środa, 31 maja 2017

[07] Rozdział Siódmy



It’s the moment of truth and the moment to lie
The moment to live and the moment to die
The moment to fight, the moment to fight
To fight, to fight, to fight
~ 30 Seconds to Mars
“This Is War”

         Kiedy Niall wyszedł z gabinetu zabiegowego, w którym miał wątpliwą przyjemność spędzić kilka długich, ciągnących się w nieskończoność godzin, był zdecydowanie jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Lekarz starannie wyczyścił jego dłoń ze wszystkich odłamków szkła, jakie w niej utkwiły, założył kilka – według niego niezbędnych – szwów i owinął wszystko opatrunkiem zabezpieczającym. Osobiście uważał, że cała ta farsa nie była potrzebna. Równie dobrze mógł poprosić o pomoc Anabeth, a z szycia chętnie by zrezygnował, jednak Arthur naciskał tak mocno, że nie był w stanie przemówić mu do rozsądku. Skrzywił się mocno, odbierając kartkę z zaleceniami od pielęgniarki, która pomagała przy wszystkich zabiegach. Skinął w jej kierunku głową na podziękowanie, aby nie wyjść przed nią na całkowitego gbura, po czym zupełnie nie zwracając uwagi na kolegę z pracy, który czekał na niego na jednym z niewygodnych, plastikowych krzesełek w korytarzu, ruszył w kierunku drzwi.

         Arthur, widząc blondyna wychodzącego na zewnątrz, natychmiast podniósł się na równe nogi i poszedł za nim. Nie był zdziwiony zachowaniem Horana. Chłopak już od samego rana chodził zły jak osa i warczał na każdego, kto odważył się do niego odezwać. Dlatego każdy starał się omijać go szerokim łukiem, a fakt że wylądował na pogotowiu nikogo nie zdziwił – każdy oczekiwał momentu, w którym Niall zrobi sobie jakąś krzywdę w chwili nieuwagi, kiedy jego mózg będzie mordował otoczenie chłopaka.

— Poczekaj na mnie — wymamrotał na tyle głośno, żeby kumpel go usłyszał. Wydobył kluczyki od swojego starego Mercedesa i otworzył drzwi, wsiadając od razu za kierownicę. Przechylił się na drugą stronę, aby ręcznie odblokować wejście jasnowłosemu, po czym odpalił silnik czekając, aż ten zajmie swoje miejsce. Alternator zarzęził głośno i zaczął wirować. 

         Horan warknął głośno, mocno trzaskając drzwiami, kiedy te nie chciały się zamknąć. Arth zaczął mówić coś na temat tego, że za chwilę może wracać na piechotę, jednak blondyn zupełnie go zignorował, zapinając pas; jedyny działający w całym pojeździe. Niall zastanawiał się czasami, kiedy kolega podwoził go z baru do domu w bardziej deszczowe dni, jak stary, wysłużony Mercedes, który Vacher kupił na złomowisku, mógł być co roku dopuszczany do jazdy po ulicach Cork. Chłopak podejrzewał, że w miejscowym warsztacie musi pracować jakiś jego przyjaciel, bo w innym wypadku pojazd dawno zakończyłby swój marny żywot.

         Pierwsze promienie słońca wyszły zza chmur, a o chodnik zaczęły rozbijać się krople wiosennego, ciepłego deszczu. Wiał lekki wiatr, który szarpał płaszczami przeciwdeszczowymi mieszkańców, spieszących się na poranną zmianę do stoczni. Chłopak zamknął oczy, czując zmęczenie, które powoli ogarniało całe jego ciało. Zaczął współczuć Arthurowi, który musiał za kilka godzin udać się na swoją zmianę. Jego urlop na szczęście zaczynał się tamtego dnia, dzięki czemu nie musiał martwić się o to, czy właścicielka przyłapie go na kłamstwie.

— Dzięki, że mnie nie zostawiłeś w tym szpitalu — Niall postanowił w końcu przerwać ciszę, która zaczynała go denerwować. Nie chciał skupiać się na własnych myślach, bo wiedział w którym kierunku mogą one powędrować, a to na pewno nie skończyłoby się dla niego dobrze. Miał dość wypadków jak na jeden dzień, pulsująca bólem ręka zdecydowanie wystarczyła.  — Współczuję ci tego, że będziesz musiał jutro iść do pracy — dodał jeszcze, zerkając w jego kierunku, kiedy ten zatrzymał się przed jego klatką. Arthur wzruszył ramionami, jakby to było obojętne.

— Jeszcze nie wiem, czy w ogóle gdziekolwiek pójdę. Mam już serdecznie dość znoszenia tej naburmuszonej idiotki. W najbliższym czasie planuję zrezygnować z pracy u niej — Horan uniósł wysoko brew. Zanim zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, jego kolega – widząc jak otwiera usta – uśmiechnął się do niego tajemniczo i z rozbawieniem, doskonale słyszalnym w jego głosie, odpowiedział na myśli swojego towarzysza. — Nie tylko tobie ojciec chciał pokazać szacunek do pieniądza. Jest nas zdecydowanie więcej, ale nie do końca wszyscy wylądowaliśmy w Cork z własnej woli.

         Chłopak nie odpowiedział nic. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad słowami swojego kompana. Czy miał on na myśli ich kolegów z pracy? A może Arthur miał jakichś innych znajomych, którzy również zostali wysłani do tego przybrzeżnego miasta przez rodziców. Odetchnął cicho, kiedy jego oczy zapiekły go niemiłosiernie mocno. Przetarł je wierzchem niezabandażowanej dłoni i wrócił spojrzeniem do swojego kolegi. Musiał iść położyć się do swojego łóżka, jeżeli nie chciał zasnąć na mało wygodnym, skórzanym siedzeniu.

— Nie jest to sprawa, która nie będzie mi dawała zmrużyć oczu po nocach, dlatego mogę poczekać z twoimi wyjaśnieniami aż spotkamy się ponownie, bo teraz marzę tylko o mojej pościeli — jasnowłosy uśmiechnął się lekko do Arthura, a ten odpowiedział na jego słowa cichym śmiechem. Niall skinął mu głową na pożegnanie i nie przeciągając dłużej wszedł na klatkę schodową, a później do mieszkania, w którym od razu zabarykadował się w swoim pokoju. Nie miał ochoty na rozmowę z nikim, a na to że Josephine wróci do niego z własnej woli już dawno stracił jakąkolwiek nadzieję.

         Rozebrał się powoli, składając ciuchy w kostkę, po czym odłożył je na krzesło wciąż stojące w kącie pomieszczenia i w samych bokserkach położył się na łóżku upewniając się, że zasłonił rolety. Chciał skorzystać z dnia wolnego, podczas którego nie musiał wstawać o wyznaczonej godzinie, dlatego wolałby, aby słońce nie oślepiło go już około czwartej nad ranem.

          Zmarszczył brwi, kiedy usłyszał głośne trzaśnięcie drzwiami do swojego pokoju. Przekręcił się na brzuch i zakrył głowę poduszką, chcąc odciąć się od hałasu. Przeszło mu przez myśl, że to któraś z przyjaciółek weszła do mieszkania i wywołała przeciąg, dlatego nawet nie pofatygował się, aby sprawdzić kto przyszedł. Wymamrotał kilka mało zrozumiałych snów pod nosem i już po chwili znów miał odpłynąć do krainy snów, kiedy jego łóżkiem zaczęły wstrząsać nieoczekiwane turbulencje, a ciszę tym razem wypełnił głośny, dziewczęcy śmiech.
         Poderwał się natychmiast do siadu i otworzył szeroko oczy, szybko je zamykając kiedy kilka promieni słońca, które dostały się do wnętrza pokoju przez szparę między ciężkimi kotarami. Skrzywił się mocno, przecierając je wierzchem dłoni. Ziewnął głośno, nawet nie zasłaniając ust i drapiąc się wolną ręką po klatce piersiowej odwrócił się w kierunku osoby, która postanowiła zakłócić jego spokojny sen. Zmarszczył brwi, kiedy dotarło do niego, że naprzeciwko siedzi Josephine. Uszczypnął ją, przez co zdzieliła go mało delikatnie po palcach.

— Spokojnie, nie śnisz na jawie, siedzę tu naprawdę — warknęła głośno, mrużąc oczy. Potarła obolałe miejsce i wstała z łóżka, podchodząc do szafy w której, jak się domyśliła, jej przyjaciel trzymał wszystkie swoje ubrania. Otworzyła ją na oścież, wyciągając z niej kilka ciuchów, którymi w niego rzucała nie zwracając uwagi na to, że może zrobić mu krzywdę zamkiem od spodni czy tym w bluzie. — Idź się umyć, strasznie śmierdzisz. A potem zabieram cię na wycieczkę po Cork — zaśmiała się, uderzając go mocno w plecy. Poczochrała mu włosy i zostawiając oniemiałego chłopaka, wyszła z pokoju kierując się do salonu, w którym siedziała Anabeth z kilkoma przyjaciółkami ze swojej paczki.

         Blondyn przeczesał zmierzwione włosy palcami i zbierając ciuchy z posłania, poszedł do łazienki. Naprawdę nie wiedział, dlaczego Jo wyglądała jakby wróciła z najlepszej imprezy, w jakiej dane jej było uczestniczyć, ale za cel główny postawił sobie dowiedzenie się od niej wszystkiego na temat jej tajemniczego zniknięcia z największą krową, jaka chodziła do tej pory po świecie. Niall czasami porównywał Kendall do dyktatorów, którzy za nic mieli sobie dobro ludzkości, a liczyło się tylko ich własne zadowolenie, którego nie można nawet było nawet nazwać szczęściem. Wyobrażenie blondynki z dziwacznym wąsem zawsze poprawiało mu spaczony humor i tak było również tamtym razem.

         Zamknął się w łazience, przecierając twarz dłońmi. Dopiero kiedy poczuł na skórze nieprzyjemne tarcie przypomniał sobie o białym bandażu, który ciągnął się od czubków palców aż do połowy przedramienia. Przeklął głośno kiedy zdał sobie sprawę z faktu, że codzienna toaleta nie będzie taką przyjemnością jak zazwyczaj. Z cichym westchnieniem rozebrał się do naga i wszedł pod prysznic nie zamykając kabiny, aby mógł wystawić na zewnątrz poszkodowaną rękę. Pomysł ten wydał mu się znacznie lepszy niż obwiązywanie opatrunku foliową torebką. To nigdy nie działało. 

         Odkręcił kurki z wodą i opierając czoło o ścianę przymknął na chwilę oczy. Naprawdę chciało mu się spać, a niepościelone łóżko kusiło, aby do niego wrócić, jednak chłopak odepchnął od siebie te myśli. Naprawdę chciał dowiedzieć się wszystkiego, co ma mu do powiedzenia Josephine. Nawet, jeśli musiał wyciągnąć to z niej siłą i pod wpływem gróźb, dotyczących powiedzenia o całym zajściu Liamowi.

         Zaczął kląć, kiedy szampon wleciał mu do oczu, a on nic nie mógł na to poradzić, ponieważ na sprawnej dłoni również miał go pełno. Odchylił głowę do tyłu, spłukując całą pianę z twarzy. Zaczął wycierać oczy w ramiona, jednak to również nawet w najmniejszym stopniu nie poprawiało jego złej sytuacji. Zaciskając mocno powieki wyszedł spod prysznica i na ślepo starał się sięgnąć po ręcznik. Ze wszystkich sił starał się niczego nie zrzucić z półki, wiszącej na ścianie obok kabiny. 

         Odetchnął cicho z ulgą, kiedy w końcu stanął przed lusterkiem z ręcznikiem przewiązanym w pasie i włosami doprowadzonymi do porządku. Oczy wciąż piekły go od szamponu, jednak nie było aż tak źle jak na początku. Przynajmniej mógł na nie widzieć. Doprowadził się szybko do ogólnego porządku i wyszedł z łazienki, przeczesując palcami włosy. Naprawdę zastanawiał się, czy chce iść do salonu, gdzie prawdopodobnie czekała na niego przyjaciółka. Był na nią zły. Przecież nie mógł puścić jej płazem tego, że zniknęła na dwa, prawie pełne dni, nie odezwała się do niego słowem, a potem wróciła i jak gdyby nigdy nic postanowiła zabrać go na wycieczkę po mieście, do którego to właśnie on ją zaprosił. Zerknął na swoją zabandażowaną dłoń, po czym wzdychając ciężko skierował się do pomieszczenia, w którym naprawdę nie chciał się znaleźć.

         Spodziewał się tego, że w mieszkaniu znajduje się również Kendall. Wiedział, że zabrała Jo na te kilka dni głównie po to, aby zrobić mu na złość. Czasami zastanawiało go, dlaczego tak bardzo się nienawidzili. Nie pamiętał nawet, jak wyglądała ich pierwsza rozmowa, jednak spodziewał się, że ona również była kłótnią. Skrzywił się mocno, kiedy zobaczył jak jego najlepsza przyjaciółka rozmawia z nią, śmiejąc się co chwilę. Nie chciał, żeby dłużej ze sobą przebywały. Zacisnął mocno pięści na samą myśl o tym. Zdecydowanie nie mógł do tego dopuścić.
— Jesteś już gotowy? — skinął lekko głową w kierunku Josephine i nie odzywając się słowem wyszedł z pomieszczenia, a po szybkim założeniu butów, opuścił mieszkanie i zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe zbiegł po schodach, chcąc poczekać na dziewczynę na ławce przed klatką. Tym razem to on był zły i chociaż nie miał zamiaru z nikim uciekać na całe dnie, nie chciał też łatwo odpuszczać.
         Nie odezwał się słowem, kiedy ciemnowłosa wyszła na zewnątrz i usiadła obok niego, szturchając go lekko ramieniem. Dobrze wiedziała, że czekał na jej wyjaśnienia. Jo westchnęła ciężko, przewracając oczami, kiedy odsunął się od niej na kilka centymetrów i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, opierając się plecami o ławkę. Deski wbiły mu się nieprzyjemnie w kręgosłup, ale zignorował to. Popatrzył na przyjaciółkę obojętnym wzrokiem, po czym od razu wrócił do obserwowania samochodów, przejeżdżających przez wąską ulicę.
— Nie złość się już na mnie Niall, jutro wyjeżdżam. Nie chcę, żebyśmy rozstali się w taki sposób — jęknęła cicho, przecierając twarz dłonią. Blondyn roześmiał się bez cienia humoru, kręcąc z niedowierzaniem głową.

— Świetnie. W takim razie przyjechałaś tu tylko po to, żeby posiedzieć sobie Bóg wie gdzie, z dziewczyną która szczerze mnie nienawidzi za to, że istnieję, powściekać się na mnie trochę i odjechać — mruknął, podnosząc się z siedzenia. Wsunął dłonie do kieszeni spodni i ruszył przed siebie wolnym krokiem. — Jak dla mnie możesz iść do Kendall i dać mi święty spokój — rzucił jeszcze za sobą i nie odwracając się skręcił w ulicę, prowadzącą prosto do centrum miasta. Nie musiał czekać długo, aż do jego uszu dobiegł cichy stukot szybkich kroków, a potem drobne ciało zawiesiło mu się na ramieniu powstrzymując od dalszego marszu.

— Niall proszę, poczekaj. Daj mi chociaż cokolwiek powiedzieć — wyprostował plecy, stając w miejscu. Skinął głową, dając jej znak, aby mówiła dalej. — Freya mocno wkurzała mnie przez cały lot nawijając o jakichś pierdołach, a potem jeszcze tutaj i kiedy powiedziała, że zostanie twoją bogatą żoną, to ja nie wytrzymałam i po prostu musiałam gdzieś pójść, a Kendall powiedziała, że mogę pójść z nią i tak jakoś wyszło — zaczęła wyrzucać z siebie pojedyncze zdania, patrząc na niego cała spanikowana. Bała się, że naprawdę gdzieś sobie pójdzie i nie będzie miała okazji porozmawiać z nim przez długi czas. Blondyn prychnął głośno, odsuwając się od niej. Ruszył znowu przed siebie.

— I dlatego zapomniałaś, jak używa się cholernego telefonu? — wiedział, że idzie obok niego. Jo nie odpuszczała tak łatwo. Zawsze, kiedy zrobiła coś głupiego łaziła za nim do momentu, w którym nie powiedział jej, że wszystko jest już w porządku. Jednak tym razem przeholowała; byli w zupełnie obcym dla niej kraju, nieznanym mieście, po którym grasował jakiś psychopata, zabijający dziewczyny. — Przepraszam Jo, ale zachowałaś się jak rozpieszczona gówniara.

— Wiem Niall, doskonale rozumiem swój błąd i żałuję go, ale błagam, nie złość się już na mnie — złapała go desperacko za łokieć. Niall stanął w miejscu, skupiając swoje spojrzenie na dziewczynie, która wyglądała jakby za chwilę miała się rozpłakać. Wiedział, że zachowywał się dziecinnie – dokładnie tak samo jak ona zaledwie kilka dni temu – jednak nie potrafił się od tego powstrzymać. Chciał pokazać Josephine, że go zraniła i jedyne czego pragnął, to aby poczuła się tak samo jak on. Może nie odebrałby tego w taki sposób gdyby nie fakt, że następnego dnia miało już jej nie być. Tego było za wiele. Blackwood doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi i jak zależało mu na spędzeniu z nimi chociaż kilku godzin; swoim przyjazdem dała mu na to nadzieję, a potem postanowiła uciec i ignorować go, każąc za coś, na co tak na dobrą sprawę nie miał żadnego wpływu. Freya była jedną z tych dziewczyn, które uważały że należy im się wszystko, czego pragną i za wszelką cenę dążyły do tego, nie zważając na uczucia, sugestie i zakazy innych. Po prostu robiły to, na co miały ochotę. Owszem, był z nią i zerwał ich znajomość w dość idiotyczny sposób, czego długo żałował – jednak jedynie na tym polegała jego wina, a przecież też był człowiekiem i miał prawo popełniać cholerne błędy. Nauczył się nawet wyciągać z nich odpowiednie wnioski.

Westchnął ciężko, przewracając oczami. Nie wiedział co powinien zrobić. Nie chciał gniewać się na przyjaciółkę, ale w głowie wciąż powtarzał sobie, że zignorowała go pomimo faktu, że mieli tak niewiele czasu. Pokręcił przecząco głową i wzruszył ramionami. Otworzył usta, aby się odezwać, jednak nie zdążył, ponieważ poczuł jak ktoś wpada na niego z impetem, a chwilę później oboje przewracają się na chodnik. Skrzywił się mocno, kiedy jego pośladki zderzyły się z twardą powierzchnią, a coś w jego kręgosłupie chrupnęło nieprzyjemnie. Nie zdążył jednak zdenerwować się na swojego przeciwnika, ponieważ już po chwili w miejscu, w którym stał z Josephine, przejechał duży, terenowy samochód. Otworzył szeroko oczy, a jego źrenice pomniejszyły się do nienaturalnych rozmiarów. Zaczął poruszać ustami jak ryba wyjęta z wody, nie mając zielonego pojęcia, co mógłby w takiej sytuacji powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu był naprawdę przerażony i miał nadzieję już nigdy więcej nie doświadczyć tego uczucia.

— Boże, Niall! Nic ci się nie stało?! — odwrócił spanikowane spojrzenie w kierunku przyjaciółki, obok której siedziała jego współlokatorka, oddychająca nienaturalnie szybko. Pokręcił głowę i wydał z siebie zdziwiony okrzyk, kiedy na swojej klace piersiowej dostrzegł rozzłoszczoną Kendall. Nie zrzucił jej z siebie tylko dlatego, że uratowała mu życie i zdążył resztkami racjonalnego myślenia powstrzymać w sobie tę chęć. Ona też miała przyspieszone tętno. Musiały do nich podbiec, widząc z daleka nadciągające niebezpieczeństwo. Był im za to wdzięczny z całego serca, ale nie miała zamiaru powiedzieć tego przy Utterson.

— Nie myśl sobie, że to coś zmienia, Horan. Wciąż cię nienawidzę, gnido — wymamrotała cicho dziewczyna, schodząc z niego powoli. Podciągnęła długie rękawy swojej bluzki, wstała zgrabnie z chodnika i otrzepała swoje dżinsy, nie zwracając większej uwagi na zdezorientowanego chłopaka, do którego podeszła Anabeth, chcąc go jakoś pozbierać z drogi. Dziewczyna rozglądała się na boki, mamrocząc do niego słowa pocieszenia i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Niall domyślił się, że nie chciała, aby ktoś zrobił im zdjęcie do gazety, ponieważ trzymała głowę opuszczoną nisko, starając się przy tym zasłaniać sobie twarz włosami.

— Co tutaj, do jasnej cholery, się właśnie stało? — wydusił z siebie w końcu, wciąż rozglądając się dookoła nieufnym, wręcz zlęknionym spojrzeniem. Nigdy wcześniej nie uczestniczył w wypadku samochodowym, zawsze uważał na ulicy, a wtedy szedł po chodniku. To nie mógł być przypadek. — Dlaczego ktoś chciał nas przejechać? — pokręcił głową, nerwowo przeczesując włosy roztrzęsionymi ze strachu dłońmi. Czuł, że zaczyna się nieprzyjemnie pocić; zawsze tak reagował na stres, czego wręcz nienawidził. — W jakie kłopoty wpakowałaś moją przyjaciółkę przez tych kilkadziesiąt godzin, że teraz ktoś chciał się jej pozbyć? — wysapał cicho, patrząc wymownie na Kendall. Nie mógł znaleźć dla tej sprawy innego wytłumaczenia jak fakt, że to ona sprowadziła na nich wypadek. Była nieprzewidywalna i szczerze go nienawidziła, czy trzeba było czegoś więcej? Dziewczyna prychnęła głośno, poprawiając rozczochrane włosy.

— Nie zapominaj, że przed chwilą uratowałam ci życiem mógłbyś być miły chociaż przez chwilę. A poza tym wydaje mi się, że ten ktoś jechał prosto na ciebie, imbecylu. Jo stała po drugiej stronie — wymamrotała blondynka, odsuwając się od niego. Stanęła za swoją przyjaciółką i dotknęła lewą dłonią jej ramienia. Niall zauważył, że na palcach miała tatuaż, identyczny jak ten u Any, o którym niedawno mu opowiadała. — Chodźmy stąd. Jesteśmy umówione, a ja nie zamierzam się spóźnić na to spotkanie przez problemy jakiegoś półgłówka — powiedziała szorstko, obdarzając chłopaka ostatnim, niechętnym spojrzeniem i nie czekając na ciemnowłosą ruszyła przed siebie. Beth popatrzyła przepraszająco na Horana, podniosła się z klęczek i ruszyła za przyjaciółką, po drodze doprowadzając swoje ubrania do porządku. Zdążyła rzucić za sobą jeszcze tylko, że porozmawiają wieczorem i obie zniknęły za najbliższym zakrętem.

Chłopak podniósł się powoli z ziemi i otrzepał ciuchy z piachu. Słysząc ciche jęki opatrzył pusto na Jo, która rozcierała obolały nadgarstek, na który musiała upaść. Potrząsnął głową i podszedł do niej szybko, podając jej rękę. Pomógł wstać przyjaciółce i podejść do ławki nieopodal, aby mogła zapanować nad swoim przyspieszonym oddechem. Był mocno zaniepokojony tym, że doskonale mógł zobaczyć jak klatka piersiowa ciemnowłosej unosi się w nieregularnym, przyspieszonym rytmie bicia serca dziewczyny. W głowie wciąż dudniły mu słowa blondynki, których nawet nie próbował od siebie odpędzić; wiedział, że to i tak nie miałoby najmniejszego sensu. Ta sprawa jeszcze długo miała go męczyć. Samochód jechał prosto na niego. A może Kendall się pomyliła? Przecież to mógł być tylko wypadek. Może kierowca po prostu zaspał po ciężkiej nocy w pracy i na chwilę stracił panowanie nad samochodem, a nie zatrzymał się w obawie o konsekwencje, jakie niosło to ze sobą. Przecież niejednokrotnie czytał o takich wypadkach w Internecie. Utterson na pewno chciała po prostu zrobić mu na złość.

Kucnął przed Josephine, kładąc jej dłonie na kolanach, aby nie stracić równowagi. Zmierzył ją zatroskanym spojrzeniem, nie wiedząc co powinien powiedzieć, aby w końcu ją uspokoić. Założył jej kosmyk włosów za ucho, przecierając bokiem dłoni policzek, po którym spłynęło kilka łez.

— Nie płacz Jo — odezwał się w końcu, starając się zatuszować drżenie głosu lekkim uśmiechem. Kciukiem cały czas pocierał o skórę na jej brodzie, zahaczając przy tym kilkukrotnie o jej dolną wargę. Zawsze tak robił, kiedy Blackwood przychodziła do niego cała zapłakana po zerwaniu z kolejną miłością swojego życia. Zdarzało się to dość często zważając na fakt, że Josephine była dość kochliwą dziewczyną. — To był tylko wypadek, wszystko będzie dobrze. Nie masz się czym przejmować. Jo uśmiechnij się w końcu — jęknął cicho widząc, że jego towarzyszka wcale nie ma zamiaru się uspokoić. Przyciągnął ją bliżej do siebie i przytulił mocno pozwalając, żeby schowała mu twarz w zagłębieniu szyi.

— Boże Niall, tak bardzo cię przepraszam! Ja widziałam ten samochód za twoimi plecami, ale nie była w stanie wydusić z siebie słowa! Powinnam cię ostrzec, ale mogłam tylko stać i patrzeć jak ten wariat jedzie prosto na nas — dziewczyna wybuchła płaczem, zwracając na siebie uwagę nastolatek, przechodzących obok. Horan zmierzył je ostrzegawczym spojrzeniem, przez co od razu wznowiły swój marsz.

— Chodź, idziemy jeść, a potem przejdziemy sie w jakieś fajne miejsce, które uda mi się znaleźć na mapach Googla — zaśmiał się cicho, wstając na równie nogi. Nie pozwalając przyjaciółce na odpowiedź złapał ją za dłoń i pociągnął do swojej ulubionej restauracji, w której nie tak dawno miał okazję bliżej poznać jedną z przyjaciółek swojej współlokatorki.

Margareth leżała głową w dół na kanapie w swoim salonie i starła się za wszelką cenę nie dać wyprowadzić się z równowagi głupiej grze, która nijak jej nie szła. Przeczesała włosy dłonią, pozwalając im rozlać się po podłodze i skrzyżowała nogi w kostkach, machając nimi w przód i w tył. Zablokowała telefon, odkładając go na bok i rozłożyła ręce, zaczynając wpatrywać się w sufit. Zaśmiała się cicho, dostrzegając plamę po szampanie, która przywołała wspomnienia z jednego z babskich wieczorów, które organizowały raz w miesiącu w domu którejś z przyjaciółek. Kilka razy zabierała się do tego, żeby ją zamalować, ale nigdy nie mogła znaleźć w sobie odpowiednio dużo chęci do zrobienia tego.
Jęknęła niezadowolona, kiedy jej spokój przerwało głośne dudnienie w drzwi i kilkukrotne dzwonienie dzwonka, które rozchodziło się tępym bólem po głowie dziewczyny. Zsunęła się z kanapy, starając się nie uderzyć ciemieniem o twardy parkiet. Podniosła się z niego niezgrabnie i nie zwracając na cichy śmiech młodszej siostry, siedzącej w kącie pomieszczenia z pilotem w ręku, poszła do holu. Po drodze przesunęła dłonią po nierównej fakturze białej ściany i zahaczyła palcem o skórzaną kurtkę, wiszącą na metalowym haczyku. Niespiesznie odkręciła łucznik w drzwiach i otworzyła je, odsuwając się przed Sarah, która wpadła do środka niczym burza gradowa.

— Spokojnie, nie zabij się o własne nogi — mruknęła cicho Margie i wróciła do salonu. Skinęła w kierunku młodszej siostry, a ta natychmiast wyłączyła telewizor, podniosła się z fotela i opuściła pomieszczenie, nie chcąc narażać się siostrze, na której utrzymaniu pozostawała już od długiego czasu. — Czemuż zawdzięczam tę nieoczekiwaną wizytę? — ciemnowłosa wyciągnęła nogi przed siebie, opierając pięty o pufę, stojącą przed nią. Uwielbiała w swoim domu to, że jaką pozycję by nie przybrała, zawsze było jej wygodnie.

— Założę się, że zaraz ty zabijesz się o swoje nogi — Anabeth sięgnęła po laptopa, leżącego na parapecie i usiadła na kanapie, otwierając go zaraz po ułożeniu na swoich udach. Margie napięła mięśnie na plecach, domyślając się, co przyjaciółka chce jej pokazać. Zabrała nogi, kiedy Kendall zajęła miejsce na pufie. — Masz, tylko nie biegnij za szybko, bo i tak nie wiesz kogo chcesz zabić — wzięła komputer od Any i szybko prześledziła wzrokiem tekst na blogu, o którym wolałaby nigdy nie usłyszeć. Zacisnęła mocno szczękę, wyłączając pospiesznie przeglądarkę.

— Szybko znalazł sobie nową ekipę — wymamrotała cicho, krzywiąc się mocno. Doskonale wiedziała, co to dla nich oznacza. Popatrzyła na swoją prawą dłoń, której palce ozdobione były tatuażem. Uśmiechnęła się do siebie lekko. Nie żałowała niczego i jeśli musiałaby po raz drugi dokonać wyboru, zrobiłaby to samo, co przed kilkoma laty. — Myślicie, że szybko przyjdzie się na nas zemścić za to, że go zostawiłyśmy? — mimowolnie przyłożyła palce do swojego policzka, na którym miała duże rozcięcie po spotkaniu z jednym z gońców ich, byłego już, szefa. Uśmiechnęła się blado do Sarah, która położyła jej dłoń na przedramieniu i pogładziła go kciukiem.

— Właśnie dlatego musimy zebrać wszystkie dziewczyny i zastanowić się nad tym, co powinnyśmy zrobić, bo siedzenie w miejscu i czekanie na to, aż ktoś nas zabije jest bezcelowe — rudowłosa popatrzyła na swoje towarzyszki, mrużąc lekko oczy. — Ty rozmawiałaś z nim najwięcej razy, Margie. Myślisz, że dałabyś radę nam go jakoś opisać? Może znajdziemy jakiś jego słaby punkt, to przecież wcale nie musi być takie trudne — dziewczyna pokiwała głową. Wyjęła telefon i wybrała pierwszy numer z listy. Musiały przecież zebrać się wszystkie w jednym miejscu, jeśli to miało podziałać. 


GROŹNIE WYGLĄDAJĄCY WYPADEK W OSIEDLOWEJ ULICZCE!

Długo już – jak na to, co w ostatnim czasie miało miejsce w naszym mieście – nie mieliśmy żadnych powiadomień o nowych, tragicznych zdarzeniach. Spokój jednak po raz kolejny został zakłócony, jednak tym razem na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych.

Popołudniu, około godziny piętnastej, rozpędzony samochód terenowy prawie uderzył w parę, która była tak zajęta kłótnią, że nawet nie zauważyła zagrożenia. Na szczęście na miejscu zdarzenia znalazły się dwie obywatelki, które w ogromnym akcie odwagi rzuciły się na pomoc niedoszłym ofiarom, wypychając je w ostatnim momencie spod kół śmierci.

Mamy nadzieję, że policja zajmie się tą sprawą, a poniżej publikujemy kilka zdjęć z miejsca i momentu zdarzenia. Proponujemy przyjrzeć im się dokładnie, może naszemu dziennikarzowi udało się uchwycić sprawcę nie tylko wypadku, ale i morderstw? Któż wie…

Wasza Legion.



  Starałam się ustawić czcionkę, ale teraz się poddaję. To nie na moje nerwy.

wtorek, 2 maja 2017

[06] Rozdział Szósty


Oh no, I see
A spider web is tangle up with me
And I lost my head
The thought of all the stupid things I’d said
~ Coldplay
„Trouble”


         Niall wbrew pozorom nie był człowiekiem, któremu odsyłanie byłych dziewczyn z kwitkiem sprawiało przyjemność. Wręcz przeciwnie – czuł się fatalnie, kiedy blondynka niemalże klęcząc błagała go o to, żeby pozwolił jej zostać ze sobą chociaż kilka dni dłużej, a inni ludzie przebywający na lotnisku patrzyli na niego, jak na największego zbrodniarza na świecie. Zaklął głośno pod nosem, kopiąc kamień, który leżał na chodniku. Był na siebie wściekły, że dopuścił do takiej sytuacji. To jego wina, że nie posłuchał Josephine i nie przetłumaczył dobitniej Freyi, że ją zostawia. Gdyby od razu zrobił tak, jak kazała mu przyjaciółka, nie musiałby przeszukiwać całego Cork w poszukiwaniu jej. Westchnął ciężko, wchodząc do mieszkania. To był zdecydowanie jeden z najgorszych dni, jakie dane mu było przeżyć w Cork. Na szczęście drugi raz udało mu się oszukać właścicielkę klubu, w którym nieustannie pracował. Miał szczęście, że jego współpracownicy byli normalnymi ludźmi, a nie otępiałymi szczurami, które za wszelką cenę dążą do awansu. Nie ważne, że zostawiają za sobą całą masę trupów.

         Zdjął buty, odwieszając kurtkę na haczyku i przeszedł w głąb mieszkania, pukając cicho do drzwi swojej współlokatorki. Musiał dowiedzieć się od niej, gdzie Kendall zaciągnęła Jo. Pierwszej nie ufał za grosz, a druga również posiadała ukryty talent do mieszania się w liczne kłopoty. Zmarszczył brwi, kiedy do jego uszu dotarło jedynie ciche syknięcie, a potem wiązanka przekleństw. Zaśmiał się cicho, domyślając się że dziewczyna spadła z łóżka, albo uderzyła się w jakiś twardy mebel. Nacisnął klamkę i pchnął drzwi, wchodząc do środka. To, co zobaczył w środku przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Sam nie zauważył, kiedy jego usta otworzyły się szeroko, a źrenice znacznie pomniejszyły. Na krześle siedziała Margaret, a jej twarz wyglądała jakby ktoś pięć minut wcześniej postanowił wyładować na niej swoje nerwy.

         Chłopak poczuł, jak krew odpływa mu do stóp. Zaczął poruszać ustami, jednak nie był w stanie wypowiedzieć ani jednego, sensownego słowa. Ciemnowłosa skrzywiła się mocno, ni to dlatego, że przyjaciółka ponownie zaczęła przemywać rany na jej policzku, ni to dlatego że ktokolwiek poza nią widział ją w tak tragicznym stanie. Niall wszedł powoli do środka, potrząsając mocno głową.

— Co się stało? — zapytał cicho, starając się nie brzmieć zbyt otępiale. Usiadł powoli na tapczanie, opierając dłonie po obu stronach swojego ciała. — Zanim cokolwiek powiesz wydaje mi się, że powinnaś pójść na pogotowie, a zaraz potem na policję. To rozcięcie wygląda fatalnie — chłopak wskazał palcem na swój prawy policzek precyzując, o które dokładnie miejsce mu chodziło. Margie natychmiast potrząsnęła głową i spuściła ją, zasłaniając się włosami. Anabeth odwróciła się w jego kierunku, jakby dopiero teraz zauważyła obecność swojego współlokatora.

— Uwierz mi, lepiej żeby Margaret nigdzie teraz nie szła. Przeszłam kurs pierwszej pomocy, więc umiem jej pomóc — uśmiechnęła się do niego łagodnie, sięgając po kolejną gazę, którą zamaczała w płynie dezynfekującym. Odchyliła głowę przyjaciółki do tyłu i nie zwracając uwagi na protesty ze strony dziewczyny wróciła do przerwanej czynności. — Domyślam się, że przyszedłeś do mnie w konkretnej sprawie.

— Tak — Horan zaczął powoli, nie do końca przekonany do słów ciemnowłosej. Wciąż uważał, że Margie powinna zgłosić się na policję; żadnego pobicia nie powinno się ignorować, jednak wiedział również, że to nie była jego sprawa, dlatego postanowił dać sobie spokój. — Nie wiesz może gdzie Kendall zabrała Josephine? Nie chciałbym, żeby mojej przyjaciółce coś się stało — wymamrotał cicho, drapiąc się po karku. Miał świadomość tego, jaki poogląda na jego relację z blondynką miały dwie dziewczyny, z którymi przebywał w pomieszczeniu, jednak fakt, że przyjaźniły się z nią był dla niego nieco krępujący. Margareth skrzywiła się mocno, a po chwili – ku zaskoczeniu chłopaka – zaśmiała się cicho. Musiał przyznać, że spodobał mu się ten dźwięk; był cichy i melodyjny.

— Po pokazie, jaki zafundowały mi w salonie, śmiem twierdzić że nie chciałabym znaleźć się na miejscu głupca, który postanowi na nie napaść, kiedy są razem — zaśmiała się cicho sycząc, kiedy rana na jej wardze znowu zaczęła krwawić. Ana natychmiast przyłożyła gazę w tamto miejsce.

         Chłopak odetchnął cicho, odchylając głowę do tyłu. Może i faktycznie były niebezpieczne dla kogoś, kto nadepnął im na odcisk, ale jak można porównywać niewinną, lekko przygłupią studentkę z Londynu z obślizgłym facetem, który ma przy sobie broń i nie jedną niewinną dusze na sumieniu? Nieprzekonany podniósł się z siedzenia i wydobywając telefon z kieszeni skierował swoje kroki do sypialni. Wybrał numer przyjaciółki i zadzwonił do niej, rzucając się na swoje łóżko. Ułożył rękę pod głową, ze zdenerwowaniem słuchając kolejnych sygnałów, które odbijały mu się echem w uszach. Zdenerwowany, kiedy dziewczyna postanowiła go zignorować, rzucił telefonem na drugą stronę łóżka. Czuł, że ta kłótnia będzie większa niż kiedykolwiek, kiedy zdarzało mu się posprzeczać z przyjaciółką.

         Przymknął na chwilę oczy, starając się jakoś zająć myśli, które zaczęły krążyć w niepożądanych kierunkach. Zaczął nawet wyobrażać sobie przyjaciółkę jak martwa leży w jakimś rynsztoku, albo jak jakiś zboczeniec dobiera się do niej, kiedy to Utterson leży martwa w zaułku; musiał przyznać, że ten scenariusz podobał mu się nieznacznie bardziej, jednak szybko odepchnął od siebie tę myśl. W końcu Blackwood wciąż była krzywdzona przez jakiegoś zidiociałego oprycha.

         Otworzył niechętnie oczy, kiedy usłyszał dźwięk swojego telefonu. Wymamrotał kilka niemiłych słów pod adresem człowieka, który odważył się zakłócić jego smętne przemyślenia i nie łudząc się, że Josephine postanowiła się do niego odezwać po tak krótkim czasie, sięgnął po aparat. Przesunął palcem po ekranie i przyłożył telefon do ucha, z powrotem opadając na plecy.

— No —mruknął, nie siląc się na uprzejmości. Resztki dobrego humoru, który trzymał się przy nim od kiedy dowiedział się, że przyjaciółka odwiedzi go w nowym miejscu zamieszkania właśnie ulotniły się i zniknęły, jakby w ogóle ich nie było. Usłyszał cichy śmiech w słuchawce, co go zdezorientowało.

— Stary, naprawdę. Jeszcze nikt nigdy nie ucieszył się tak bardzo z rozmowy ze mną. Ale do rzeczy. Możesz mi powiedzieć, dlaczego mam ci przekazać od Josephine, że żyje i ma się dobrze, a ty masz przestać się do niej dobijać? — napiął mięsnie na plecach, słysząc słowa Liama. Usiadł, przecierając dłonie o spodnie. Czuł się, jakby dostał ADHD i nic nie mógł na to poradzić. 

— Nie powiedziała ci może, gdzie teraz jest? — zapytał cicho, odwracając wzrok na drzwi, kiedy usłyszał za nimi głośne trzaśnięcie. Domyślił się, że do jego współlokatorki musiała przyjść jakaś przyjaciółka. Zaczął zastanawiać się, jak wiele przegapiał, kiedy spędzał nudne dnie stojąc za barem.

— Nie, ale w tle słyszałem głośną muzykę, więc domyślam się że poszła do jakiegoś klubu. Możesz mi wytłumaczyć, co dzieje się z moją dziewczyną? Przestaje mi się to podobać —odetchnął cicho, wypuszczając powietrze przez lekko rozchylone usta. Naprawdę nie wiedział, co mógł powiedzieć przyjacielowi. Cieszył się w tamtym momencie, że Payne nie ma go w zasięgu swoich rąk, bo powoli mógłby się żegnać z życiem. Liam o nikogo nie troszczył się tak bardzo, jak o Josephine, a to przekładało się na nadmierne pragnienie wiedzy na temat tego, gdzie dziewczyna przebywa. — Kończy się moja cierpliwość. Za chwilę możesz mieć całą wycieczkę w Cork. Louis też ma ci kilka rzeczy do przekazania - ciszę w słuchawce ponownie przerwał głos Anglika. Horan zmarszczył brwi.

— To on jeszcze w ogóle chce się do mnie odzywać? — zaśmiał się bez grama rozbawienia w głosie. Kontynuował zanim kolega zdążył wejść mu w słowo. — Nie wiem, gdzie jest Jo. Obraziła się na mnie śmiertelnie po tym, jak uratowałem Freye od śmierci z rąk jej i jeszcze takiej jednej dzikuski. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie satysfakcjonuje cię moja odpowiedź, ale na razie nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Obiecuję oddzwonić jak najszybciej to będzie możliwe, a teraz pa. Muszę się zbierać do pracy — blondyn zerwał połączenie nie zważając na protesty kumpla i wstał szybko z łóżka, udając się do pokoju Anabeth, kiedy usłyszał z niego ożywioną rozmowę. Miał cichą nadzieję – po raz pierwszy od kiedy dane mu było przebywać w Irlandii – że zobaczy wściekającą się bez powodu Kendall.

         Zawiódł się, kiedy przed oczami, zaraz po wejściu do sąsiedniego pomieszczenia, pokazała mu się niewysoka dziewczyna z rudymi włosami, związanymi w kucyka i tatuażem, dokładnie takim samym jak tatuaż Any i Margaret. Krzyczała, żywo gestykulując rękami, a jej drobne ciało aż pulsowało od napinania mięśni. Nieznajoma miała na sobie czarne spodnie, trampki i skórzaną kurtkę, a kiedy prawie uderzyła go dłonią w nos i odwróciła się do niego przodem, mógł dostrzec drobne piegi na nosie i policzkach. Chłopak musiał przyznać, że wyglądały dość uroczo na tle zaczerwienionej ze zdenerwowania twarzy. Przygryzł policzek od środka, wsuwając ręce do kieszeni, nie przestając się jej przyglądać pomimo faktu, że zaczęła mrozić go spojrzeniem. Podeszła do niego jednym, zamaszystym krokiem i zaczęła wymachiwać mu palcem przed nosem, mamrocząc coś pod nosem w języku, którego Niall nie potrafił zidentyfikować. Zastanawiał się, czy dwie zdezorientowane dziewczyny, siedzące na przeciwko niego rozumiały, co mówi ich przyjaciółka. Miał nadzieję, że później mu to przetłumaczą.

— Sarah spokojnie, opanuj swoją hiszpańską krew — Anabeth podeszła do rudowłosej i pociągnęła ją za kurtkę do tyłu, przez co ta wydała z siebie zduszony krzyk. Ledwo utrzymując równowagę stanęła prosto, podciągając rękawy pod łokcie. Odetchnęła cicho, wyraźnie chcąc zapanować nad swoimi nerwami. Kołaczące serce wyraźnie poruszało jej klatką piersiową w regularnym rytmie. — A teraz powiedz co się dzieje, bo wyglądasz jakbyś wróciła z maratonu — ciemnowłosa zaśmiała się, kładąc przyjaciółce dłoń na ramieniu. Jej marna próba rozluźnienia atmosfery spowodowała, że wciąż nieznajoma dla blondyna dziewczyna o imieniu Sarah zacisnęła mocno dłonie w pięści, wbijając sobie paznokcie w ich wewnętrzną część.

— I tak się czuję - syknęła cicho, otwierając oczy, których spojrzeniem na powrót zaczęła mrozić wszystkich w pomieszczeniu. — Dlaczego Margie wygląda jakby ktoś użył jej twarzy zamiast worka treningowego? — zapytała, unosząc brew. Niall dopiero teraz zauważył niewielki wisiorek w kształcie rudego lisa, który miała zawieszony na szyi. Wydała mu się przez to jeszcze bardziej urocza pomimo tego, że prawdopodobnie wystarczyło jedno wypowiedziane przez niego słowo, aby rzuciła się do niego z zamiarem przegryzienia mu krtani.

— Wolałabym opowiedzieć to tylko raz, dlatego poczekam na resztę — dziewczyna obrzuciła chłopaka spojrzeniem, w którym zauważył coś na kształt obawy, pomieszanej z tajemnicą, którą za wszelką cenę chciała przed nim ukryć. Nie podobało mu się to, że z całej tej sytuacji rozumiał coraz mniej. Odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

— Nie chciałbym wam przeszkadzać. Po prostu powiedzcie mi, gdzie może przebywać Kendall, albo najlepiej podajcie mi jej adres, żebym mógł pod niego pojechać i sprawdzić czy moja przyjaciółka jeszcze żyje pod różnymi tego słowa znaczeniami — przez chwilę wydawało mu się, że słowa które przewinęły się mu w głowie wypowiedział ktoś inny. Wymusił lekki uśmiech, przyglądając się im wszystkim. Przyjaciółki jego współlokatorki zaczynały przerażać go coraz bardziej.

— Spróbuję do niej zadzwonić — Ana skinęła lekko głową, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Zauważył, jak dziewczyna przygryza policzek od środka, powstrzymując się od powiedzenia jeszcze czegoś. Horan zrozumiał podświadomą aluzję odnośnie tego, że nie jest aktualnie mile widziany w pokoju.

— Gdyby cokolwiek, ja idę do pracy — rzucił szybko i odwracając się na pięcie wyszedł z pomieszczenia, udając się do swojej sypialni. Nie kłamał. Miał zamiar pójść do chłopaków i pomóc im w ogarnięciu dziczy, jak zwykli nazywać ludzi, odwiedzających klub Stephanie.

         Przebrał się szybko w czarne ciuchy i chowając portfel do kieszeni spodni wyszedł z powrotem do holu. Zza zamkniętych drzwi dało się doskonale słyszeć o czym rozmawiają dziewczyny. Jednak nie był tego ciekawy. Miał dość tego chorego dnia, który poszedł zupełnie nie po jego myśli. Przewrócił oczami, zakładając na ramiona kurtkę i wyszedł z domu, mocno trzaskając za sobą drzwi, na których chciał wyładować wszystkie sprzeczne emocje, które od kilku godzin nieustannie błądziły w jego umyśle, doprowadzając go tym samym do szału.

         Miał dość tego, że wszystko tak bardzo się pokomplikowało i jego życie zaczęło przypominać jeden z tych śmiesznych żartów o wiecznie pracujących robotnikach. W Londynie czekało na niego coś zupełnie innego – życie, którego pragnął nie jeden człowiek w jego wieku. W końcu miał bogatych rodziców, którzy nigdy nie żałowali mu środków na przeróżne pomysły, grupę znajomych, z którymi trzymał się praktycznie od czasów, kiedy przeprowadził się do stolicy Zjednoczonego Królestwa i wianuszek wiernych wielbicielek, które były gotowe spełnić każdą jego zachciankę. Jednak to wszystko zaczynało go powoli irytować. Szczególnie dziewczyny, które pchały mu się na siłę do łóżka. Owszem, nie raz wykorzystywał ich naiwność, ale nie miał sobie tego za złe. Przecież nie robił niczego, na co one by się nie zgodziły.

         Odetchnął cicho, zatrzymując się na czerwonym świetle. Rozejrzał się uważnie dookoła, mierząc znudzonym spojrzeniem szaro-bure bloki mieszkalne, które tak bardzo różniły się od luksusowych domów jednorodzinnych w okolicy, w której dorastał. Tęsknił za tym, ale wciąż przypominał sobie cel, za którym pojechał tak daleko od domu. A były nim właśnie dziewczyny. Irytowało go to, że wszyscy jego znajomi znajdowali sobie drugie połówki z tak zadziwiającą łatwością. Pomimo tego, że przecież obracali się w identycznym towarzystwie, na identycznych warunkach jak oni. Szczerze zazdrościł Liamowi tego, że miał Josephine, której on sam nie potrafił traktować inaczej niż rodzonej siostry. Na samą myśl o tym, że mogłoby dojść między nimi do czegokolwiek więcej wstrząsał nim nieprzyjemny dreszcz. Kazirodztwo zdecydowanie nie było czymś, co go kręciło.

         Wszedł niechętnie do klubu upewniając się wcześniej, że z okna jednego z pomieszczeń biurowych nie obserwuje go właścicielka klubu, która ostatnimi czasy doprowadzała go do szału bardziej niż jakakolwiek inna kobieta na świecie. Warknął cicho pod nosem, mieszając się ze spoconym tłumem nastolatków, tańczących na parkiecie. Zaczął przedzierać się w kierunku baru, ignorując zdziwione spojrzenie Arthura, który przerwał czyszczenie jednej z lóż aby upewnić się, że oczy go nie mylą i że patrzy właśnie na Horana. Niall wiedział, że będzie musiał szczegółowo wytłumaczyć się chłopak z tego, dlaczego kompletnie zidiociał i zrezygnował z dnia wolnego na rzecz pracy. Brzmiało jakby postradał zmysły i tak właśnie się czuł, jednak nie potrafił inaczej zająć swoich myśli, a wściekanie się na cały świat i ludzi, którym daleko było do cywilizowanych wydawało mu się w tamtym momencie jedyną ucieczką od męczących rozterek na temat swojego dalszego losu.

         Założył znienawidzony, biały fartuch i stanął za barem, kiwając lekko głową w kierunku Henry’ego na powitanie. Chłopak popatrzył na niego zdziwiony. Westchnął ciężko i zrobił krok na bok, jednak Niall złapał go za rękę, nie pozwalając mu tym samym na wzięcie ścierki i powrót do rutynowych czynności, do których zatrudniała wredna jędza. Odciągnął go na bok, biorąc do ręki jedną ze szklanek w razie, gdyby ktoś chciał donieść na nich, że zamiast pracować urządzają sobie pogaduszki w pracy.

- Spokojnie, wpadłem tu tylko na chwilę, żeby się czymś zająć. Moja dniówka wciąż należy do ciebie, z resztą i tak będziemy potrzebowali tu pomocy. To, że McColl uważa nas za maszyny nie znaczy, że nimi jesteśmy – chłopak skrzywił się nieznacznie, klepiąc towarzysza po ramieniu, po czym podszedł do baru i wymuszając szeroki uśmiech zabrał się za przygotowywanie drinków.

         Horan widział kątem oka, że kolega z pracy chce zadać mu pytanie, czy aby wszystko na pewno w porządku. Co chwilę zerkał w jego kierunku, kilkukrotnie otworzył nawet usta, jednak szybko rezygnował, wracając do obsługiwania klientów. Nie chciał na razie rozmawiać o porażce, jaką była wizyta jego przyjaciółki, najpierw sam musiał to przetrawić, a najlepiej znaleźć Josephine i wytłumaczyć jej jak najszybciej, że pozbył się już Freyi, a kiedy tylko wróci do Londynu ma zamiar wytłumaczyć jej dokładnie sytuację, w której się znaleźli.

— Stary, na twoim miejscu zacząłbym uważać. Przyciągasz uwagę nie tylko seksownych dziewczyn kręcących się w tę i z powrotem. Może tamtemu kolesiowi też powinieneś powiedzieć, że homoseksualizm to tylko przykrywka, żeby wyrwać jakąś sensowną pannę — warknął cicho, kiedy Arthur szturchnął go w ramię, przez co prawie rozlał wódkę na blat. Spiorunował go wzrokiem, wracając do robienia drinka. — Wyglądasz jakbyś zaraz miał kogoś zabić, może lepiej idź na siłownie, albo coś? — chłopak uniósł dłonie w obronnym geście, po czym wrócił do przerwanego zajęcia.

         Spojrzenie Nialla mimowolnie powędrowało w kierunku stolika, znajdującego się nieopodal. Siedział przy nim postawny mężczyzna z rękawem zrobionym z tatuaży, który pokrywał całą jego prawą rękę od nadgarstka aż do ramienia. Przez migające światła Horan nie mógł dostrzec, co dokładnie przedstawiały rysunki, dlatego skupił się na jego stroju, na który składały się dżinsowe spodnie, bluza przewiązana w pasie i czarna, luźna koszulka bez rękawów. Włosy postawił na żel. Chłopak bez zaskoczenia stwierdził, że kilka dziewczyn, przechodzących obok zwróciło na niego uwagę, nie kryjąc się z tym w najmniejszym stopniu. Obgadywały go z boku w gronie swoich przyjaciółek i raz na jakiś czas decydowały się na kokieteryjne gesty jak puszczenie perskiego oczka czy pomachanie mu z przesłodzonym uśmiechem. Blondyn komentował to jedynie przewróceniem oczami i kilkoma niemiłymi słowami na temat pustych lalek bez jakiegokolwiek wnętrza.

         Musiał jednak przyznać, że był zdziwiony kiedy chłopak nie odpowiadał na lekko przygłupie zaloty ze strony dziewczyn, odwiedzających klub. Arthur miał rację – brunet całą uwagę skupiał tylko na nim, jakby od kilku ładnych minut oceniał jego wygląd i zachowanie. Do swoich adoratorek posyłał jedynie lekkie uśmiechy. Horan najeżył się jeszcze bardziej i nie kontrolując swoich ruchów z całej siły odstawił szklankę na stół, przez co szkło pokruszyło się w jego dłoni i przebiło skórę, rozlewając przy okazji cały alkohol na blat baru. Chłopak zaklął głośno, cofając rękę. Jego oczy otworzyły się szeroko ze zdziwienia, kiedy poczuł nieprzyjemne pieczenie w zranionej części ciała. Natychmiast odkręcił kran i wsadził dłoń pod bieżący strumień zimnej wody, chcąc wypłukać spod naskórka możliwie jak największą ilość szkła. Zamknął oczy, słysząc irytujący śmiech za plecami. Niestety, dziewczyny które interesowały się tajemniczym brunetem zwracały również uwagę na niego, przez co musiał wysłuchiwać idiotycznych komentarzy na temat swojej złości i tego, że jego mordercze spojrzenie jest bardzo seksowne.

— Horan, ja pierdole — jasnowłosy odwrócił się w kierunku Davida, którzy przyglądał się jego krwi, spływającej do zlewu. Miał szeroko otwarte oczy, a palce wplótł sobie we włosy, ciągnąc za nie mocno. — Zbieraj cztery litery, jedziemy do szpitala i nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu. Kurwa, to wygląda jakbyś przeciął sobie tętnicę! — Niall przewrócił oczami po raz kolejny tego wieczoru. Wzruszył lekko ramionami, odwracając wzrok z powrotem na pokiereszowaną dłoń. Wyjął kilka ręczników i przycisnął je sobie do największego rozcięcia, krzywiąc się mocno kiedy po całym jego przedramieniu przeszedł nieprzyjemny, promieniujący ból.

— Nie trzeba, dam sobie radę. Poproszę Anabeth, żeby wyczyściła mi ranę. Dzisiaj pomagała Margie w opatrywaniu ran po pobiciu, więc z czymś takim powinna sobie poradzić — zacisnął mocno zęby i kopniakiem otworzył szafkę, aby wydobyć z niej apteczkę. Na szczęście Henry postanowił mu pomóc i już po chwili czerwone pudełko stało na blacie przed nim, zaraz obok zlewu, do którego cały czas lała się woda.

— Ktoś pobił wczoraj Margie? To dziwne, była tutaj i szukała cię, ale że to był wieczór przecież nie miała szans cię znaleźć, dlatego do niej zagadałem. Wyprowadziłem ją tylnym wyjściem, żeby nie musiała przeciskać się znowu przez tłum — Quelch wzruszył ramionami, bandażując dłoń Nialla. Ten zmarszczył brwi, przyglądając się jego zwinnym ruchom.

— Margareth tutaj była i o mnie pytała, a potem została pobita? Przecież to bez sensu — pokręcił głową, analizując w głowie wszystkie fakty. Musiał zapytać się dziewczyny, dlaczego chciała z nim rozmawiać późną porą. W końcu Ana na pewno powiedziała jej o tym, co zamierzał zrobić z chłopakami, aby mógł przywitać swoją przyjaciółkę w Cork. Gdyby faktycznie miała do niego jakiś interes, przyszłaby do mieszkania. — Kiedy zobaczyłem ją dzisiaj rano wyglądała, jakby ktoś przeciągnął jej twarz po betonie, a potem przeciął policzek czymś ostrym.

— Skoro Henry wyprowadził ją tylnym wyjściem całe zajście musiało nagrać się na kamery. Może pójdziesz do McColl i poprosisz ją o nagrania. Może wtedy Margareth miałaby jakieś dowody na policji i szybciej znaleźliby sprawcę — Niall popatrzył na Dava jak na największego idiotę, z jakim dane mu było dotąd spotkać na swojej drodze.

— Raczej wątpię po tym, jak odmówiłem jej wspólnego wyjścia. Poza tym to i tak niepotrzebne, Margie nie chciała iść nawet na pogotowie, więc wątpię że zgodziłaby się na zawiadomienie policji, żeby ten cep dostał to, na co zasłużył — wymamrotał cicho, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Przeniósł wzrok na bar, kiedy ktoś zaczął uderzać w niego pięścią.

— Dostanę to piwo teraz, czy mam przyprowadzić właściciela, żeby mi go nalał? — mężczyzna, który do tej pory siedział przy stoliku nieopodal, zmierzył ich czwórkę tajemniczym spojrzeniem. Henry natychmiast podszedł do półek z kuflami, sięgając po jeden. Powstrzymał go jednak głos tajemniczego nieznajomego. — Chcę, żeby on mi go nalał — wskazał brodą na blondyna, który uniósł wysoko brew. Arthur położył mu dłoń na udzie nie pozwalając podejść do baru.

— Niestety, nasz kolega ma szkło w ręce, więc będziesz musiał zadowolić się piwem nalanym przez któregoś z nas — posłał mu zirytowane spojrzenie, wymuszając uśmiech, którzy przypominał bardziej skurcz mięśni na policzkach. Mężczyzna roześmiał się, zwracając na siebie uwagę kilku ludzi, siedzących obok. Oni widocznie również musieli czekać w kolejce, jednak widząc to, co stało się blondynowi zrozumieli, że są rzeczy ważne i ważniejsze, dzięki czemu wykazali się rzadko spotykanym u gości klubu taktem. Niestety, zabrakło tego brunetowi.

— Nie umiera, więc jestem pewny że od nalania piwa jego stan również się nie pogorszy — pokręcił z rozbawieniem głową, opierając brodę na dłoniach. Przesunął kciukiem po dolnej wardze, nie spuszczając wzroku z oczu Nialla. Arth otworzył usta, chcąc odpowiedzieć i na tę zaczepkę, jednak tym razem Horan uspokoił jego. Podszedł do baru i odpierając kufel od Henry’ego, z niemałym trudem w utrzymaniu szklanki, nalał do niej piwa, stawiając go przed nieznajomym. Posłał w jego kierunku lekki uśmiech, a kiedy ten go odwzajemnił chłopak domyślił się, że jego obecność w dyskotece nie była przypadkowa. Poczuł nieprzyjemne dreszcze, rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Zapowiadała się długa i mało przyjemna noc.


Lotnisko Cork, dzień wcześniej

         Lotnisko wręcz dudniło od głośnych rozmów podróżnych, przebywających w jego ogromnym budynku. Przez salę przylotów i odlotów przetaczała się ogromna liczba ludzi, którzy biegali w tę i z powrotem, chcąc jak najszybciej znaleźć się u celu swojej podróży lub usilnie starali się zdążyć na swój lot. Głośnie piski dzieci, witających swoich rodziców, dziadków, bądź innych krewnych, wyjątkowo mocno drażniły bębenki dziewczyny, zajmującej miejsce na plastikowym krzesełku.

         Lot, który wykupił dla niej Niall już dawno miał swój start. Nie zdziwiłaby się, gdyby ludzie właśnie wysiadali z pokładu samolotu, witani przez wiecznie deszczową pogodę Londynu. Cieszyli się, kiedy ona nie potrafiła ruszyć się z miejsca i jedynie siedziała, a po jej policzkach wciąż spływały nowe strumienie łez, rozmywające zniszczony makijaż, który jeszcze nie tak dawno miał sprawić, że spodobałaby się chłopakowi, na którym zależało jej najbardziej na świecie. Freya rozejrzała się uważnie dookoła, przecierając twarz wierzchem dłoni. Zupełnie nie interesował jej fakt, że tusz tworzy sine plamy na wodoodpornym pudrze.

         Odetchnęła cicho, wstając z krzesełka. Złapała za rączkę walizki i wolnym krokiem, nigdzie się nie spiesząc, poszła do łazienki, chcąc choć odrobine zapanować nad swoim wyglądem. Musiała znaleźć jakieś miejsce, w którym mogłaby przenocować. Za oknami lotniskowego budynku zaczynało ciemnieć, a ona nie chciała włóczyć się po ulicach, na których w ostatnim czasie ginęła zatrważająca ilość ludzi.

         Zamknęła za sobą wejście i stanęła przed lusterkiem, krzywiąc się mocno, kiedy w końcu dostrzegła swoje odbicie. Wyglądała dokładnie tak, jak czuła się w środku – złamana. Pochyliła się nad umywalką, walizkę ustawiając przy swojej nodze i zaczęła przemywać twarz chłodną wodą, chcąc na samym początku zniwelować opuchliznę na policzkach, zdradzającą ilość czasu, jaką spędziła na płaczu. Nie miała siły, żeby od razu zabrać się za poszukiwania kosmetyczki w swojej przepastnej torbie podróżnej. Pisnęła głośno, kiedy po wyprostowaniu się zauważyła w lustrze odbicie mężczyzny.

         Odwróciła się do niego natychmiast przodem i zaczęła mierzyć nieufnym, przerażonym spojrzeniem. Wbiła się plecami w blat umywalek, chcąc zachować między nimi jak największą odległość. Poczuła, że jej serce zaczyna bić niemiłosiernie szybko, jakby za chwilę miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Mężczyzna roześmiał się, widząc jak zadziałał na blondynkę. Podszedł do niej na odległość nie większą niż metr i sięgając dłonią do jej policzka potarł go kciukiem sprawiając, że zadrżała mocno.

— Spokojnie. Po prostu zauważyłem piękną, zapłakaną dziewczynę i postanowiłem dowiedzieć się, dlaczego te niesamowicie niebieskie oczy się nie uśmiechają — zaczął cicho, a jego niski głos odbił się echem w głowie jasnowłosej. Otworzyła usta i zamknęła je szybko, kręcąc głową. Mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto ma przyjazne zamiary. Nie powinna oceniać go pod pryzmatem licznych tatuaży na prawej ręce czy czarnych włosów, postawionych na żel, jednak w tamtym momencie nie była wstanie myśleć racjonalnie. — Domyślam się, że chodzi o jakiegoś chłopaka — zaczął ponownie, podchodząc do niej jeszcze o krok bliżej. Odchylił głowę Freyi do tyłu chcąc, aby cały czas patrzyła mu w oczy. — Na twoim miejscu dałbym mu nauczkę. Tak się składa, że wiem o kogo chodzi i też mam z nim pewne porachunki. Myślę, że moglibyśmy sobie nawzajem pomóc.

         Allsebrook zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc jego słów. Skąd mógł znać Nialla, skoro mieszkał on w Cork zaledwie kilka miesięcy, a z tego co zdążyła się dowiedzieć od jego przyjaciół, nie spędzał zbyt wielkiej ilości czasu na zawiązywaniu nowych znajomości. Cały swój czas przeznaczał na niewolniczą pracę w jakimś klubie, znanym w całym mieście. Przełknęła głośno ślinę. Może jednak Horan nie był taki święty, za jakiego wszyscy go uważali? Potraktował ją jak zabawkę, zbędnego śmiecia, którym można posłużyć się raz, a potem zostawić na pastwę losu.

         Freya po raz pierwszy w życiu poczuła szczerą nienawiść, kierowaną prosto w blondyna. Chciała zemsty za to, że niejednokrotnie skrzywdził ją w tak okrutny sposób. Zmrużyła lekko oczy i wyprostowała plecy, chcąc pokazać że jest pewną siebie osobą. Chciała zyskać w oczach nieznajomego. Oblizała usta czubkiem języka i uśmiechnęła się do niego kokieteryjnie, odzyskując swój wigor. Po chwili odezwała się lekko zachrypniętym głosem.

— Jeżeli mówisz o Horanie, jestem naprawdę ciekawa co masz na myśli.


Przepraszam za brak pauz i jakiekolwiek błędy, ale tablet mojej mamy nie jest moim sprzymierzeńcem w pisaniu, a mój komputer niestety odmówił posłuszeństwa. Poprawię to, jak tylko uda mi się go odzyskać.
Chciałabym również podziękować każdemu, kto zagłosował na mnie w konkursie na blog miesiąca Księgi Baśni. Zajęliśmy drugie miejsce ;)
Życzcie mi powodzenia na maturze xx

Edit. nie wiem, dlaczego czcionka szaleje, ale nie mogę zrobić nic, żeby była większa. Mam już drugi raz taki problem, mam nadzieję, że to nie przeszkadza za bardzo w czytaniu. W razie czego zapraszam na wattpada ;)