sobie jak wyglądała Jo kilka dni wcześniej, kiedy przyszła uratować go przed Louisem.

         Westchnął ciężko, zdając sobie sprawę, że w najbliższym czasie nie będzie miał okazji na spotkanie z przyjaciółmi — on miał rozpocząć pracę w miejscowym barze, a oni mieli studia, na których bardzo im zależało. Postanowił jednak, że nie podda się tak łatwo i dotrzyma danego sobie samemu słowa. To, co powiedział Josephine i Lou nie do końca trzymało się prawdy. Owszem, miał już dość nawiązywania kontaktów z dziewczynami, z którymi później łączył go tylko przygodny seks. Jednak nie to było głównym powodem, a kłótnia z ojcem.

         Jednego dnia, kiedy wrócił do domu nad ranem, tata czekał na niego zdenerwowany w salonie. Na początku nie rozumiał o co chodzi, w końcu nie raz zdarzało mu się spać w domu jednego ze swoich przyjaciół, o czym zawsze informował swoich rodziców i nigdy wcześniej nie mieli z tym problemów. Dlatego zdziwił się ogromnie, kiedy mężczyzna poprosił go o rozmowę. I chociaż Niall odczuwał jeszcze skutki imprezy urodzinowej Liama, postanowił nie protestować. Domyślił się, że ojciec odwołał kilka bardzo ważnych spotkań tylko po to, aby skonfrontować się z nim. Potem było już tylko gorzej.

         Każde słowo, wypowiedziane przez rodziciela, było dla Nialla wierutnym kłamstwem, które trafiało go prosto w serce. Tata zarzucał mu, że w ogóle nie przejmował się swoim wykształceniem. Oskarżał swojego syna o to, że do końca życia chciał korzystać z pieniędzy jego i jego żony, co dla blondyna było wręcz nie do zniesienia. Zawsze starał się okazywać im szacunek i szczerą miłość. Kochał swoich rodziców i naprawdę zależało mu na tym, aby zdobyć wykształcenie tak wysokie jak oni. A to, że czasami zdarzało mu się imprezować nie miało najmniejszego znaczenia. Był młody i należała mu się chwila odpoczynku w postaci zabawy z przyjaciółmi. Nie mógł przecież całych dni spędzać na uczelni z nosem w książkach. Chciał korzystać z życia, póki miał na to czas.

         Słów ojca nie skomentował nawet słowem. Wysłuchał wszystkiego co miał mu do powiedzenia, po czym poszedł do swojego pokoju, w którym zamknął się na resztę dnia. Mama kilka razy próbowała się do niego dostać, ale za każdym razem prosił ją aby pozwoliła mu na chwilę samotności.

         Wystarczyło mu kilka dni na załatwienie wszystkich formalności. Załatwił sobie roczny urlop dziekański i pracę w Cork – drugim największym mieście Irlandii. Przyjaciołom wmówił, że tęskni do prawdziwej miłości. Rodzicom natomiast zakomunikował tylko, że chce im udowodnić swoją wartość oraz że będzie potrafił zapracować na własne utrzymanie. I słowa zamierzał dotrzymać. Chciał zasłużyć na majątek swoich rodziców, którego znaczna część miała przypaść w udziale jemu.

         Z zamyślenia wyrwał go głośny chlupot wody, kiedy zamówiona przez niego taksówka zjechała z głównej ulicy i zatrzymała się przed wejściem na lotnisko. Odetchnął cicho wiedząc, że od tego momentu nie będzie miał na kogo liczyć w chwilach zwątpienia i że z każdym problemem będzie musiał poradzić sobie sam. Uniósł wysoko głowę, chcąc w ten sposób dodać otuchy samemu sobie i podszedł do taksówki, najpierw wkładając bagaż do bagażnika, a później wsiadając do środka. Uśmiechnął się szeroko do mężczyzny za kierownicą.

— Proszę na Deanwood Avenue 20 — powiedział, zapinając pasy. Potarł dłońmi o siebie, chcąc je chociaż odrobinę rozgrzać. Wyjrzał przez okno, po raz ostatni przyglądając się budynkowi lotniska. Czuł przyjemne mrowienie ekscytacji w klatce piersiowej. Wiedział, że zaczyna nowy rozdział w swoim życiu. Bał się tego co nastąpi, ale z drugiej strony nie mógł doczekać się wszystkiego, co los miał zamiar postawić na jego drodze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz