niedziela, 2 kwietnia 2017

[05] Rozdział Piąty



But I see your true colors
Shining through
I see your true colors
And that's why I love you
So don't be afraid to let them show
Your true colors
True colors are beautiful
Like a rainbow
~ Cindy Lauper
„True Colors”

         Niall uśmiechnął się szeroko, kiedy jego szefowa w końcu opuściła bar. Głośny warkot przerabianego na sportowy silnika spowodował, że chłopak odetchnął cicho z nieukrywaną ulgą. Miał już serdecznie dość jej narzekania i poprawiania wszystkiego, co robił. Miał świadomość, że będzie się na nim mścić za to, że mu odmówiła, jednak nie podejrzewał, że będzie aż tak nieznośna. Usiadł na jednej ze skrzynek z alkoholem i napił się wody, którą podał mu Arthur.

— Czyli teraz się zmywasz i mamy dopilnować każdą ewentualność, w razie gdyby Stephanie przyszła sprawdzić czy jej ulubiony pracownik ciężko haruje za barem na swoje co miesięczne wynagrodzenie? — Arthur uniósł wysoko brew z cichym śmiechem. Horan przewrócił zirytowany oczami, przecierając usta wierzchem dłoni. — Spokojnie chłopie, przecież wiesz że cię nie wkopiemy. Na pewno nie przed tą starą wiedźmą.

         Niall skinął jedynie głową i podając znajomym rękę na pożegnanie wyszedł z zaplecza, od razu zdejmując z siebie biały fartuch. Podszedł do Josephine, która podpierała głowę na dłoni i bawiła się znudzona pustą szklanką po soku, z którym ją zostawił. Uniosła na niego wzrok, jednak po chwili wróciła nim do obserwowania alkoholi, poukładanych na półkach za plecami chłopaka. Niall westchnął ciężko. Wiedział, że przyjaciółka w pewnym sensie ma rację i to przez niego Freya postanowiła przylecieć do Cork razem z nią. Zdawał sobie również sprawę z faktu, jak bardzo dziewczyny się nie lubią i że powinien zrobić coś w końcu z blondynką; wytłumaczyć jej dosadniej, że między nimi nie będzie nic więcej poza zwykłą znajomością. Nie miała szans nawet na to, żeby dostać się do ich paczki, a mimo to wciąż próbowała, przekonana że któregoś dnia będzie mogła przesiadywać z nim całe dnie.

         Chłopak bez słowa obszedł bar i schylił się po torbę ze swoimi ubraniami. Te robocze zamierzał zostawić w swojej szafce. Wsunął palce we włosy Blackwood i rozczochrał je z cichym śmiechem. Dziewczyna fuknęła obrażona, gromiąc go wzrokiem, przez co szybkim krokiem odszedł od niej i zamknął się w męskiej łazience. Cieszył się, że w końcu będzie mógł z nią spędzić tyle czasu, ile będzie mu się podobało. Miał tylko cichą nadzieję, że nie od razu zejdą na temat jego rychłego powrotu do stolicy. Nie chciał jeszcze wracać. Nie teraz, kiedy tak naprawdę jego życie towarzyskie w Irlandii zaczynało powoli kiełkować.


         Niedługo później opuścili klub. Niall ułożył sobie dłoń przyjaciółki na zgiętym łokciu, nie przestając nawet na chwilę się uśmiechać. Co prawda dziewczyna wciąż nie chciała go słuchać i udawała, że w ogóle nie obchodzi jej jego obecność, jednak delikatny uśmiech, który co chwilę unosił kąciki ust dziewczyny, jasno mówił mu o tym, że cała złość już dawno ją opuściła i jedynie droczy się z nim, jak to od zawsze miała w zwyczaju. Pociągnął ją w kierunku parku, a kiedy już się w nim znaleźli zajął jedną z niewielu wolnych ławek.

— Obiecuję ci, że jeżeli ta dziewczyna jeszcze raz wejdzie mi w drogę, to wyrwę jej wszystkie kłaki z głowy i nie będziecie musieli długo czekać na następną ofiarę tajemniczych morderstw — wymamrotała cicho pod nosem, zakładając nogę na nogę. Wyjęła z torebki paczkę papierosów. Niall skrzywił się mocno. Jemu również zdarzyło się czasami zapalić, jednak robił to kiedy był kompletnie pijany. W innych przypadkach dym zawsze mu przeszkadzał. — Oj przestań się krzywić, wytrzymasz, skoro ja dałam radę cały lot — przewróciła oczami, szybko odpalając papierosa. Niall zaśmiał się cicho i wzruszył ramionami.

— Właśnie z powodu tych morderstw zabraniam ci wynajmować pokoju w hotelu, jak to pewnie miałaś w planie. Będziesz spać w moim pokoju, a dla Frei coś się wymyśli — skinął lekko głową, kopiąc piłkę, która potoczyła mu się między stopy. Uśmiechnął się lekko do dziecka, które podziękowało mu głośno i z zabawką w rękach wróciło na pobliski plac zabaw. Dziewczyna uniosła wysoko brew, a jej usta rozciągnęły się nieznacznie, w złośliwym uśmiechu.

— Myślałam, że mnie wyrzucisz, a przygarniesz swoją dziewczynę — zaśmiała się, wypuszczając dym z płuc prosto w twarz swojego towarzysza. Blondyn pomachał sobie teatralnie dłonią przed twarzą, odwracając ją jak najdalej od smrodu. — Nie przesadzaj, to nic takiego. Lepiej opowiadaj mi, co u ciebie słychać — szturchnęła go lekko łokciem w żebra, opuszczając dłoń na wysokość swojego kolana.

— Nic, co mogłoby cię zaciekawić — powiedział szczerze i spuścił wzrok na swoje dłonie, zaczynając bawić się palcami. — Całe dnie przesypiam, wstaje późnym popołudniem, załatwiam kilka nudnych spraw na mieście, idę do klubu, w którym pracuję do drugiej, trzeciej, a czasami nawet czwartej nad ranem, po czym wracam do domu, jeżeli jestem w stanie to biorę prysznic, ale przeważnie idę od razu spać, bo jestem wykończony — cały czas mówił cicho, wyraźnie znudzonym tonem głosu. Zdążył się już przyzwyczaić do tego, że jego życie towarzyskie stało się kompletnym dnem. Josephine przysunęła się do niego powoli, na początku nic nie mówiąc. Horan wiedział, na co musi się przygotować, jednak cierpliwie czekał nie chcąc, aby przyjaciółka obraziła się na niego po raz kolejny.

         Przez chwilę panowała między nimi kompletna cisza, przerywana jedynie głośnym śmiechem grupki nastolatków, przesiadującej kilka ławek dalej i krzykami dzieci, które pobiły się o piasek w piaskownicy. Blondyn przeczesał wzrokiem okolicę dając przyjaciółce czas na przemyślenie tego, co chciałaby mu przekazać w mowie, zachęcającej go do powrotu do domu. On jednak nie chciał wracać. Mimo wszystko podobało mu się w Cork. Przede wszystkim dlatego, że nie musiał przejmować się tym, że cokolwiek by nie zrobił, każdy jego błąd kosztował na koncie znanych rodziców. Nie raz słyszał od ojca, że powinien przestać imprezować w znanych klubach, bo jego znajomi prawnicy upominają go, że pijany syn może zniszczyć jego nienaganną informację. Niall był jeszcze młody i znajdował się w tym czasie swojego życia, kiedy nie chciał myśleć o nienagannej opinii wśród współpracowników, a jedyne na czym się skupiał to dobra zabawa, dlatego puszczał mimo uszu słowa swojego rodziciela. Jednak gdzieś w głębi siebie czuł się źle z faktem, że bądź co bądź, miał go za złego syna. Nigdy nie powiedział mu tego w twarz, jednak porównywanie go do dzieci współpracowników wystarczyło, aby Horan znał swoją pozycję w oczach ojca.

         Odpędził od siebie przykre myśli, kiedy zauważył znajomą, blond-włosą postać, która nie raz doprowadzała go do szału, w którym zdawała się sama przebywać. Uniósł brew, przyglądając się temu, jak Kendall wymachuje rękami na wszystkie strony, mówiąc coś do przestraszonej dziewczyny naprzeciwko siebie. Przez chwilę miał nawet wrażenie, że widzi w jej oczach łzy. Jasnowłosa krzyczała coś, jednak śmiechy za jego plecami i warkot silników samochodowych powodował, że nie mógł usłyszeć nawet słowa padającego z jej ust. Kendall, jakby poczuła że ktoś wpatruje się w nią, odwróciła się w kierunku Niall; a on nawet nie próbował udawać, że jest niewinny. Zaśmiał się cicho widząc, jak dziewczyna przewraca oczami, po czym unosi środkowy palec w jego kierunku, po czym łapie swoją przestraszoną towarzyszkę za ramię i ciągnie ją w kierunku samochodu. Wsiadają do niego, by po chwili odjechać z głośnym piskiem opon.

— Znasz ją? — wyrwany z zamyślenia przeniósł wzrok na Josephine, patrzącą w tym samym kierunku co on przed chwilą. Pokiwał lekko głową, starając się ostatecznie pozbierać wszystkie myśli w jedną całość, zanim odpowiedział na głos.

— To jedna z przyjaciółek mojej współlokatorki. Powiedzmy, że staramy się sobie nie wchodzić nawzajem w drogę, bo zawsze kończy się to źle. Głównie kłótniami, ale nie raz miałem ochotę mocno nią potrząsnąć — pokręcił głową, pokazując w ten sposób, że nie chce dłużej rozmawiać o blondynce. — Nie ważne. Lepiej wygłoś przemówienie, ułożone razem z Louisem na temat tego jakim idiotą jestem i miejmy to już za sobą. Szczerze mówiąc nie jestem zbytnio ciekawy co tam wymyśliliście i od razu mogę ci powiedzieć, że nie zamierzam wracać do Londynu. Jeszcze nie teraz.

— Nie zamierzam ci nic mówić, bo żadnej przemowy nie układałam — Jo uniosła łokieć, szturchając go mocno w żebra. — Uważam, że robisz głupio, owszem. Z tego co zdążyłeś mi opowiedzieć wcale nie masz tutaj życia i ciągle tylko pracujesz, za co chętnie pozwałabym twoją szefową gdzie trzeba, ale myślę też, że każdy powinien uczyć się na swoich błędach. Sam też w końcu dojdziesz do takiego wniosku. Bo nawet jeśli znajdziesz tutaj tą jedyną, to co ci z tego przyjdzie? Będziesz musiał ją tutaj zostawić. Przecież nie zabierzesz tej dziewczyny do Londynu wbrew jej własnej woli — uśmiechnęła się do niego lekko, podnosząc się z ławki. Zgniotła papierosa między palcami i wrzuciła go do śmietnika, stojącego obok ławki. — A teraz umieram z głodu. Chodźmy do domu zamówić pizze — i nie czekając na niego ruszyła przed siebie, wsadzając dłonie do kieszeni. Chłopak zaśmiał się głośno, natychmiast ją doganiając.

— Nie w tę stronę, ty głupku — złapał przyjaciółkę za dłoń, ciągnąc ją do taksówek. Jego mieszkanie znajdowało się w znacznej odległości od parku miejskiego, a on nie miał siły na spacery. Praca naprawdę wykańczała jego organizm.

         Wsiadł do samochodu zaraz po ciemnowłosej i podał adres kierowcy. Wiedział, że nie prawdopodobnie zaraz po powrocie do mieszkania będzie musiał położyć się choć na chwilę spać, aby zregenerować siły na spacerowanie z przyjaciółką po mieście, jednak nie chciał jej jeszcze o tym wspominać. Wiedział, że na pewno będzie się o niego martwić, a tego bardzo chciał oszczędzić dziewczynie. Wystarczyła mu świadomość, do jakiego stanu doprowadzał swoją matkę, która codziennie zasypywała go wiadomościami i telefonami, z których połowy nie był w stanie odebrać, bo i tak nie dogadałby się w klubie przez głośną muzykę, która zawsze w nim grała. Bolało go to, ale musiał w końcu znaleźć dziewczynę, która pokochałaby go za to, jakim jest człowiekiem a nie za to, ile pieniędzy zarabiają jego rodzice. Był wręcz zdesperowany. Zazdrościł wszystkim swoim znajomym, że nie przejmowali się tym tak jak on, ale on nie potrafił inaczej. Był po prostu sobą, a ludzie się nie zmieniają.


         Otworzył drzwi przed Josephine, wpuszczając ją do środka jako pierwszą. Uniósł wzrok i rozejrzał się po pomieszczeniu, ściągając buty, kiedy do jego uszu dobiegł szczebioczący głos Freyi. Zacisnął szczękę, odwieszając bluzę na haczyk, a w głowie zaczął układać sobie to, jak wytłumaczy jej że nie ma najmniejszego zamiaru wiązać się z nią. Musiał w końcu porozmawiać z nią na ten temat poważniej niż dotychczas, bo jego znajomi i przyjaciele zostawią go nie przez jego własną głupotę, a natrętną adoratorkę, która nie potrafiła zrozumieć, że nie była wcale tak lubiana, jak to sobie wyobrażała.

         Westchnął ciężko, kierując się do dziewczyn, przesiadujących na kanapach, jednak nie zdążył nawet przejść przez próg pokoju dziennego, kiedy poczuł mocno zaciskające się palce na jego nadgarstku, a chwilę później został wciągnięty do jedynego pomieszczenia w mieszkaniu, w którym nigdy wcześniej nie dane mu było przebywać. Rozejrzał się uważnie po sypialni Anabeth z nieukrywanym zainteresowaniem.

         Pokój znacznie różnił się od tego, w którym on spał. Był znacznie bardziej zadbany i nowocześniejszy, tak jakby jego właścicielka przykładała do tego naprawdę dużą wagę. Szaro-fioletowe ściany idealnie współgrały z blado-różowym tapczanem, stojącym na prawo od wejścia. Meblościanka w odcieniu brudnej bieli rozciągała się zaraz naprzeciwko niego, a niedużych rozmiarów, workowaty fotel rzucony został pod oknem z ciemnymi zasłonkami i szerokim parapetem, na którym dziewczyna ułożyła kilka puchatych poduszek. Ana wskazała gestem głowy, aby usiadł na jej łóżku, a ona sama zamknęła klapę laptopa, leżącego na biurku w kolorze meblościanki, które stało po prawej stronie drzwi wejściowych. Odwróciła szare, biurowe krzesło przodem do niego i usiadła na nim. Przez kudłaty dywan na środku podłogi nie mogła przysunąć się bliżej do niego, ale nie przeszkadzało mu to; wręcz przeciwnie – obawiał się, że mogła zabić go wzrokiem. Wbił się plecami w oparcie za nimi i uśmiechnął się do niej nieśmiało. Domyślił się, kto spowodował jej spaczony humor, oprócz niego oczywiście

— Co masz mi do powiedzenia, Horan? — wymamrotała cicho, zakładając nogę na nogę. Blondyn podrapał się po głowie. Czuł się jak siedmioletnie dziecko, przyłapane na podkradaniu ciastek przed zjedzeniem obiadu. A znał o uczucie doskonale z lat dzieciństwa. — Bo dowiedziałam się dzisiaj kilku naprawdę ciekawych rzeczy o tobie i twoim penisie. Chciałabym się dowiedzieć, czy to faktycznie prawda, bo ta blondyna nie wydaje się być najinteligentniejsza i może wyolbrzymiać niektóre sprawy — chłopak odetchnął cicho z nieukrywaną ulgą, kiedy dostrzegł jak kąciki ust jego współlokatorki drgają lekko w powstrzymywanym uśmiechu. Nie była aż tak zła, jak mu się wcześniej wydawało. Pokręcił przecząco głową, pochylając się lekko do przodu i opierając łokcie o kolana.

— Zapewniam cię, że chociaż nie jest najmądrzejszą osobą na świecie, to na pewno niczego nie wyolbrzymiała — zaśmiał się cicho, skupiając na niej całą swoją uwagę. Dziewczyna pokręciła głową z dezaprobatą i przewróciła oczami. Niall zauważył, że zdarzało jej się to dość często, kiedy żartowała, albo rozmawiała o czymś lub z kimś, kto ją irytował. — Domyślam się też, że Freya pochwaliła się przed tobą majątkiem moich rodziców i tak, to też jest prawa. Są cholernie bogatym małżeństwem, przez co ja mam tak naprawdę same problemy, dlatego wolałbym o tym nie rozmawiać — oblizał powoli usta, spuszczając wzrok na swoje palce, którymi zaczął się bawić.

— Ale skoro twoi rodzice mają tyle pieniędzy, to dlaczego ty cały czas harujesz jak wół dla tej idiotki z klubu? Przecież to bez najmniejszego sensu — zmarszczyła mocno brwi, odchylając się do tyłu. Nie jedno słyszała na temat właścicielki jednego z najbardziej uczęszczanych miejsc w mieście i zdążyła wyrobić już sobie na jej zdanie temat, zamieniając z nią zaledwie kilka słów. W opinii każdego jest choć odrobina prawdy.

— To było coś jak moja karta przetargowa u ojca. Powiedziałem mu, że chcę zobaczyć jak to jest żyć na własną rękę, a on się zgodził, bo chciał pokazać mi prawdziwą wartość pieniądza czy coś w tym sensie — skinął lekko głową, naprawdę chcąc urwać ten temat. Nie lubił rozmawiać o pieniądzach, które nawet nie należały do niego. — A potem powstało kłamstwo o tym, że jestem gejem. Krótko mówiąc, chodziło o to, że chciałem wyjechać z Londynu do miejsca, w którym nikt mnie nie zna, żeby znaleźć sobie dziewczynę. Śmiej się, jeśli chcesz, ale miałem dość lasek pokroju Freyi, które przy każdym spotkaniu pytały mnie co kupiłem im na prezent. Chciałem poznać kogoś lepszego — wzruszył lekko ramionami. — Pomyślałem sobie, że każda dziewczyna chce mieć geja za przyjaciela, więc w ten sposób łatwiej byłoby mi się do jakiejś zbliżyć. Teraz wiem jakim idiotyzmem to było, ale naprawdę jestem zdesperowany. Powinienem był posłuchać swojego przyjaciela i nie pchać się w to wszystko. Jo też miała rację, to bez sensu. W końcu nie zabiorę tej dziewczyny ze sobą do Londynu, a w związki na odległość nie wierzę — pokręcił głową, spuszczając wzrok na swoje stopy.

         Usłyszał ciche westchnienie, a chwilę później poczuł delikatny dotyk dłoni na ramieniu. Wymusił lekki uśmiech, nie chcąc wyjść na kompletnego niewdzięcznika. W końcu Ana wcale nie miała obowiązku siedzieć z nim i pocieszać go; byli tylko współlokatorami i nie znali się zupełnie, chociaż blondyn starał się nawiązać z nią nić przyjaźni. Jednak przez kilka miesięcy wspólnego mieszkania udało im się tylko poznać swoje nawyki i nauczyli się nie wchodzić sobie na co dzień w drogę. W Cork rozmawiał tylko z kolegami z pracy i coraz bardziej przestawało mu się to podobać.

— Nie myśl tak, Niall, bo oszalejesz — zaczęła cicho, gładząc powoli jego ramię. — Może i Jo miała rację mówiąc, że nie będziesz mógł zabrać tej dziewczyny ze sobą, ale kto powiedział, że musisz studiować w Londynie? Przecież tutaj, w Irlandii też są dobre uczelnie, a twoich rodziców stać na nie, prawda? Nie wierzę, że odmówiliby ci czegokolwiek, gdybyś poprosił ich o pomoc. Zwłaszcza, jeżeli to sprawiłoby ci przyjemność, a w rezultacie byłbyś szczęśliwy — uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. Niall zmarszczył brwi, zastanawiając się nad słowami dziewczyny. Miała rację, rodzice przede wszystkim pragnęli jego szczęścia. Ale, z drugiej strony, czy chciał ich opuszczać tak szybko? Czy chciał zostawiać wszystkich swoich przyjaciół za którymi tak bardzo tęsknił?

         Blondyn otworzył usta, chcąc podzielić się swoimi wątpliwościami, jednak nie zdążył wypowiedzieć nawet słowa, ponieważ zza zamkniętych drzwi dobiegł ich głośny, dziewczęcy pisk i huk upadającego, twardego przedmiotu. Niall popatrzył zdziwiony na Anabeth, która wzruszyła ramionami, pokazując mu w ten sposób, że również nie ma pojęcia, co się właśnie stało. Kiedy ciszę w mieszkaniu przeciął następny krzyk oboje poderwali się z tapczanu i ledwo mieszcząc się we dwójkę w drzwiach, wbiegli do salonu.

         Otworzył szeroko oczy widząc, jak Josephine przytrzymuje wygięte ręce Freyi, a Kendall stoi naprzeciwko niej ze wzrokiem godnym seryjnego mordercy i palcami zaciśniętymi na nożyczkach krawieckich, celując nimi prosto w unieruchomioną, aczkolwiek wciąż walczącą o wolność dziewczynę. Blondynka krzyczała głośno, wyzywając przy tym swoje oprawczynie w dość mało wybredny sposób. Z otępienia wyrwał go dopiero głos Anabeth, która rzuciła się na pomoc Freyi. Złapał ją w ostatnim momencie za nadgarstek i odciągnął do tyłu. Pokręcił przecząco głową. To nie tak, że chciał śmierci jednej ze swoich najbardziej natrętnych adoratorek. Po prostu upiekłby dwie pieczenie na jednym ogniu – w końcu miałby święty spokój, a Kednall trafiłaby do wiezienia. Wiedział jednak, że musi to zakończyć, zanim będzie za późno.

         W kilku krokach podszedł do Josephine i położył jej dłoń na ramieniu, patrząc na nią twardym wzrokiem. Ciemnowłosa przewróciła lekceważąco oczami, puszczając dziewczynę, która natychmiast rzuciła mu się na szyję. Skrzywił się mocno, jednak nic nie mówiąc przytulił ją do siebie.

— Kendall, do cholery, co tu się wyprawia?! — Anabeth podeszła do przyjaciółki i wyszarpnęła jej nożyczki z dłoni. — Ja też jej nie polubiłam, ale żeby od razu rzucać się na nią z pieprzonymi nożyczkami?! — urażona dziewczyna prychnęła głośno, krzyżując ręce na piersiach i przewracając oczami podeszła do Blackwood, szturchając ją lekko ramieniem.

— Masz rację, blondi — powiedziała Jo, nie spuszczając butnego spojrzenia ze swojego najlepszego przyjaciela. Niall wiedział, że miała mu za złe, że nie stanął po jej stronie, ale nie mógł wybrać inaczej. Horan zamknął na chwilę oczy. Naprawdę spodziewał się, że jej przyjazd w końcu poprawi mu humor, a jak do tej pory nie robił nic poza przepraszaniem. Poczuł tylko mocne szturchnięcie łokciem w żebra, kiedy obie wyszły z salonu, a później głośne trzaśnięcie drzwiami uświadomiło go, że jego przyjaciółka postanowiła wyjść na miasto z dziewczyną, której szczerze nienawidził. To nie mogło skończyć się dobrze.

         Odepchnął od siebie szeroko uśmiechniętą Freye i usiadł na fotelu, przeczesując palcami włosy. Czuł, że jeżeli się nie uspokoi to wybuchnie, a to mogło skończyć się jeszcze gorzej. Zaklął głośno, kiedy jasnowłosa usiadła mu na kolanach i zaczęła całować po policzkach. Zaczął ją od siebie odsuwać, jednak nie przynosiło to żadnych skutków. Dopiero, kiedy Vashchenko złapała ją za włosy i pociągnęła z całej siły do tyłu, przestała.

— Z tobą też jeszcze nie skończyłam — wysyczała Ana, mocno zaciskając palce na nożyczkach, które cały czas trzymała w dłoni. — Znam Kendall od dawna i wiem, że nie zareagowałaby tak, gdybyś nie sprowokowała jej do tego. Więc teraz mów, co tu się do cholery stało, bo nie ręczę za siebie — uniosła rękę z nożyczkami, patrząc na dziewczynę z mordem w oczach. Niall wiedział, że nie zrobi jej krzywdy i jedynie chce sprawić takie wrażenie. Był zdziwiony, jednak postanowił poczekać na rozwój wypadków.

— Puszczaj mnie idiotko, nic im nie zrobiłam! Powiedziałam prawdę, a one się na mnie rzuciły! — płaczliwy głos prawie przekonał chłopaka do tego, żeby pomóc blondynce. Nie ruszył się jednak ze swojego miejsca doskonale wiedząc, że właśnie o to jej chodzi. — Niall jest mój, a one mi tego po prostu zazdroszczą — Horan zacisnął mocno szczękę. Ana podniosła na niego wzrok, ewidentnie oczekując na jakiekolwiek słowa, albo reakcję z jego strony.

         On, nie odzywając się nawet słowem, wstał z siedzenia i spokojnym krokiem, z wysoko uniesioną głową, wyszedł z salonu, kierując się prosto do swojej sypialni. Tam, wziął komputer, schowany w szafie między ciuchami, żeby jego współlokatorka przypadkiem się na niego nie natknęła, usiadł na kanapie i zaczął przeglądać stronę internetową linii lotniczych, rezerwując najwcześniejszy lot do Londynu, jaki tylko na niej znalazł. Krótki pobyt Freyi w Cork właśnie dobiegł końca. Miał nadzieję, że to pozwoli w końcu spokojnie porozmawiać mu z najlepszą przyjaciółką.


         Margareth z całego serca kochała wszystkie swoje przyjaciółki; szczególnie te, które poznała jeszcze w szkole, jako nieśmiała nastolatka, wszystkie przerwy spędzająca sama, w najbardziej oddalonym od ludzi kącie szkoły. Odkąd tylko pamiętała, zawsze wybierała samotność, do momentu w którym Anabeth postanowiła wkraść się do jej życia i już w pierwszej godzinie znajomości namieszać w nim tak, żeby nigdy nie wróciło do poprzedniego ładu i składu. To właśnie dzięki niej, Margie poznała Kendall i razem postanowiły stworzyć skład, do którego miały przyjmować jedynie dziewczyny, z którymi świetnie by się dogadywały. Liczne wydarzenia, które miały miejsce w ich życiu w późniejszym czasie doprowadziły do sytuacji, za którą dwudziestotrzylatka czuła się w pewien sposób odpowiedzialna i dlatego na własną rękę postanowiła je wyciągnąć z bagna, w które się wpakowały.

         Jednym ruchem zasunęła bluzę pod samą szyję i wkładając ręce do kieszeni weszła do zatłoczonego klubu, w którym nie tak dawno wylądowała razem ze swoimi pijanymi przyjaciółkami i rozejrzała się po nim uważnie. Za barem dostrzegła ciemnowłosego chłopaka, któremu Niall powierzył klucze od klubu, a sam postanowił pomóc jej w ogarnięciu babskiego wieczoru, który nieznacznie wymknął jej się spod kontroli. Nie lubiła spożywać alkoholu, zawsze wolała trzymać pieczę nad swoimi towarzyszkami, dzięki czemu nic nie miało prawa im się stać. Chłopak najprawdopodobniej ją rozpoznał, ponieważ uśmiechnął się do niej szeroko i zaczął przepychać przez tłum w jej kierunku. Zaklęła głośno, rozglądając się nerwowo na boki. Na szczęście nigdzie nie dostrzegła mężczyzny, z którym miała spotkać się na tyłach budynku, dlatego postanowiła zrezygnować z wmieszania się w tłum. Wymusiła lekki uśmiech, widząc jak barman zbliża się coraz szybciej. Musiała stwarzać pozory normalności, żeby przypadkiem nie zaczął niczego podejrzewać.

— Cześć, jestem Henry! — zaczął głośno, starając się przekrzyczeć dudniącą w głośnikach muzykę. — Może mnie pamiętasz, ale to nieważnie! Jeżeli chcesz znaleźć Nialla, to niestety muszę cię rozczarować! Nie ma go tutaj i do końca weekendu nie będzie, bo a go zastępuję! — na kolejne wspomnienie jasnowłosego chłopaka, o którego tors rozbiła się w mieszkaniu swojej przyjaciółki, poczuła jak kąciki jej ust, unoszą się nieznacznie wyżej. Miała nadzieję, że dane im będzie jeszcze ze sobą porozmawiać, bo zdążyła go polubić.

— Przejrzałeś mnie! — zaśmiała się, starając grać. Postanowiła wykorzystać sytuację i wymigać od włamywania na zaplecze, aby wyjść tylnymi drzwiami. Przecież Henry mógł ją wyprowadzić z tego miejsca bez większych problemów. — Słucha, nie chce mi się przepychać przez ten tłum — wskazała kciukiem na drzwi, mieszczące się za jej plecami. — Nie mógłbyś mnie może wyprowadzić stąd jakimś alternatywnym wejściem? — uśmiechnęła się do niego błagalnie, starając poruszyć jego sumieniem. Nie było to trudne. Chłopak pokiwał ochoczo głową i nie czekając na nic, złapał ciemnowłosą za rękę, ciągnąc w kierunku zaplecza.

         Po drodze czuła na sobie spojrzenia dziewczyn, krytycznie mierzących jej strój. W końcu nie na co dzień można spotkać kogoś w zwykłych dżinsach i bluzie w jednym z najbardziej uczęszczanych miejsc w mieście. Zignorowała je wszystkie, powtarzając sobie że jej sportowe buty posiadają więcej empatii i inteligencji niż większość z nich razem wziętych. Skinęła lekko na pożegnaniu chłopaka i wyszła na zewnątrz, od razu zaciągając się powietrzem. Jej chwila ulgi szybko minęła. Wystarczyło jedynie kilka słów, dochodzących zza pleców.

— Jednak przyszłaś sama — odwróciła się w kierunku postawnego mężczyzny, stojącego z lewej strony wyjścia. Cofnęła się kilka kroków, aby móc mu się chociaż trochę przyjrzeć. Zmrużyła oczy. — Naprawdę, myślałem że jesteś mądrzejsza — odchyliła głowę do tyłu, kiedy postać podeszła do niej. Pomimo kaptura, mogła idealnie przyjrzeć się jego twarzy, na której widniał zadowolony uśmiech. Mocno zaznaczone kości policzkowe i kanciasta szczęka nadawały mu urody niegrzecznego chłopca, którym z resztą był.

— Mów, co masz mi do powiedzenia — syknęła cicho, prostując plecy, aby pokazać mu że wcale się go nie boi. — I wiedz, że to ostatnie co dla ciebie zrobimy. Nigdy więcej nie chcemy mieć z tobą do czynienia. Spłaciłyśmy swój dług dawno temu — skrzywiła się, kiedy uniósł dłoń i wbił jej swoje palce w szczękę. Stanęła na palcach, kiedy odchylił jej głowę jeszcze mocniej, unosząc w górę.

— Tego jeszcze nie było, żeby głupia lisica była mądrzejsza od sowy — zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Przycisnął ją mocno do ściany; przy zderzeniu z nią, przez plecy dziewczyny przeszedł nieprzyjemny dreszcz. — Cóż, może uda mi się nauczyć cię rozumu.

poniedziałek, 6 marca 2017

[04] Rozdział Czwarty



- Pewność jest fatalna. Niepewność czaruje. Mgła nadaje rzeczom urok.
- Można w niej zatracić drogę.
- Wszystkie drogi wiodą do jednego punku.
- A tym jest?
- Rozczarowanie.
Oscar Wilde „Portret Doriana Grey’a”


         Niall już dawno zapomniał, jak to jest cieszyć się z irytująco powtarzającego się dźwięku budzika, który powoli spędzał sen z jego powiek. Uśmiechnął się leniwie, siadając powoli na łóżku, przez co kołdra opadła mu na uda, odsłaniając nagą klatkę piersiową. Przeciągnął się rozkosznie, wzdychając cicho pod nosem i dopiero po kilku chwilach wyłączył plastikową piosenkę, autorstwa artystki, której nawet nie znał, po czym odrzucił telefon z powrotem na poduszkę. Mimo, że spał niecałe sześć godzin i że unikanie chłopaków przez resztę zmiany kosztowało go trochę wysiłku, po raz pierwszy od dłuższego czasu cieszył się, że nastał kolejny dzień. Zerknął na zegarek. Zostało mu zaledwie dwie godziny do przylotu samolotu z Londynu, w którym to siedziała już jego najlepsza przyjaciółka, za którą stęsknił się bardziej niż za własnymi rodzicami. Oczywiście kochał ich ponad życie i doceniał to, co dla niego robili, jednak Jo już zawsze miała pozostać na pierwszym miejscu.

         Wstał powoli z łóżka, od razu podchodząc do szafy, z której wyjął sobie czyste ciuchy. Czarne spodnie i biała koszulka z dekoltem w serek wydawały mu się być odpowiednie w stosunku do pogody, panującej za oknem. Wyszedł z nimi z pokoju, od razu kierując się do łazienki. Był zdziwiony, kiedy po drodze nie zauważył żadnej z koleżanek swojej współlokatorki. Poprzedniego dnia zdawał mu się, że mają całkiem udaną imprezę w salonie, a wątpił że po takowej którakolwiek z nich miałaby siłę i chęci wracać do domu. Cieszył się jednak, że Kendall nie napatoczyła się na niego. Wyjątkowo miał wybitnie dobry humor i nie chciał, żeby samolubna, irytująca go blondynka zmieniła ten stan w zaledwie kilka minut.


          Usiadł wygodnie na swoim łóżku, po drodze podłączając telefon do prądu, aby naładować baterię. Wiedział, że zapowiadał się dla niego długi dzień, podczas którego nie przewidywał nawet minuty na spędzenie w mieszkaniu. Chciał zabrać Jo we wszystkie miejsca, w których sam nie miał jeszcze okazji odwiedzić. Cieszył się, że to właśnie z przyjaciółką będzie mógł zwiedzić Cork po raz pierwszy. Odetchnął cicho, układając skrzyżowane ręce za głową. Starał się przez cały czas trzymać oczy szeroko otwarte. Istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że gdyby zasnął, to nie obudziłby się w odpowiednim momencie, aby zdążyć na samolot, a to mogłoby się dla niego bardzo źle skończyć. Uśmiechnął się na samo wspomnienie wykładu, jaki Blackwood wygłaszała mu po każdym spóźnieniu na ich spotkanie. Zawsze powtarzała mu, że jest to niekulturalne i lekceważące w stosunku do osoby, którą jednoznacznie ignorujemy; a jego zawsze to bawiło.

         Niall uniósł spojrzenie na drzwi, w których pojawiła się jego współlokatorka. Zmarszczył brwi, jednak na jego twarzy z powrotem zagościł szeroki uśmiech. Owszem, był zdziwiony jej obecnością, jednak nie zamierzał dawać tego po sobie poznać. Poklepał miejsce obok siebie. Dziewczyna podeszła do posłania, ale usiadła po turecku przy jego stopach, opierając się plecami o drewnianą ramę łóżka.

— Nie zajmę ci zbyt wiele czasu, bo widzę że się gdzieś szykujesz — zaczęła cicho. Horan musiał szczerze przyznać, że Anabeth wyglądała wręcz tragicznie. Domyślił się, że to skutki zbyt dużej ilości alkoholu, jaką spożyła poprzedniego wieczoru. Godzina była dość wczesna, a ona na pewno nie zdążyła odespać zakrapianej libacji. Nie rozumiał, dlaczego wstała, zamiast porządnie odpocząć. On by tak zrobił. — Chciałam cię przeprosić za hałas. Zapomniałam, o której wracasz, a przypomniałam sobie dopiero około piątej nad ranem, kiedy Margie chciała wyjść i zauważyła twoje rzeczy w przedpokoju. Naprawdę mi teraz głupio, bo pewnie byłeś wycieńczony, a my jeszcze przeszkadzałyśmy ci w odpoczynku. Mogłeś przyjść i nas uciszyć, jestem pewna że żadna z nas by się o to nie obraziła — dziewczyna urwała zdając sobie sprawę z tego, że dostała upokarzającego słowotoku. Objęła nadgarstek palcami i potarła go delikatnie, spuszczając wzrok na swoje kolana. Niall roześmiał się, jednak w jego głosie nie było nawet krzty kpiny.

— Spokojnie, przecież masz prawo się bawić. Ty nie narzekasz, kiedy czasami w nocy wracam tak rozeźlony, że rozmawiam sam ze sobą, robiąc przy tym niezły hałas. Z resztą Kendall na pewno od razu rzuciłaby mi się do gardła, że przerywam wam zabawę — skinął lekko głową, układając za nią skrzyżowane ręce. Zerknął dyskretnie za zegarek, sprawdzając godzinę. Dziewczyna wyłapała ten ruch i zmarszczyła brwi.


— Przeszkadzam? — zapytała cicho, unosząc się powoli aby wstać z łóżka. Blondyn jednak natychmiast zaprzeczył. Rzucił w nią szybko poduszką tak, żeby się nie podniosła. Mimo wszystko, chciał jeszcze z nią porozmawiać. W nieznacznym stopniu przypominała mu Jo, naprawdę nie wiedział dlaczego, w końcu nawet jej nie znał. Może to przez kolor włosów…

— Nie przeszkadzasz, mi Anabeth. Po prosu dzisiaj przylatuje moja przyjaciółka z Londynu i jeżeli chcę zachować nogi na właściwym miejscu, to muszę odebrać ją z lotniska o odpowiedniej godzinie — zaśmiał się cicho. Uśmiech szybko jednak opuścił jego usta, kiedy zauważył konsternację na twarzy dziewczyny. Obawiał się, że może nie zgodzić się na to, aby Blackwood pomieszkała u nich te kilka dni. Owszem, powinien zapytać ją o zdanie wcześniej, w końcu mieszkanie było własnością ich obojga, jednak nie chciał aby Josephine spała zupełnie sama w jakimś hotelu. Nie podobało mu się to, co działo się ostatnio w Cork i mimo że dziewczyna nie należała do „typu” ofiar zabójcy, nie chciał ryzykować, że stanie się jej jakakolwiek krzywda.

— To dziwne, nie zauważyłam wcześniej twojego akcentu. Jakby w ogóle go nie było. Planowałeś, że przyjedziesz do Cork i uczyłeś się go wcześniej? — dziewczyna unosi wysoko jedną brew, przyglądając mu się uważnie. Niall śmieje się, kręcąc głową. — Powiedziałam, coś śmiesznego? Bo naprawdę nic już nie rozumiem.

— Nic śmiesznego, po prostu ja nie jestem z Londynu. Mieszkam tam od dziesięciu lat, a z pochodzenia jestem Irlandczykiem, urodziłem się w Mullingar — chłopak uśmiechnął się do niej łagodnie. — Nie masz nic przeciwko, żeby Jo zamieszkała z nami przez te kilka dni. Naprawdę wolałbym, żeby nie musiała sama spędzać nocy w Cork, nie ukrywam że głównie ze względu na to co się ostatnio działo — zapytał dla pewności. Ciemnowłosa pokiwała twierdząco głową. Chciała coś powiedzieć, jednak zadzwonił jej telefon. Uśmiechnęła się do niego przepraszająco i pośpiesznie wyszła z pokoju.

         Niall był szczerze zdziwiony. Nie wiedział dlaczego, ale przez twarz dziewczyny przebiegł dziwny cień, kiedy wspomniał o morderstwach, jakie miały miejsce w ostatnim czasie. Był szczerze zaintrygowany tym, co sobie pomyślała. Szybko jednak doszedł do wniosku, że to przecież nie jego sprawa i że pewnie tylko mu się przywidziało.  Uśmiechnął się do niej, kiedy wróciła po kilku minutach, zajmując swoje poprzednie miejsce. Jego wzrok zatrzymał się na prawej dłoni dziewczyny.

— Coś ważnego? — zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język. Anabeth pokręciła przecząco głową. Widział, że nie chce kontynuować z nim tego tematu, dlatego szybko znalazł inny, równie interesujący. — Skąd pomysł na taki tatuaż? — ciemnowłosa popatrzyła na swoje palce, automatycznie zasłaniając je drugą dłonią.

— To tylko taka pamiątka — uśmiechnęła się lekko do swoich wspomnień, zamykając na kilka sekund oczy. Po chwili kontynuowała. — Ja i moje przyjaciółki postanowiłyśmy zrobić coś szalonego, ale nie w takim stopniu, żeby później tego żałować. Kendall wpadła na pomysł z tatuażami, Margie wymyśliła jak miałyby wyglądać i oto są. To tylko zwykłe kreski, ale i tak są dla mnie ważne. No i wyglądają całkiem fajnie — zaśmiała się, nieświadomie cały czas pocierając rysunek na ciele.


         Godzinę później siedział na niewygodnym, plastikowym krzesełku, znajdującym się w hali lotniska. Szeroki uśmiech przez cały czas gościł na jego twarzy i nie przeszkadzał mu nawet fakt, że obok niego hałasowało śmierdzące dziecko, którego matka nie mogła przekonać do tego, żeby przez chwilę siedziało prosto i pozwoliło jej zmienić sobie brudną pieluchę. Był zbyt podekscytowany tym, że po miesiącach oczekiwań w końcu spotka najlepszą przyjaciółkę.

         Czuł się, jakby ktoś podkładał mu pod tyłek rozżarzone węgle. Cały czas wiercił się na swoim miejscu, zwracając tym na siebie uwagę kilku ludzi, siedzących w pobliżu. Niektórzy uśmiechali się do niego pobłażliwie, myśląc że nie może doczekać się spotkania z wybranką swojego życia, a inni mieli ewidentnie dość tego, jaki hałas robi przez skrzypiący plastik. Nie zważając na oburzenie zarówno jednej jak i drugiej strony, poderwał się z miejsca, kiedy tylko zobaczył samolot z flagą Wielkiej Brytanii na ogonie. Ze zniecierpliwieniem przyglądał się temu, jak spokojnie ląduje na płycie lotniska, a już chwilę później podjeżdżają do niego specjalnie przygotowane schody.

         Nie krył zdziwienia, kiedy z pokładu wyszła ewidentnie rozeźlona dziewczyna, która co chwilę, nerwowym ruchem poprawiała włosy, opadające na oczy zakryte przez przeciwsłoneczne okulary. Zmarszczył brwi, widząc jak odwraca głowę i zerkając ponad swoim ramieniem, wypowiada kilka słów, by później ruszyć zdecydowanym krokiem w kierunku hali przylotów. Po chwili wyjaśniło się, dlaczego Josephine zachowywała się tak dziwnie. Niall żałował, że był tego ciekawy i błagał, żeby tamten moment okazał się jakimś durnym reality show, kiedy to śmieszny facet wyskakuje z kamerzystą i krzyczy „Mamy cię, dałeś się nabrać!”. Niestety, nic takiego się nie stało, a chłopak zmusił się w końcu do pozbierania swojej szczęki z podłogi.

         Wymusił sztuczny uśmiech, odmachując niewysokiej blondynce, która wyglądała jakby wygrała milion w jakiejś loterii. Chłopak poczekał, aż ta zniknie z pola jego widzenia i biegiem rzucił się w kierunku zejścia z płyty lotniska. Odszukał wzrokiem przyjaciółkę, podszedł do niej nie zwracając uwagi na ludzi, których po drodze potrącił i złapał ją za nadgarstek, mocno przyciągając do siebie.

— Błagam, powiedz że dziewczyna która wysiadła za tobą to Freya — popatrzył na nią błagalnie, ciągnąc ją w tłum, aby się w nim zaszyć. Ciemnowłosa fuknęła głośno, marszcząc brwi. Wyrwała mu rękę i rozmasowała czerwoną skórę.

— To boli, Horan — warknęła, patrząc na niego przez mocno zmrużone powieki. — W moim zwyczaju nie leży okłamywanie cię, więc powiem prawdę. Tak, to Freya Allsebrook, twoja ulubiona adoratorka, która nie mówiąc mi o tym, postanowiła zabrać się razem ze mną. Dlatego teraz ty się nią zajmiesz, a ja w spokoju znajdę sobie… — krzyknęła głośno, zwracając tym na siebie uwagę podróżników, oczekujących w kolejce niedaleko nich.

         Niall nawet nie zdążył zareagować i przeciwstawić się temu, jak blondynka rzuciła się na niego, boleśnie owijając mu dłonie dookoła szyi i zaciskając je, przez co oddychanie stało się znacznie trudniejsze. Popatrzył błagalnym wzrokiem na dziewczynę, jednak ta odpowiedziała mu jedynie oburzonym fuknięciem i odwróciła wzrok na tabelę odlotów w poszukiwaniu najszybszego samolotu, lądującego w Londynie. Chłopak wiedział, że jest zdolna do tego, żeby uciec jak najdalej od znienawidzonej koleżanki z roku. Dlatego szybko odepchnął od siebie jasnowłosą i siłą wyciągnął je obie przed budynek lotniska.

         Zaciągnął się mocno zanieczyszczonym przez spaliny powietrzem, do którego zdążył przyzwyczaić się już w stolicy Wielkiej Brytanii, po czym wypuścił je ze świstem z płuc, przykładając palec wskazujący i kciuk do kącików oczu. Zacisnął mocno powieki i ignorując dziewczyny, które zaczęły się kłócić nad zaistniałą sytuacją, starał się znaleźć jakieś jej sensowne rozwiązanie. Krzyki i rozbawione spojrzenia przechodniów wcale mu w tym nie pomagały. Otworzył gwałtownie oczy i zerknął na zegarek, zapięty na lewym nadgarstku. Zaklął głośno, łapiąc w swoje dłonie rączki od walizek, z którymi bezzwłocznie podszedł do taxówki.

— Nie mamy teraz czasu na takie pierdoły, bo muszę pokazać się na kontroli w pracy. Wsiadajcie i nie odzywajcie się przez chwilę. Freya do przody, a Josephine z tyłu i nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu, tak powiedziałem i tak ma być — mruknął, zatrzaskując bagażnik. Otworzył drzwi blondynce, która uśmiechnęła się do niego, specjalnie muskając opuszkami palców jego dłoń, kiedy wsiadała do środka. Zignorował głośne prychnięcie przyjaciółki za swoimi plecami. Jej również chciał pomóc z drzwiami, jednak ta była pierwsza. Przewrócił oczami. Gdyby nie znał jej wystarczająco długo, pomyślałby że była zazdrosna.

         Zajął miejsce obok niej i podał mężczyźnie za kierownicą adres, pod który miał ich zawieźć. Wiedział, że Allsebrook przygląda mu się uważnie w lusterku, jednak nie zwracał na nią uwagi. Była dla niego jedynie zadurzoną w nim znajomą, z którą nawet nie rozmawiał na co dzień. Przesunął powoli palcami po siedzeniach, wsuwając swoje między długie i zgrabne palce Jo, która nieustannie obserwowała widoki za oknem. Uśmiechnął się szeroko, kiedy kąciki ust dziewczyny drgnęły nieznacznie. Wiedział, że nie jest w stanie być na niego obrażoną przez zbyt długi czas.


         Wbiegł do mieszkania, jeszcze zanim zdążyły zrobić to dziewczyny. Zostawił walizki w pokoju i nie zamykając drzwi udał się do salonu, gdzie Ana oglądała telewizję razem z przyjaciółkami. Uśmiechnął się złośliwie do zdziwionej Kendall i poprosił pospiesznie o chwilę rozmowy ze swoją współlokatorką. Wciągnął ją szybko do swojego pokoju, zamykając za nimi drzwi. Odetchnął głośno, starając się pospiesznie uspokoić oddech. Miał dosłownie pięć minut, żeby zdążyć do baru, dlatego od razu, bez żadnych ceregieli, zaczął przebierać T-shirt na czarną koszulę. Anabeth uniosła wysoko brew, przyglądając mu się z nieukrywanym zaciekawieniem.

— Słuchaj, jeżeli chciałeś żebym pomogła ci wybrać ciuchy na dzisiejszy dzień, to wystarczyło powiedzieć — skrzyżowała ręce na piersiach, przechylając lekko głowę. 

— Jednak myślałam, że to będzie coś poważniejszego niż kwestia garderoby — urwała, zastanawiając się przez chwilę. Otworzyła szeroko oczy, usilnie starając się nie pokazać, że po jej plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. — Coś się stało z twoją przyjaciółką? — Niall stanął w miejscu, przestając przez chwilę wiązać sznurówki w butach.

— Co? Nie! Tutaj zupełnie chodzi o coś innego. Jo jest cała i zdrowa, o siebie martwiłbym się bardziej — pokręcił głową, przez co kilka przydługich kosmyków opadło mu na oczy. — Posłuchaj, za chwilę zostawię tutaj dziewczynę, z którą naprawdę nie chciałem się widzieć, a która zabrała się z moją przyjaciółką, żeby zrobić mi mało udaną niespodziankę — westchnął ciężko, zapinając ostatnie guziki koszuli. — Proszę cię… Błagam cię, żebyś ją tutaj przetrzymała, kiedy ja po cichu wyjdę z Jo na miasto. Wiem, że proszę o wiele, zważając na fakt, że praktycznie się nie znamy, ale przysięgam że nie obrażę się, kiedy napuścisz na nią Kendall — chłopak złożył ręce jak do modlitwy, patrząc błagalnie na swoją zdezorientowaną współlokatorkę.

 — To brzmi jakby ta natrętna dziewczyna była twoją adoratorką, ale ty przecież… — urwała, kiedy Niall jęknął głośno, uderzając otwartą dłonią w czoło. Zupełnie o tym zapomniał. Pokręcił ponownie głową, wrzucając kilka rzeczy do torby treningowej, którą wyjął z drewnianej szafy, w której trzymał wszystkie swoje ubrania.

— Przysięgam, Anabeth, że wszystko ci wytłumaczę, ale teraz muszę iść do swojej cholernej pracy, żeby jej nie stracić, bo moja szefowa to stara, zakompleksiona wiedźma, która nie potrafi zrozumieć normalnego człowieka w potrzebie — pokręcił głową i przerzucił sobie ucho torby ponad głową. — Pomożesz?

— Będziesz mi się z tego ostro tłumaczył Horan, ale niech już będzie moja strata — dziewczyna zaśmiała się cicho, unosząc kącik ust. Wyszła z pokoju jako pierwsza, a Niall zaraz za nią. Zamierzał kupić jej tyle róż, ile tylko będzie dostępnych w osiedlowej kwiaciarni.

         Złapał wciąż obrażoną Jo za rękę i zanim Freya zdążyła zorientować się, co się stało, wyciągnął ją z mieszkania, mocno trzaskając za nimi drzwiami. Odetchnął głośno, przeczesując włosy wolną ręką. Przed klatką wsiadł do taksówki, która czekała na nich od przyjazdu z lotniska i podał kierowcy adres klubu obiecując, że jeżeli dotrą do niego w dziesięć minut, to zapłaci mu podwójnie. W końcu nic tak nie przekonuje do współpracy jak pieniądze.


— Czyli mam usiąść przy barze i udawać, że jestem gościem? Dobrze zrozumiałam? Tłumaczysz się strasznie chaotycznie — brązowowłosa skrzyżowała ręce na piersiach, a Niall wiedział że jest w coraz gorszej sytuacji. Zirytował Josephine, a ona nie lubiła się złościć.

— Dokładnie tak — chłopak wziął ją na ręce, wchodząc do baru. Posadził ją na krześle przy blacie, nie zwracając uwagi na chłopaków, którzy przyglądali im się z zainteresowaniem. — I za żadne skarby nie przyznawaj się do tego, że mnie znasz — zdjął z siebie torbę, rzucając ją dziewczynie pod nogi. Uśmiechnął się do niej szeroko, starając się jakoś złagodzić jej gniew.

— To akurat nie będzie problem. Fakt, że to blond czupiradło zniszczyło mi całą wycieczkę jest tylko i wyłącznie twoją winą, dlatego lepiej zejdź mi z oczu na paręnaście minut, jeżeli nie chcesz, żebym zostawiła cię z nią sam na sam kilkaset kilometrów od domu — wymamrotała cicho, opierając głowę na dłoni. — Ale zanim to zrobisz daj mi coś bezalkoholowego do picia. Ten bar wygląda jak jakaś marna podróbka scenerii z hollywoodzkiego filmu — dodała marszcząc nieprzyjemnie czoło. Niall pokiwał głową i posłusznie przeszedł na drugą stronę baru. Złapał fartuch, którym rzucił w niego Arthur i przewiązał go sobie w pasie.

         Chłopak odetchnął cicho, starając się unormować przyspieszony oddech. Na szczęście zdążyli przed czasem i miał jeszcze chwilę przed pojawieniem się właścicielki. Wyjął drżącą dłonią szklankę z szafki i nalał do niej soku bananowego – ulubionego napoju Jo – starając się nie uronić nawet kropli. Czuł jak serce nieprzyjemnie obija mu się o klatkę piersiową. Skrzywił się mocno, wycierając wierzchem dłoni pot z czoła. Nie chciał wyglądać jak po maratonie, bo wtedy wredna wiedźma na pewno zorientowałaby się, że coś jest nie tak jak powinno.

         Podał szklankę przyjaciółce i udał się na zaplecze, gdzie znajdowali się wszyscy jego znajomi z pracy. Przywitał się z nimi podaniem ręki. Na początku intensywnie wypytywali go, kim jest dziewczyna z którą przyszedł, a on dumnie odpowiadał na wszystkie pytania jej dotyczące. Wiedział, że żaden z nich ma szans u Jo, jednak nie zamierzał od razu ich o tym informować. Wolał przez jakiś czas przyglądać się temu, jak będą starali się o jej uwagę. To mogło być naprawdę śmieszne, a on ostatnimi czasy potrzebował rozrywki.


— Mam dla was kolejne zlecenie — brązowowłosa dziewczyna obróciła się dookoła, słysząc tubalny głos, niosący się echem po jednym z opuszczonych magazynów niedaleko stoczni. Zacisnęła dłonie w pięści, kiedy blada poświata księżyca okazała się zbyt słaba, aby dostrzec cokolwiek w rogu pomieszczenia, gdzie stała ciemna postać. — Nazwisko znajdziesz w kopercie wsadzonej między zawiasy drzwi — oznajmił mężczyzna, tym samym kpiącym tonem. Wiedziała, że bawi go jej niemoc. Nie mogła nawet do niego podejść, bo natychmiast zostałaby zastrzelona.

— Jak długo to jeszcze potrwa? — zapytała podniesionym głosem; tylko w ten sposób mogła okazać gniew, jaki buzował w jej umyśle. Zadrżała, a na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, kiedy pracodawca zaśmiał się szczerze rozbawiony. Wyszarpnęła kopertę i wiedząc, że nie uzyska odpowiedzi, wyszła z magazynu, naciągając kaptur na głowę. Wystarczyło kilka kroków, aby zniknęła we mgle, która zawsze panowała na wybrzeżu.